Reklama

Zawsze wierzyłam, że rodzina to bezpieczna przystań. Kiedy z Michałem odbieraliśmy klucze do naszego pierwszego mieszkania, byłam przekonana, że zaczynamy najpiękniejszy rozdział życia. Śmialiśmy się na klatce schodowej, planując kolory ścian i ustawienie kanapy. Nie zauważyłam wtedy, że razem z kluczami dostaliśmy coś jeszcze – cichą obecność jego rodziców w każdej naszej decyzji.

Remont nie miał końca

Pierwszy sygnał pojawił się przy niedzielnym obiedzie u teściów. Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze usiąść, a teściowa, Danuta położyła serwetkę na stole i oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu:

– No to sprawa remontu załatwiona. Krzysiek wchodzi od poniedziałku.

Spojrzałam na Michała. Liczyłam, że powie, że chcemy jeszcze porównać oferty, że musimy przemyśleć budżet. On jednak tylko skinął głową.

– To świetnie, mamo. Tak będzie szybciej – odpowiedział.

Uśmiechnęłam się, choć w środku poczułam ukłucie niepokoju.

– Myśleliśmy, żeby jeszcze sprawdzić kilka ekip… – wtrąciłam ostrożnie.

Teść machnął ręką.

Po co wam obcy? W rodzinie zawsze pewniej.

Słowo „pewniej” zabrzmiało jak wyrok. Firma szwagra Michała, Krzyśka, faktycznie zajmowała się remontami, ale czy była najlepsza? Nie była tego pewna.

Wróciliśmy do domu w milczeniu. Dopiero w samochodzie odezwałam się cicho:

– Michał, chciałam mieć wpływ na ten wybór. To przecież nasze mieszkanie.

– Ola, przecież Krzysiek zna się na rzeczy. A przy okazji policzy nam mniej – odpowiedział, jakby sprawa była oczywista.

Nie chciałam zaczynać kłótni. Uległam.

Pierwszy tydzień remontu był jeszcze pełen entuzjazmu. Kurz, zapach farby, szkice kuchni rozłożone na parapecie. Krzysiek zapewniał:

– Spokojnie, trzy tygodnie i wchodzicie z meblami.

Minął miesiąc. W salonie wciąż stały worki z zaprawą, a płytki w łazience tworzyły nierówną linię przy ścianie. Gdy przyłożyłam poziomicę, zobaczyłam wyraźne odchylenie.

– Krzysiek, to chyba trzeba poprawić – powiedziałam, wskazując na krzywiznę.

– Ola, w starym budownictwie idealnie się nie da – odparł z uśmiechem, który miał mnie uspokoić.

Tyle że to nie było aż tak stare budownictwo.

Wieczorami siedzieliśmy z Michałem przy kuchennym stole w wynajmowanym mieszkaniu. Liczyliśmy faktury.

– Dlaczego znowu jest dopłata za materiały? – zapytałam, przesuwając w jego stronę rachunek.

– Bo podobno wyszło więcej pracy przy instalacji – odpowiedział, unikając mojego wzroku.

A konsultował to z nami?

– Ola, nie przesadzaj. Robi, co trzeba.

Z każdym tygodniem czułam, że zamiast wspólnie budować dom, budujemy mur między sobą. Kiedy zwracałam uwagę na niedociągnięcia, Michał napinał ramiona.

Ty zawsze coś znajdziesz – rzucił kiedyś zmęczonym tonem.

Te słowa zabolały bardziej niż krzywe ściany.

Na kolejnym rodzinnym obiedzie teściowa spojrzała na mnie badawczo.

– Ola, podobno masz jakieś zastrzeżenia? – zapytała.

– Chcę, żeby było solidnie – odpowiedziałam spokojnie.

– Oj, Ola. Obcy wzięliby dwa razy tyle i jeszcze byście czekali pół roku. Trzeba docenić, że ktoś się stara.

Słowo „docenić” znów zabrzmiało jak przestroga. Poczułam, że każda moja uwaga odbierana jest jak atak na rodzinę. A przecież chodziło tylko o nasze cztery ściany.

Kiedy któregoś dnia weszłam do łazienki i zobaczyłam odpadającą fugę przy wannie, usiadłam na podłodze. W ciszy pustego mieszkania dotarło do mnie, że przestałam czuć radość z tego miejsca. Było jak plac budowy, który nie miał końca.

Tego wieczoru powiedziałam Michałowi wprost:

Żałuję, że nie postawiłam granicy na początku.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

To tylko remont.

Pokręciłam głową.

– Nie. To coś więcej.

W jego oczach zobaczyłam cień irytacji, ale też niepewność. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak bardzo ta niepewność miała urosnąć.

Miałam tego serdecznie dość

Minęły trzy miesiące od chwili, gdy Krzysztof miał „wejść na trzy tygodnie”. Nasze mieszkanie wciąż nie nadawało się do zamieszkania. W przedpokoju stały nierozpakowane panele, w kuchni brakowało połowy frontów, a łazienka przypominała szkic czegoś, co dopiero miało powstać.

Najgorsze odkryłam przypadkiem. Przyszłam sama sprawdzić postępy prac. W łazience usłyszałam ciche kapanie. Na podłodze zbierała się woda. Zajrzałam pod umywalkę – jeden z elementów instalacji był źle zamocowany, a woda sączyła się po świeżo położonych płytkach. Serce zaczęło mi bić szybciej.

Zadzwoniłam do Michała.

Musisz tu przyjechać – powiedziałam bez przywitania.

– Co się stało?

Instalacja przecieka. Woda stoi na podłodze.

Przyjechał po godzinie. Patrzył na mokre płytki w milczeniu.

Zadzwonię do Krzyśka – mruknął w końcu.

Szwagier pojawił się następnego dnia. Obejrzał miejsce, poprawił coś kluczem i wzruszył ramionami.

To drobiazg. Zdarza się.

– Drobiazg? – nie wytrzymałam. – Gdybyśmy już tu mieszkali, zniszczyłoby nam całą szafkę.

Spojrzał na mnie chłodno.

– Przy takiej skali remontu różne rzeczy wychodzą.

To zdanie przelało czarę goryczy. Nie chodziło już o wodę. Chodziło o lekceważenie.

Wieczorem nie wytrzymałam.

– Michał, ile jeszcze mamy udawać, że wszystko jest w porządku?

– Nie udajemy – odpowiedział, zdejmując buty. – A ty nie dramatyzuj.

– Ja tylko się boję, że wprowadzimy się do domu pełnego usterek!

Zamilkł. Przez chwilę stał tyłem do mnie.

To mój szwagier – powiedział ciszej. – Nie mogę go traktować jak obcej firmy.

– A ja jestem kim? – zapytałam. – Twoją żoną czy osobą, która ma się dostosować?

Pierwszy raz nie odpowiedział od razu. W jego milczeniu było coś nowego – wahanie.

Kilka dni później teściowie zaprosili nas na kolację. Atmosfera była napięta od progu.

– Słyszeliśmy, że robicie problem z jakiejś rurki – zaczęła teściowa.

– To nie o rurkę chodzi – odpowiedziałam spokojnie. – Chcemy mieć pewność, że wszystko jest wykonane solidnie.

– Od początku nie chciałaś Krzyśka – wtrącił teść. – Ciągle coś ci nie pasuje.

Poczułam, jak policzki robią mi się gorące.

– Chciałam po prostu porównać oferty. To normalne.

Teściowa spojrzała na Michała.

– Widzisz, synu? Mówiłam, że będzie szukać dziury w całym.

On siedział sztywno. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaraz przytaknie rodzicom. Zamiast tego powiedział cicho:

– Może faktycznie trzeba dokładniej sprawdzić te prace.

W pokoju zapadła cisza. To był pierwszy raz, kiedy choć odrobinę stanął po mojej stronie. Wróciliśmy do domu bez słowa. W samochodzie ścisnął kierownicę mocniej niż zwykle.

Nie chcę wojny w rodzinie – powiedział.

– Ja też nie – odpowiedziałam. – Ale nie chcę też żyć w domu, który od początku budzi mój niepokój.

Tamtej nocy długo nie spałam. Patrzyłam w sufit i myślałam, że problem nie tkwi w płytkach ani w rurach. Problem pojawił się między nami wtedy, gdy przestaliśmy mówić jednym głosem. Zaczęłam rozumieć, że jeśli teraz nie postawimy granicy, to w naszym małżeństwie zawsze będzie miejsce na cudze decyzje.

Postanowiłam to ukrócić

Decyzja dojrzewała w nas kilka dni. Chodziliśmy wokół tematu jak wokół rozgrzanego pieca. Każda rozmowa zaczynała się spokojnie, a kończyła ciszą. W końcu usiedliśmy przy stole w wynajmowanym mieszkaniu. Na blacie leżały faktury i umowa z firmą Krzysztofa.

Nie możemy tego dalej ciągnąć – powiedziałam. – To trwa za długo i kosztuje więcej, niż miało.

Michał przesunął dłonią po twarzy.

– Wiem.

To krótkie „wiem” było inne niż wszystkie poprzednie. Bez obrony, bez usprawiedliwień.

– Jeśli zerwiemy umowę, rodzice się obrażą – dodał po chwili.

– A jeśli jej nie zerwiemy, będziemy się obwiniać przez lata – odpowiedziałam.

Spojrzał na mnie długo. W jego oczach zobaczyłam strach, ale też determinację.

– Dobrze. Kończymy to.

Spotkanie z Krzysztofem umówiliśmy w mieszkaniu. Stał przy oknie, miał ręce skrzyżowane na piersi.

– Co jest takiego pilnego? – zapytał.

Michał odezwał się pierwszy.

Chcemy zakończyć współpracę.

Krzysiek uniósł brwi.

– Słucham?

Zapłacimy za faktycznie wykonane prace, ale resztę zrobimy z kimś innym – dodałam spokojnie.

Przez chwilę panowała cisza. Potem jego twarz stężała.

– Czyli co, uważacie, że was oszukuję?

– Uważamy, że to nie idzie w dobrym kierunku – odpowiedział Michał.

– Rodzina tak się nie zachowuje – powiedział chłodno Krzysztof. – Mogliście powiedzieć wcześniej.

Mówiliśmy – odparłam. – Wiele razy.

Rozliczenie trwało długo. Każdą pozycję na wykazie analizowaliśmy osobno. Ostatecznie zapłaciliśmy połowę ustalonej kwoty, choć i tak oznaczało to dla nas napięty budżet na kolejne miesiące.

Wieczorem zadzwoniła teściowa.

Co wy wyprawiacie? – jej głos był lodowaty. – Krzysiek jest zdruzgotany.

– To była nasza wspólna decyzja – powiedział Michał.

– Wspólna? – powtórzyła z naciskiem. – Czy może ktoś cię do niej przekonał?

Poczułam, że te słowa są wymierzone we mnie, choć nie padło moje imię.

– Mamo, przestań – odpowiedział mocniej, niż się spodziewałam. – To nasze mieszkanie i nasza odpowiedzialność.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Rozbijacie rodzinę przez kilka płytek – powiedziała w końcu teściowa i zakończyła rozmowę.

Od tamtej chwili telefon milczał. Teść nie odpisywał na wiadomości, Krzysztof nie odbierał połączeń. W powietrzu wisiało napięcie, którego nie dało się rozproszyć.

Kilka dni później spotkaliśmy się na imieninach cioci Michała. Atmosfera była sztywna. Rozmowy toczyły się półgłosem. W pewnym momencie Danuta spojrzała na mnie i powiedziała głośno:

– Nie spodziewałam się, że ktoś tak szybko nauczy mojego syna odwracać się od rodziny.

W pokoju zapadła cisza. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Michał wstał.

– Nikt mnie nie nauczył – powiedział wyraźnie. – Sam podjąłem decyzję. To jest mój dom i Oli, a nie rodzinny projekt.

Słowa zawisły w powietrzu jak ciężka zasłona. Teściowa pobladła, teść odchrząknął nerwowo. Po raz pierwszy nie poczułam się osamotniona. Czułam strach przed konsekwencjami, ale też ulgę. Michał stał obok mnie, nie pomiędzy mną a nimi.

Wracaliśmy do domu w milczeniu. Dopiero pod blokiem ścisnął moją dłoń.

Bałem się tego – przyznał.

– Ja też – odpowiedziałam.

Wiedzieliśmy, że od tej chwili nic nie będzie już takie samo.

Zaczęliśmy znowu od zera

Nową ekipę znaleźliśmy dzięki znajomym z pracy. Spotkaliśmy się z właścicielem firmy w naszym niedokończonym salonie. Obejrzał ściany, sprawdził instalację, notował w ciszy.

– Trzeba będzie część rzeczy poprawić od podstaw – powiedział w końcu. – To potrwa, ale da się zrobić porządnie.

Te słowa, choć nie były łatwe, przyniosły mi ulgę. Wreszcie ktoś mówił wprost.

Prace ruszyły szybko. Każdy etap był z nami konsultowany. Otrzymywaliśmy szczegółowe zestawienia kosztów. Po raz pierwszy czułam, że mamy kontrolę nad tym, co dzieje się w naszym mieszkaniu.

Któregoś popołudnia stawałam w świeżo wykończonej kuchni. Gładkie ściany, równo położone płytki, światło odbijające się w jasnych frontach. Michał wszedł za mną i objął mnie w pasie.

– Warto było – powiedział cicho.

Warto było postawić granicę – odpowiedziałam.

Nasze rozmowy stały się inne. Bardziej szczere, czasem trudne, ale prawdziwe. Michał przyznał, że przez lata przyzwyczaił się do tego, że rodzice podejmują za niego decyzje.

– Nie zauważałem, kiedy przestawałem mieć własne zdanie – powiedział pewnego wieczoru.

– Teraz już je masz – odparłam.

Kontakt z teściami ograniczył się do uprzejmych wiadomości i sporadycznych spotkań przy większych okazjach. Rozmowy były poprawne, ale zdystansowane. Krzysztof całkowicie nas unikał.

Najtrudniejsze było kolejne rodzinne spotkanie, już w naszym wyremontowanym mieszkaniu. Zaprosiliśmy wszystkich, chcąc pokazać, że nie uciekamy przed konfrontacją. Teściowa rozglądała się uważnie.

Ładnie – powiedziała w końcu.

Nie było w tym entuzjazmu, raczej chłodna ocena. Skinęłam głową.

Chcieliśmy, żeby było solidnie – odpowiedziałam spokojnie.

Tym razem nikt nie podjął tematu dawnych sporów. Cisza była inna niż wcześniej. Mniej oskarżająca, bardziej pogodzona z faktem, że coś się zmieniło. Gdy goście wyszli, usiedliśmy z Michałem na kanapie. Wokół panował porządek i cisza. Nasza, nie ta wymuszona napięciem.

– Myślisz, że kiedyś będzie jak dawniej? – zapytał.

Zastanowiłam się chwilę.

– Nie. Ale może to dobrze.

Wybrałam nas, a nie tesciów

Patrzyłam na nasze mieszkanie jak na symbol wysokiej ceny, którą zapłaciliśmy za samodzielność. Straciliśmy część rodzinnego ciepła, złudzenie, że wszyscy zawsze będą po jednej stronie. Zyskaliśmy jednak coś ważniejszego – pewność, że potrafimy być zespołem.

Relacje z teściami stały się poprawne, ale wyraźnie wyznaczyliśmy granice. Nie było już nieproszonych rad ani gotowych rozwiązań. Czasem czułam gorycz, zwłaszcza gdy widziałam, jak teściowa patrzy na mnie z rezerwą. Wiedziałam, że w jej oczach na zawsze pozostanę kimś, kto zrobił zamieszanie.

Kiedy jednak zamykałam drzwi naszego mieszkania i zostawaliśmy tylko we dwoje, czułam spokój. Ten dom był efektem trudnej decyzji, wspólnej odpowiedzialności i odwagi, której wcześniej w nas brakowało. Gdybym mogła cofnąć czas, znów postawiłabym granicę. Dom to nie tylko ściany i płytki. To przestrzeń, w której uczymy się, kogo stawiamy na pierwszym miejscu. Ja wybrałam nasze małżeństwo i mimo wszystkich kosztów wiem, że to był właściwy wybór.

Aleksandra, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama