„Zaprosiłem kumpla na weekend i chciałem, by czuł się jak w domu. Tak się rozgościł, że ukradł mi żonę”
„Zaśmiała się, nieco za głośno. Zobaczyłem w jej oczach błysk, jakiego nie widziałem od dawna. Pomyślałem: może dobrze, że Bartek przyjechał. Może trochę życia wpuści w nasze zastałe powietrze. Ale już wieczorem coś mi zgrzytało. Znikali razem w kuchni. Słyszałem cichy śmiech zza drzwi”.

Nie jestem typem faceta, który okazuje swoje emocje. Nigdy nie byłem. Aneta zawsze mówiła, że mam w sobie coś z zimnego chirurga: precyzję, spokój, rutynę. I pewnie miała rację. Może dlatego przez lata wszystko między nami jakoś działało — bez wybuchów, bez dramatów, spokojnie, cicho. Tak cicho, że aż czasem zastanawiałem się, czy cisza to jeszcze komfort czy już początek końca. Z Anetą jesteśmy razem dziesięć lat. Małżeństwo? Stabilne. Seks? Już raczej w niedzielę rano niż po nocach. Rozmowy? Głównie o liście zakupów i tym, że kran znowu cieknie. Kocham ją, ale to nie ta miłość, która wywraca wszystko do góry nogami. Raczej taka... partnerska. Ciepła. Wygodna. Jak stary sweter, który zna twoje ciało lepiej niż ty sam.
Nie spodziewałem się, że coś się zmieni. Że coś (albo ktoś) wstrząśnie tym naszym spokojnym światem. Bartek odezwał się po latach. Mój przyjaciel z dzieciństwa, z tych, co to razem łaziło po drzewach i wygrzebywało stare rzeczy z piwnicy. Zawsze był tym bardziej szalonym, pewnym siebie. W liceum łamał serca, potem ruszył w świat. Podróżnik, wieczny singiel, dusza towarzystwa. I nagle przysłał wiadomość: „Stary, będę w Polsce. Mogę wpaść na weekend?”.
Bez wahania odpisałem: „Pewnie. Wpadaj”. Nie uprzedziłem Anety. Myślałem, że się ucieszy. Zresztą... ja się cieszyłem. Brakowało mi kogoś, kto mnie znał, zanim stałem się Michałem od raportów i zakupów w Biedronce. Nie przeczuwałem wtedy, że ten weekend zmieni wszystko. A może po prostu nie chciałem tego wiedzieć.
— No patrzcie państwo, Michał się ani trochę nie zmienił! — Bartek roześmiał się głośno i rzucił się na kanapę w salonie, jakby to był jego własny dom. — Dalej masz tę minę, jakbyś się zastanawiał, czy w ogóle mnie zapraszać!
— Raczej, czy w ogóle cię wypuszczać. — Uśmiechnąłem się półgębkiem, choć czułem, że coś we mnie się napina.
Aneta podeszła z tacą. Herbata, ciasto, ręcznie składane serwetki. Takie szczegóły — zawsze je lubiła. Bartek złapał ją za rękę, zanim zdążyła odstawić tacę.
— Anetko kochana! Nawet nie wiesz, jak miło zobaczyć, że Michał wreszcie związał się z kimś, kto ma więcej klasy niż on sam.
Zaśmiała się, nieco za głośno. Zobaczyłem w jej oczach błysk, jakiego nie widziałem od dawna. Pomyślałem: może dobrze, że Bartek przyjechał. Może trochę życia wpuści w nasze zastałe powietrze. Ale już wieczorem coś mi zgrzytało. Znikali razem w kuchni. Słyszałem cichy śmiech zza drzwi. Raz wszedłem po szklankę i zastałem ich z głowami pochylonymi nad butelką wina, jakby byli na randce. Bartek rzucił żart, Aneta spojrzała na mnie przez ramię i powiedziała:
— Twój przyjaciel to niezły terapeuta. Powinieneś się od niego uczyć.
Nic nie powiedziałem, ale w głowie już coś rosło. Niepokój. I cień czegoś, co wyglądało bardzo jak zazdrość.
Aneta się nie pojawiła
— Michał, serio? — Aneta opadła bezsilnie na fotel. — Obrażasz się, bo rozmawiałam z Bartkiem przy winie?
— Nie chodzi o wino. Chodzi o to, jak z nim rozmawiasz — odparłem, czując, jak krew zaczyna mi pulsować w skroniach. — Tak, jakbyś zapomniała, że ja w ogóle tu jestem.
— Bo może czasem naprawdę cię nie ma — odbiła piłeczkę. — Fizycznie jesteś, ale reszta? Jesteś jak cichy cień, który tylko chodzi między komputerem a kuchnią.
Zamilkłem. Zabolało. Ale nie odpuściłem.
— Widziałem, jak na niego patrzysz. Jak się śmiejesz z jego żartów, których nawet nie rozumiesz. Nie widziałem cię tak rozbawionej od miesięcy.
Aneta wybuchnęła śmiechem, ale tym zimnym, bez radości.
— Bo może nie jesteś zabawny, Michał. Może przestaliśmy się już śmiać razem dawno temu, tylko nikt nie miał odwagi tego powiedzieć.
Patrzyliśmy na siebie, jakbyśmy byli obcymi ludźmi w jednym mieszkaniu. Bartek był w pokoju gościnnym, pewnie słyszał każde słowo. Wieczorem nalałem sobie whisky. Usiadłem w kuchni, sam. Światło lodówki migotało z kąta. Aneta się nie pojawiła. Bartek też nie. Było coś dusznego w tej ciszy. Coś, co zapowiadało burzę
Otworzyłem drzwi
Druga w nocy. Obudziło mnie coś… szmer? Śmiech? Wstałem niepewnie, ostrożnie stawiając kroki na zimnych panelach. Światła nie było, ale z kuchni dochodziły głosy. Ciche, stłumione. Zatrzymałem się przy drzwiach. Były tylko lekko uchylone.
— Nie możemy tego robić Michałowi — powiedział Bartek cicho, ale wyraźnie. Zabrzmiało to jak cios.
— A jeśli to już się stało? — Aneta. Jej szept był jak nożyk do listów, cienki, ale celny. — Jeśli... już za późno?
Serce mi stanęło. Potem ruszyło jak szalone. Wstrzymałem oddech. Słyszałem, jak ktoś stuka palcami o blat. Nerwowo. Jakby decyzja wisiała w powietrzu.
— Cholera, Aneta — syknął Bartek. — Ja miałem tylko wpaść na weekend. Nie rozwalać mu życie.
Wtedy już wiedziałem. Nie potrzebowałem więcej słów. Otworzyłem drzwi. W kuchni, przy zgaszonym świetle, tylko lodówka dawała niebieski blask. Siedzieli naprzeciwko siebie. Twarz Bartka spoważniała. Aneta odwróciła głowę.
— Co to było? — zapytałem. Głos drżał mi ze złości.
Milczeli. Bartek wstał pierwszy, ale nie podszedł. Stał nieruchomo, jakby czekał na wyrok. Aneta też się nie ruszała. Nie wiedziałem, co bolało bardziej — że zdrada była prawdziwa, czy że przyszła z dwóch stron jednocześnie.
Wyszedłem z domu
— Michał… — Aneta w końcu przerwała ciszę. — To nie było zaplanowane. To się po prostu stało.
— Po prostu? — parsknąłem, zaciskając dłonie w pięści. — Zdrada to teraz coś, co „się dzieje”? Jak kichnięcie? Nie miałem pojęcia.
Bartek spuścił wzrok. Nie odezwał się ani słowem.
— Nie planowałam tego, przysięgam — mówiła dalej Aneta, a w jej oczach pojawiły się łzy. — Ale od dawna było między nami pusto. Nie zauważyłeś? Czułam się... niewidzialna. Bartek mnie zobaczył, a ja... nie umiałam tego zatrzymać.
— Więc go wybrałaś?
— Nie wiem! — krzyknęła i zaraz zakryła twarz dłońmi. — Po prostu... z nim coś poczułam. Że znów jestem kobietą, że jestem kimś. A nie tylko częścią domowej rutyny.
Spojrzałem na Bartka. Stał jak sparaliżowany. Wtedy pękło we mnie coś zupełnie.
— Wynoś się z mojego domu — powiedziałem cicho, ale bez wahania. — Już. Teraz.
— Michał... — zaczął.
— Nie. Nie ma „Michał”. Nie jesteśmy już przyjaciółmi. Jesteś gościem, który wbił mi nóż w plecy, kiedy dałem mu nocleg i kolację.
Bartek spojrzał jeszcze raz na Anetę. Ona milczała, skulona jak dziecko, któremu zabrano zabawkę. Gdy trzasnęły drzwi, założyłem kurtkę i wyszedłem z domu. Błąkałem się po mieście bez celu, jak pijany, choć byłem trzeźwy jak nigdy. Czułem w środku pustkę. I gniew. Ale pod spodem coś jeszcze — bezsilność. Nie chciałem wracać. Bo to już nie był mój dom.
Po prostu... zamilkła
Spotkaliśmy się dwa dni później. Bartek zadzwonił. Powiedział, że musi, że jeśli nie przyjdę, sam stanie pod moimi drzwiami. Nie dla Anety. Dla mnie. Że wszystko, co powie, i tak niczego nie naprawi, ale że musi spróbować. Usiedliśmy w pustym barze przy dworcu. On wyglądał gorzej niż ja — nieogolony, oczy przekrwione. Zabawne. Jeszcze tydzień temu wydawał się nie do ruszenia. Ten typ, co zawsze spada na cztery łapy. Teraz wyglądał, jakby wylądował twarzą na betonie.
— Nie planowałem tego, Michał. Przysięgam ci. Przyjechałem, bo... tęskniłem za dawnym życiem. Za tobą. Za domem, którego nigdy nie miałem.
Milczałem. Nie chciałem mu pomóc. Nie chciałem mu niczego ułatwiać.
— Wiem, że nie jestem wart wybaczenia. Ale musisz wiedzieć, że nie chodziło tylko o seks. To nie była przygoda. To był moment, który wymknął się spod kontroli. I żałuję. Każdego dnia. Ale... — Zacisnął dłonie. Szklanka z colą drżała lekko. — Ale nie mogę ci powiedzieć, że nic do niej nie czułem. I ty to wiesz. Dlatego to boli.
Spojrzałem na niego. Na człowieka, który znał mnie jak nikt. Który wiedział, co mnie śmieszy, co doprowadza do szału, co boli najbardziej. I właśnie tam uderzył.
— Wiesz, Bartek, najgorsze nie jest to, że się z nią przespałeś. Najgorsze jest to, że zrobiłeś to w moim domu. Gdy ja spałem w pokoju obok. Że użyłeś zaufania jak klucza do sejfu.
Wstałem. Nie dokończyłem drinka. On też nie. Nasza przyjaźń umarła tego dnia. Nie dramatycznie. Po prostu... zamilkła.
Zostałem z tym sam
Dom był pusty. Aneta wyjechała do siostry, zostawiła tylko kartkę: „Potrzebuję czasu. Nie wiem, co dalej”. Nie odpisałem. Nie miałem już siły walczyć. Siedziałem przy kuchennym stole, patrząc na puste krzesło naprzeciwko. Jeszcze tydzień temu siedział tam Bartek, opowiadał głupie historie z dzieciństwa. Śmialiśmy się. Teraz? Nie wiem, kim byliśmy — oni, ja. Rozwód? Możliwe. Ale na razie nie miałem siły podejmować decyzji. Zbyt wiele się rozsypało.
Zaufanie. Przyjaźń. Bezpieczeństwo. Zostałem z tym sam. I z jednym pytaniem: jak nie zauważyłem, że pękamy od środka? Patrzyłem w pustkę i powtarzałem tylko jedno zdanie w myślach: Nie sądziłem, że najgłębsze rany zadadzą mi ci, których kochałem najbardziej.
Michał, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przez te mrozy teściowa robi w domu saunę. Rachunki za ogrzewanie rosną, a ja nie mam co do garnka włożyć”
- „Gdy mąż zwiedza mieszkania kolegów, ja szoruję nasz dom. Byłam w szoku, gdy usłyszałam, jak nazywa mnie wśród kumpli”
- „Odkładaliśmy kasę na remont, a mąż wydał wszystko na zimowe ferie z all inclusive. Odpadający tynk musi poczekać”

