Reklama

Nie jestem typem, który wbija do pokoju i od razu jest duszą towarzystwa. Raczej wolę stać z boku, słuchać, obserwować. Zawsze byłam cicha — niekoniecznie szara, bo przecież noszę kolczyki w trzech miejscach i mam rude włosy, ale jednak wycofana. Karolina, Anka i Zuza były moim zupełnym przeciwieństwem: głośne, charyzmatyczne, pewne siebie do granic. Karolina — liderka z nieodłącznym kubkiem kawy i pomalowanymi na czerwono ustami. Anka była sarkastyczna, z ciętym językiem i obsesją na punkcie filmów Tarantino. Zuza, najładniejsza z nas wszystkich, taka „dziewczyna z plakatów”, ale też zaskakująco ciepła i troskliwa.

Nie do końca wiem, jak to się stało, że zaproponowały mi wspólny wyjazd na ferie. Może przez to, że siedzę z nimi na zajęciach? Może przez przypadek, może z litości. Nieważne. Zgodziłam się, bo... czemu nie? Zakopane zimą brzmi jak coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłam.

Pojechałyśmy pociągiem. Już po drodze zaczęły się żarty i zdjęcia. Siedziałam w kącie z książką, a one prześcigały się w pomysłach na memy z twarzami śpiących współpasażerów. Na miejscu zastałyśmy drewniany pensjonat, pachnący szarlotką. Miałyśmy dwa pokoje — ja z Zuzą, Karolina z Anką. Od początku próbowały mnie „rozkręcić”.

— Magda, no nie bądź nudziarą, chodź z nami do jacuzzi! — wołała Anka pierwszego wieczoru.

— Albo chociaż na grzańca, zobaczysz, jak tu leją! — dodała Karolina, już w puchówce i z błyskiem w oku.

Śmiałyśmy się, jadłyśmy pizzę w łóżkach, plotkowałyśmy o facetach z uczelni. Zrobiłyśmy quiz „która z nas jako pierwsza wyjdzie za mąż”. Ja byłam typowana jako „ostatnia albo nigdy”. Było mi dobrze. Trochę dziwnie, bo nie byłam jedną z nich, ale czułam, że może w końcu będę. Że może znajdzie się dla mnie miejsce przy tym głośnym, żywiołowym stole. Nie wiedziałam jeszcze, że to będą najdziwniejsze, najbardziej samotne i najbardziej dorosłe ferie w moim życiu.

Zostałam sama przy stole

Zaczęło się od portfela. Karolina przetrząsała swoją torebkę już trzeci raz, przewracając wszystko do góry nogami. Siedziałyśmy w kuchni, dopijałyśmy wino i miałyśmy zaraz wyjść na kulig.

— Dziewczyny, no nie wierzę... — zaczęła wolno, marszcząc czoło. — Miałam więcej hajsu. Miałam, serio. Sto procent.

Zuza spojrzała na nią z lekkim uśmiechem.

— Może się przeliczyłaś?

— Nie przeliczyłam się. — Karolina wyjęła kartkę z zapiskami i pokazała nam. — Wypłaciłam tysiąc, na jedzenie poszło dwieście pięćdziesiąt, wczoraj taxi sto. Powinno być przynajmniej sześćset, a mam może trzysta.

Zapadła cisza. Anka odsunęła się lekko na krześle i spojrzała na mnie przelotnie.

— To pewnie Magda, jej zawsze brakuje — rzuciła niby w żartach, ale nikt się nie zaśmiał.

Wpatrywałam się w stół, próbując zrozumieć, co właśnie usłyszałam. Przez chwilę czułam, że wszystko się zatrzymało, jakby powietrze zrobiło się gęstsze.

— Serio? — odezwałam się cicho, nie podnosząc głowy.

Nikt nie odpowiedział. Anka zaczęła bawić się etykietą od butelki, Karolina milczała, a Zuza wzruszyła ramionami i wstała, jakby nic się nie stało.

— Idziemy? Kulig za czterdzieści minut — powiedziała, wychodząc z kuchni.

Zostałam sama przy stole. Nie odezwałam się już tego wieczoru. Słuchałam ich śmiechu, planów, rozmów o chłopakach i o tym, że trzeba kupić więcej wina. A ja tylko siedziałam i patrzyłam przez okno. Nikt nie zapytał, nikt nie chciał wiedzieć, co ja na to. Jakbym po prostu przestała być częścią tego wyjazdu.

Wyszłam bez pożegnania

Nie spałam. Przekręcałam się z boku na bok, wpatrzona w ciemny sufit i w linie światła sączące się zza zasłon. W pokoju było cicho, Zuza oddychała miarowo. Spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby dzień był zupełnie zwyczajny. Wstałam o czwartej nad ranem. Bezszelestnie spakowałam swoje rzeczy. Powoli, metodycznie. Wzięłam każdą złożoną bluzkę, każdą parę skarpet, jakby od tego zależało moje życie. Ręcznik, książka, ładowarka. Pudełko z herbatą, które przywiozłam z myślą, że będziemy ją pić razem wieczorami. Wsadziłam je na sam spód plecaka.

Przed wyjściem usiadłam na chwilę na łóżku. Czułam pulsowanie w palcach. Serce waliło, jakby miało mnie zdradzić, że jednak nie jestem pewna tej decyzji. Ale byłam. Nie miałam zamiaru się tłumaczyć ani prosić o rozmowę. Gdyby którakolwiek z nich chciała wiedzieć, zapytałaby wczoraj.

W korytarzu spotkałam Karolinę. Miała na sobie tylko bluzę i majtki, trzymała telefon w ręce, pewnie wracała z łazienki.

— Ty się serio pakujesz? — spytała, zaskoczona.

Już nie chcę tu być.

Patrzyła na mnie przez moment. Później lekko wzruszyła ramionami.

— Twoja decyzja — rzuciła, jakby chodziło o wybór koloru szminki, a nie o to, że właśnie wyjeżdżam.

Wyszłam bez pożegnania. Na przystanku byłam godzinę przed odjazdem pierwszego autobusu. Stałam oparta o ścianę z termosem w dłoni, patrząc na ciemniejące niebo. Padał śnieg. Było cicho, tak jak lubię. Tylko tym razem cisza nie przynosiła ulgi, tylko kłuła w uszy. W drodze powrotnej nie mogłam przestać myśleć. O ich śmiechu, który nagle zabrzmiał inaczej. O spojrzeniach. O tym, jak łatwo było im mnie podejrzewać. I o tym, że żadna z nich nie zapytała: „Magda, czy to możliwe?”.

Nie zasługiwały na moją obecność

Na uczelni zajęłam miejsce w innym rzędzie. Nie usiadłam z tyłu, ale też nie wróciłam na nasze zwykłe miejsce. Ich miejsce. Weszłam do sali pierwsza, zanim przyszły. Położyłam zeszyt na blacie i udawałam, że coś czytam, gdy rozległy się ich głosy. Karolina śmiała się z czegoś, Zuza mówiła coś szybko, jak zawsze. Anka mruczała pod nosem, jakby komentowała rzeczywistość. Nie podeszły. Nie spojrzały. Przeszły obok, jakby mnie tam nie było. Tyle wystarczyło — kilka dni, jeden wyjazd i wróciłam do bycia nikim. Nawet nie próbowały udawać, że coś je obchodzi.

Mijały mnie na korytarzu bez słowa. Wychodziły z zajęć we trzy, czasem z jakimś chłopakiem z innego kierunku. Śmiałam się sama z własnej naiwności, gdy przypominałam sobie, jak próbowałam się wpasować. To nie była moja paczka. I nigdy nie miała być.

Któregoś dnia, czekając na wykład, usłyszałam rozmowę.

— Nie odzywa się od powrotu — powiedziała Anka.

— A co ma powiedzieć? Winna to siedzi cicho — odparła Zuza.

Zamknęłam zeszyt, wstałam i wyszłam. Nie dlatego, że nie mogłam tego słuchać — po prostu nie chciałam. Nie zasługiwały na moją obecność. W tamtym momencie zrozumiałam jedno: one nie były zainteresowane prawdą. Nie chciały pytać, nie chciały wiedzieć. Potrzebowały prostego wyjaśnienia i sobie je znalazły. Ktoś musiał być winny, a ja nadawałam się najlepiej. Cicha, niepewna, wycofana. A może, i to było najgorsze, może wcale nie były pewne, że to ja. Może podejrzewały kogoś innego. Może wiedziały więcej, niż mówiły.

Nie widziałam przyjaciółek

Nie wracałam do tego tematu. Nikomu nie opowiedziałam, co się wydarzyło w Zakopanem. Nawet kiedy Ola z naszej grupy zapytała po zajęciach, czemu już nie siedzę z dziewczynami, wzruszyłam tylko ramionami i powiedziałam, że jakoś tak wyszło. Prawda była niepotrzebna. Nikogo nie obchodziła. Nie miałam dowodów, tylko podejrzenia, które niczego nie zmieniały. Może Karolina zgubiła pieniądze. Może ktoś je ukradł w barze, kiedy zostawiła torebkę na krześle. Może to w ogóle nie miało znaczenia.

To, co zabolało naprawdę, to ich decyzja. To, jak szybko uznały, że to mogłam być ja. Bez rozmowy, bez cienia wątpliwości — tak po prostu. Zrobiłyśmy quiz, kto pierwszy wyjdzie za mąż, a potem jeden komentarz zmienił wszystko. Jeden, rzucony od niechcenia, zbyt swobodnie, zbyt głośno.

Któregoś wieczoru siedziałam na łóżku z lampką wina, przeglądając zdjęcia z ferii. Było ich dużo. Selfie z kuligu, śmiechy w pensjonacie, pozowane fotki na Krupówkach. Były też zdjęcia, na których się śmiałam. Wydawałam się szczęśliwa. Ufałam im. Teraz patrzyłam na te twarze i nie widziałam przyjaciółek, a obce dziewczyny. Obce głosy i gesty. Zdjęcia wrzuciłam do folderu, zmieniłam nazwę na „Zamknięte” i już do niego nie wróciłam.

Wieczorem odebrałam wiadomość głosową od Anki. Nie nagrała jej wcześniej, wysłała dopiero po dwóch tygodniach.

— Hej, Magda… szkoda, że tak wyszło. Nie wiemy, co się stało. Ale no… trudno. Trzymaj się.

Odsłuchałam ją raz. Potem usunęłam.

— Nie wiecie, bo nie chcecie wiedzieć — powiedziałam półgłosem, sama do siebie.

To nie ja mam z tym problem

Minęło kilka miesięcy. Dni się zlały: zajęcia, sesja, praca dorywcza, czekanie na wiosnę. Unikałam ich. One unikały mnie. Było cicho. Zbyt cicho jak na historię, która wydarzyła się naprawdę. Jakby wszystko zostało zamiecione pod dywan. Jakby nie było żadnego podejrzenia, żadnej decyzji, żadnego wyjazdu, żadnej Magdy, która wstała o świcie i wyszła z plecakiem. Nie powiedziałam nigdy, że nie wzięłam tych pieniędzy, ale nie dlatego, że bałam się reakcji. Po prostu zrozumiałam, że już mnie to nie obchodzi. Ich zdanie, ich przypuszczenia, ich krzywe uśmieszki.

Czasem miałam impuls, by napisać — Jedno zdanie, po prostu prawdę. Albo pytanie: „Naprawdę myślicie, że to byłam ja?”. Ale nie wysyłałam. Bo niczego nie chciałam się już dowiadywać. Nie zależało mi na ich tłumaczeniach, niepotrzebna mi była żadna rozmowa. One nigdy nie zapytały. Nie dlatego, że się bały, tylko po prostu bo nie chciały wiedzieć. Uznały wersję, która pasowała do ich świata. Wygodną, cichą, taką, która nie wymagała od nich spojrzenia sobie w oczy.

— Prawda ich nie interesuje — powiedziałam raz, zapisując to w zeszycie. — One chcą tylko wygodnej wersji.

Zamykały drzwi tamtego ranka tak samo, jak zamknęły ten temat. Po cichu, bez pożegnania. Ale to nie ja mam z tym problem.

— Wygodniej było mnie osądzić, niż spojrzeć sobie w oczy — dodałam i zamknęłam zeszyt.

Nie wszystko musi się kończyć dobrze

To doświadczenie mnie zmieniło. Nie stałam się przez nie kimś innym, ale przestałam udawać, że chcę należeć do ludzi, którzy nigdy mnie nie widzieli. Już nie zależało mi na byciu częścią czyjejś paczki. Nie szukałam aprobaty, nie śledziłam rozmów, nie liczyłam, że mnie zaproszą. Przestałam czekać. Byłam bardziej ostrożna. Wycofana? Może. Ale nie cicha z powodu strachu. Po prostu wiedziałam, komu warto się pokazać. I komu można ufać.

Nauczyłam się słuchać intuicji. Gdy czuję, że coś nie gra, nie ignoruję tego. Gdy ktoś mówi jedno, a robi drugie, nie szukam wymówek. Nie zbliżam się do ludzi, którzy traktują innych jak tło do własnych historii. Nie chcę już być dodatkiem. Wolę samotność niż udawaną bliskość. Z Karoliną, Anką i Zuzą nie rozmawiałam więcej. Czasem mijamy się w korytarzu, czasem widzę, jak siedzą na ławce i coś oglądają w telefonie. Czasem słyszę ich śmiech. Jest głośny, sztuczny, znajomy.

Dla mnie to już tylko zamknięty rozdział. Bez potrzeby wyjaśnień, bez happy endu, bez sprawiedliwości. I dobrze. Bo nie wszystko musi się kończyć dobrze, żeby coś znaczyć. Już nie muszę nikomu niczego udowadniać. Ani się tłumaczyć. Nie potrzebuję słów, by wiedzieć, kim jestem. To było moje ostatnie ferie w czyimś cieniu.

Magdalena, 21 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama