Reklama

Nigdy nie sądziłam, że będę jedną z tych kobiet, które opowiadają podobne historie. Zawsze wydawało mi się, że mam wszystko pod kontrolą: dom, dzieci, męża, karierę – wszystko poukładane jak w katalogu IKEA. Może dlatego tak bardzo potrzebowałam pomocy. Kiedy człowiek stara się być w kilku miejscach jednocześnie, coś zawsze zaczyna się kruszyć.

Nie wyrabiałam

Marek, mój mąż, pracuje jako architekt, ja prowadzę własną firmę konsultingową. Nasze życie było pełne Excela, spotkań, odhaczonych punktów w kalendarzu. Mamy dwójkę dzieci – Lenę i Kubę – cudowne, ale wymagające. W pewnym momencie przestałam wyrabiać. Dzieci marudziły, Marek chodził zły, a ja wiecznie byłam spóźniona i w biegu.

Wtedy pojawiła się Ania, opiekunka z polecenia. Młoda, energiczna, z cudownym podejściem do dzieci. Kiedy pierwszy raz do nas przyszła, Kuba od razu przytulił się do jej nóg, a Lena zapytała, czy może z nią zagrać w „Uno”. Po tygodniu dzieci mówiły na nią „ciocia Ania”. Po miesiącu czułam, że odzyskuję równowagę.

Z Anią szybko nawiązałyśmy relację. Nie traktowałam jej jak pracownika – raczej jak przyjaciółkę, a może nawet młodszą siostrę. Robiłyśmy razem zakupy, czasem piłyśmy kawę, obgadywałyśmy facetów. Zwierzałam jej się z frustracji, opowiadałam o tym, jak trudno łączyć macierzyństwo z ambicją. Ania kiwała głową, mówiła, że podziwia mnie za wszystko, że jestem „inspiracją”.

Pokochali ją

Po pewnym czasie zaczęłam jednak zauważać, że dzieci są do niej coraz bardziej przywiązane. Mówiły: „ciocia Ania to zrobiła tak”, „ciocia Ania mówi, że lepiej tak nie robić”. To mnie uderzyło. Kiedy Lena rozlała sok i zawołała Anię, chociaż siedziałam dwa metry dalej, poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Podeszłam, wytarłam stół i zapytałam spokojnie:

– A mama już się nie nadaje do pomocy?

Lena tylko wzruszyła ramionami i pobiegła do pokoju. Tłumaczyłam to sobie: naturalne, przecież Ania spędza z nimi więcej czasu, ale było mi przykro. Coraz częściej też widziałam, jak Marek siedzi z Anią przy stole i rozmawiają.

Mój mąż, który nigdy nie znosił zakupów, nagle sam zaproponował, że zawiezie Anię do Castoramy, bo ona się nie zna na śrubkach. Co za bzdura! Przez dziesięć lat naszego małżeństwa nie potrafił odróżnić śrubki od nakrętki i nagle miał potrzebę doradzać opiekunce dzieci?

Pomagał jej

Gdy wrócił tamtego dnia, czekałam w salonie. Nie zdążył dobrze zamknąć drzwi, a ja już zaczęłam:

– Zauważyłam, że coraz częściej jeździsz z Anią na zakupy.

Zdjął kurtkę i spojrzał na mnie tak, jakbym mu właśnie zabrała kluczyki do samochodu.

– Przesadzasz. Zależy ci na dzieciach czy na kontroli wszystkiego?

Poczułam, jak podnosi mi się ciśnienie. Chciałam coś odpowiedzieć, ale ugryzłam się w język. Odwróciłam się i wyszłam do kuchni, trzaskając drzwiami.

Tego dnia wróciłam wcześniej z pracy. Miałam dość duszenia wszystkiego w sobie, udawania, że to tylko wrażenie, że to się ułoży. Marek miał wolne, Ania miała się opiekować dziećmi. Kiedy weszłam do domu, zastałam ich w salonie. On siedział na kanapie, ona obok, trochę za blisko. Dzieci bawiły się na podłodze, a oni rozmawiali półgłosem, uśmiechnięci, z głowami pochylonymi ku sobie. Weszłam i przez kilka sekund nikt mnie nie zauważył. Ani jedno spojrzenie, jakby byli sami, jakby ten dom należał do nich.

– Cześć – rzuciłam krótko. Dopiero wtedy podnieśli głowy. Marek wstał, Ania uniosła się niepewnie.

– O, jesteś już? – rzucił Marek. – Myślałem, że wrócisz później.

– Zmieniłam plany – powiedziałam i spojrzałam na Anię. – Możemy porozmawiać?

Ignorowali mnie

Marek otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale uniosłam dłoń.

– Sam na sam.

Ania kiwnęła głową i poszła za mną do kuchni. Zamknęłam drzwi, usiadłam. Ona stanęła, wyprostowana, spięta.

– Nie będę owijać w bawełnę – powiedziałam chłodno. – Powiedz mi wprost: jesteście razem?

Ania przechyliła głowę, przez chwilę wyglądała, jakby naprawdę rozważała, co odpowiedzieć, ale nie udawała zdziwionej, nie grała zaskoczonej. To już o czymś świadczyło.

– Karolina… Nie chciałam, żeby tak to wyszło.

– Czyli tak – przerwałam jej. – Nie musisz mówić dalej. Już wiem.

– To nie było planowane – ciągnęła. – Po prostu… to się stało. Marek czuł się samotny.

– Samotny? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – W domu z żoną i dwójką dzieci?

– Ty byłaś zawsze zajęta, w biegu, zmęczona. On mówił…

– On ci się zwierzał, a ty go pocieszałaś – dokończyłam za nią.

Milczała.

– I co teraz? – zapytałam, nie spuszczając z niej wzroku. – Zamierzasz tu dalej pracować? Udawać, że wszystko jest normalnie?

– My już to ustaliliśmy. Wynajęliśmy mieszkanie.

Zatkało mnie

– Myślisz, że możesz tak po prostu wejść w czyjeś życie, rozbić rodzinę i urządzić się na moim miejscu?

Ania nic nie odpowiedziała. Stała wciąż wyprostowana, spokojna, jakby mówiła o jakimś planie dnia, a nie o końcu czyjegoś małżeństwa. Wstałam i otworzyłam drzwi.

– Zniknij mi z oczu.

Nie wiedziałam, co dalej. Przeszłam przez wszystkie etapy: wściekłość, niedowierzanie, rozpacz, pustkę. W końcu zadzwoniłam do matki i powiedziałam, że przyjadę do niej jeszcze tego samego dnia. Próbowałam mówić spokojnie, ale przy pierwszym zdaniu się rozkleiłam.

– Zabrali mi wszystko. A ja… ją zaprosiłam do domu.

Mama patrzyła na mnie przez chwilę, po czym powiedziała coś, co na zawsze zostanie mi w głowie:

– Karolina, nie każda pomocna dłoń jest czysta, ale to nie twoja wina, że jej zaufałaś.

Powiedziała to takim tonem, że nie miałam siły się bronić. Bo to już nie był czas na walkę, to był czas, żeby zebrać się z podłogi i wstać.

Stanęłam na nogi

Minęło kilka tygodni. Mój mąż i Ania zamieszkali razem. Spotkania z dziećmi odbywały się według ustalonego harmonogramu, co drugi weekend, dwa dni w tygodniu. Wszystko chłodne, sztywne, umówione, bez cienia dawnych rozmów, bez śmiechu, bez zaufania.

Dzieci były pogubione. Lena pytała, dlaczego Ania teraz mieszka z tatą, Kuba unikał tematu. Odpowiadałam spokojnie, ale w środku mnie rozdzierało. Marek nie miał odwagi przyjść sam, zawsze była z nim Ania. Stała trochę z boku, niby cicho, ale zawsze obecna. W oczach miała wyższość i spokój. Ja już nie musiałam udawać.

Zaczęłam układać swoje życie na nowo, bez złudzeń, bez wiary, że wystarczy być lojalną, żeby wszystko się układało. Pracowałam więcej, spałam mniej. Nie ma happy endu i nie będzie, ale jest coś innego: początek historii, w której już nie wierzę w przyjaźń z opiekunką, w której nie patrzę na męża jak na oparcie i nie ufam ludziom tak łatwo. Jestem sama, ale wiem jedno – więcej nikt mnie nie zaskoczy.

Karolina, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama