Reklama

Mam czterdzieści dwa lata, męża, syna, dom z ogródkiem, kredyt na jeszcze osiem lat. Teoretycznie wszystko jest na swoim miejscu. Praktycznie… coraz trudniej mi było w to wierzyć. Z Piotrem jesteśmy razem od dwudziestu lat. Poznaliśmy się na studiach. Był ambitny, konkretny, zaradny. Taki mężczyzna, którego „warto mieć” — mówiła moja mama. Nie był wylewny, ale wtedy uznałam to za męskie. Teraz milczenie między nami ciążyło mi bardziej niż jakiekolwiek słowo.

Nasze małżeństwo z czasem stało się jak dobrze naoliwiona maszyna. Wprawdzie działała, ale bez życia. Wszystko było wyliczone: zakupy, plan lekcji Mikołaja, opłaty, wyjazdy. Czułam się jak zarządca rodzinnego przedsiębiorstwa, nie jak żona. Z wieczorów przy winie zostały samotne kolacje, bo Piotr musiał „dokończyć projekt”. Mikołaj dorastał, a ja coraz częściej łapałam się na tym, że znikam. W oczach męża, syna, sąsiadów.

Kiedy mój nastoletni syn, Mikołaj zaczął mieć problemy z polskim, bez większego zastanowienia zatrudniłam korepetytora – faceta poleconego przez znajomą. Tomek miał pomóc mojemu synowi… a w rzeczywistości to on zauważył mnie jako pierwszy od bardzo dawna. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ta decyzja wywróci moje życie do góry nogami. Że stracę coś więcej niż tylko kontrolę.

Mieliśmy wiele wspólnego

– Dobrze ci poszło, Mikołaj. Na dziś koniec – powiedział Tomek, zamykając zeszyt.

– Serio? – Mikołaj uśmiechnął się z ulgą. – To idę pograć.

– Ale tylko godzinę! – zawołałam, zanim zniknął za drzwiami swojego pokoju.

Zostaliśmy sami w salonie. Tomek zebrał swoje rzeczy, ale nie wstawał. Siedział na krześle naprzeciwko mnie, oparty łokciem o stół z nieobecnym uśmiechem.

– Pani syn to bystry chłopak. Potrzebuje tylko kogoś, kto go nauczy czytać teksty między wierszami – powiedział i spojrzał na mnie tak, jakby to zdanie było o mnie.

– W tym wieku chyba wszyscy czytają dosłownie. Myślenie symboliczne to luksus dorosłych – rzuciłam, nawet nie wiedząc, skąd mi się to wzięło.

Zaśmiał się krótko, ale szczerze. Pochylił się trochę do przodu.

Ma pani ulubionego pisarza?

Zaskoczył mnie. Ostatni raz ktoś pytał mnie o coś tak osobistego… nie pamiętam kiedy. Piotr nigdy nie interesował się takimi „głupotami”.

– Tokarczuk i Pilch. Lubię, kiedy pisarz mówi więcej, niż napisał – odpowiedziałam, obserwując, jak Tomek kiwa głową ze zrozumieniem.

Uśmiechnęłam się. Był starszy od Mikołaja o zaledwie kilka lat, ale w tej chwili to on wydawał się dojrzalszy od mojego męża.

Ma pani bardzo spokojne oczy – powiedział nagle. – I trochę smutne.

Zawahałam się. Potem odwróciłam wzrok. Po raz pierwszy od lat poczułam, że coś we mnie drgnęło.

Przekroczyliśmy granicę

Zaczęło się od drobiazgów. Tomek coraz częściej zostawał chwilę po zajęciach. Mikołaj przemykał do pokoju, a my zostawaliśmy przy stole z herbatą – a czasem z winem. Rozmowy, które miały trwać chwilę, przeciągały się do wieczora. Czasem rozmawialiśmy o literaturze, czasem o lękach. Przeglądaliśmy razem pożółkłe strony moich starych książek i opowiadaliśmy sobie historie, jakbyśmy oboje potrzebowali ucieczki z własnego życia.

Tamtego wieczoru w domu było cicho. Piotr jak zwykle został dłużej w pracy, Mikołaj zaszył się przy komputerze w słuchawkach. Ja wyciągnęłam butelkę czerwonego wina, Tomek wyjął telefon i puścił jakieś ballady. Usiadł bliżej niż zwykle. Poczułam zapach jego perfum – ciepły, lekko drzewny.

– Czasem mam wrażenie, że wszyscy tylko czegoś ode mnie chcą – powiedziałam, nawet nie wiem kiedy. – A ja… ja już nie wiem, czego chcę sama od siebie.

Znowu się przysunął.

– Chce pani czuć się widziana. I słyszana – powiedział cicho, patrząc prosto w moje oczy. – I to jest w porządku.

Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Potem on delikatnie się nachylił. Nasze usta zetknęły się powoli, bez pośpiechu. Pocałunek był miękki, ostrożny… a jednak gwałtowny w skutkach. Ja oderwałam się pierwsza.

To był błąd – wyszeptałam.

– Może – odparł, ale nie cofnął się ani o centymetr.

Wstałam. Serce waliło mi jak młotem. Chciałam, żeby wyszedł. Chciałam, żeby został. Zamiast tego, zapytałam:

– Napijesz się jeszcze wina?

Zobaczył coś więcej

Mikołaj wszedł do kuchni szybciej, niż się spodziewałam. Trzymaliśmy z Tomkiem dwie filiżanki kawy, ale nasze twarze zdradzały zbyt wiele. Spojrzenie mojego syna przeszyło mnie jak nóż.

Co tu się dzieje? – zapytał cicho i głucho.

– Mikołaj… – zaczęłam, ale głos mi zadrżał.

– Co się dzieje? – wskazał na Tomka. – Ty i on? Co ty wyrabiasz, mamo? To jakiś żart?

Tomek zerwał się z krzesła, próbując coś powiedzieć, ale Mikołaj już wyszedł. Trzasnęły drzwi jego pokoju, a po chwili dał się słyszeć dźwięk blokady. Siedziałam bez ruchu. Tomek po chwili tylko powiedział:

Przepraszam. Muszę iść.

Nie zatrzymałam go. Dwadzieścia minut później wrócił Piotr. Zmęczony jak zwykle. Wszedł do kuchni i rzucił klucze na blat. Poszedł zajrzeć do syna.

Co się stało? Mikołaj wyglądał, jakby chciał coś rozwalić.

Nie zdążyłam odpowiedzieć. Z pokoju wybiegł Mikołaj i krzyknął:

– Powiedz mu, mamo! Powiedz mu, co robisz, kiedy on tyra do późna!

– Mikołaj… – próbowałam go uciszyć, ale już było za późno.

– Ona całuje się z tym kolesiem, co miał mi pomagać z polskiego! – wrzasnął. – Brawo! Naprawdę, brawo!

Mąż patrzył na mnie z kamienną twarzą. Nic nie powiedział. Tylko odwrócił się, wyszedł z kuchni i poszedł do sypialni. Po kilku minutach usłyszałam trzask szafy. Pakował się.

Piotrek… proszę cię… – stałam w drzwiach jak idiotka.

Nie spojrzał na mnie.

– Nie musisz nic tłumaczyć – powiedział. – Ja już wszystko wiem.

Straciłam wszystko, co ważne

Mikołaj przestał się do mnie odzywać. Jadał w swoim pokoju, omijał mnie wzrokiem, wychodził z domu bez słowa. Próbowałam porozmawiać, złapać go gdziekolwiek – w kuchni, na korytarzu, ale uciekał przede mną, jakby sam mój głos go parzył.

– Mikołaj, musimy wreszcie porozmawiać – powiedziałam któregoś wieczoru, stając w progu jego pokoju.

– Nie musimy – odparł, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

Chociaż jedno zdanie. Proszę.

Zamilkł na chwilę, po czym spojrzał mi prosto w oczy.

Nie jesteś już moją matką – powiedział spokojnie, ale tak zimno, że cofnęłam się o krok. – Nie taką, jaką znałem.

Zamknął drzwi. Stałam tam jeszcze chwilę, ale nie płakałam. Nie miałam już siły na łzy. Piotr wyprowadził się tego samego dnia, kiedy doszło do konfrontacji. Nie chciał żadnych rozmów. Spakował się w dwie torby. Nie zadał żadnego pytania. Zostawił klucze na stole.

Tomek więcej nie przyszedł. Nie zadzwonił. Nie napisał. Zniknął tak, jak się pojawił – po cichu, bez wyjaśnień. Dom stał się dziwnie pusty. Każdy jego kąt przypominał mi, jak bardzo wszystko się posypało. Myślałam, że będzie inaczej. Że może z czasem… że może się ułoży. Ale nie ułożyło się nic. Stałam przed lustrem i pytałam samą siebie: czy to była miłość, czy tylko chwilowa potrzeba? Ucieczka?

W nocy śniło mi się, że Mikołaj wraca z treningu, rzuca torbę w przedpokoju i mówi: „Mamo, co na obiad?”. Obudziłam się i przez chwilę miałam nadzieję, że to wszystko to tylko zły sen. Ale nie był.

To była tylko chwila

Zobaczyłam go przypadkiem. Stałam w kolejce po kawę na wynos, gdy wszedł do tej samej kawiarni. Tomek. Z torbą przewieszoną przez ramię, w tej samej granatowej kurtce, którą kiedyś zostawił na moim krześle. Zauważył mnie od razu. Na jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju półuśmiechu. Zawahanie. A potem skinął głową.

– Karolina… – powiedział cicho, podchodząc.

– Cześć, Tomek – odpowiedziałam, czując, jak serce znów zaczyna mi łomotać.

Usiedliśmy przy małym stoliku pod oknem. Był zdenerwowany. Bawił się pokrywką od papierowego kubka, ja gniotłam serwetkę.

Długo się zbierałem, żeby napisać – zaczął w końcu. – Ale… nie wiedziałem, co miałbym powiedzieć.

– Nic nie musisz mówić – przerwałam, może zbyt szybko.

Zapadła cisza. Patrzyliśmy przez szybę na przechodzących ludzi, jakby ich ruch miał wypełnić to, czego żadne z nas nie miało odwagi powiedzieć.

Czy to dla ciebie coś znaczyło? – zapytałam w końcu, ledwo słyszalnie.

Nie odpowiedział od razu. Westchnął, spuścił wzrok, potem spojrzał mi prosto w oczy. Milczał przez długą chwilę. W tej ciszy mieściło się wszystko.

– Myślałem, że wiem, co czuję – powiedział w końcu. – Ale byłem zagubiony. Ty byłaś…

– Niewłaściwa? – dokończyłam z gorzkim uśmiechem.

– Nie – powiedział stanowczo. – Prawdziwa.

Rozmowa się urwała. Nie było pożegnania, obietnic, dotyku. Wyszliśmy z kawiarni w przeciwnych kierunkach. Nawet się nie obejrzał. Ja też nie.

Nie żałuję tego

Zostałam sama. Nie z dnia na dzień – to było powolne odchodzenie, rozciągnięte na tygodnie, może miesiące. Mikołaj, choć nadal mieszkał pod tym samym dachem, był nieobecny. Unikał mnie, jakby bał się, że zarażę go sobą. Piotr ułożył sobie inne życie. Z tego, co wiem, wynajął mieszkanie niedaleko biura, od czasu do czasu dzwonił do Mikołaja, ale do mnie nie odezwał się ani razu. Nie miałam do niego pretensji.

Tomek przepadł. Nasza przypadkowa rozmowa w kawiarni była ostatnią sceną w tej historii. Bez kropki, bez przecinka. Wracałam do codzienności. Do pracy, do zmywania naczyń, do płacenia rachunków. To wszystko było znajome, a jednak inne. Puste.

Ludzie pytali: „Jak się trzymasz?”, a ja odpowiadałam, że w porządku. Co miałam powiedzieć? Że rozbiłam rodzinę przez chwilę, w której poczułam się znów kobietą? Nie wiem, czy żałuję. Wiem, że od tamtej pory nikt już nie patrzył na mnie tak, jak patrzył on. Ani z czułością, ani z pożądaniem. Ani z ciekawością. A ja... mimo wszystko, wolałabym znowu poczuć ten wzrok, nawet jeśli miałby mnie zranić. Wtedy przez chwilę naprawdę czułam, że istnieję.

Karolina, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama