Reklama

Nie robiłam tego dla pochwał. Nie oczekiwałam złotych medali, kwiatów, może nawet nie liczyłam na laurkę. Zresztą kto dziś jeszcze robi laurki? Jednak miło byłoby chociaż usłyszeć „dziękuję” albo zobaczyć, że ktoś się naprawdę cieszy. Że pamięta. Że to spotkanie coś znaczy. W Dzień Babci zaprosiłam wnuczki na obiad. Miałam ochotę je zobaczyć, pogadać, może nawet pogłaskać po głowie jak wtedy, gdy były małe. Wtedy nie wstydziły uczuć. No i chciałam, żeby zjadły coś porządnego, domowego. Cały dzień stałam przy garach. I cały czas coś mi mówiło, że to może nie był dobry pomysł.

Nie tego się spodziewałam

Przyjechały piętnaście minut po czasie, ale nawet się nie zająknęły, że przepraszają. Wpadły jak do galerii handlowej, każda z telefonem w ręce. Nawet się ze mną nie przywitały.

– No siema, babciu – rzuciła najstarsza, wchodząc do kuchni. – Ładnie tu pachnie. To pierogi? Z mięsem? Bo ja teraz weganka, wiesz?

– A to sobie tylko barszczyk wypijesz – odparłam z lekkim uśmiechem. – Zrobiłam też sałatkę jarzynową bez jajek, jak prosiłaś rok temu.

– O, wow, serio? Ty jesteś niemożliwa – parsknęła, a jej siostra dodała:

Kto jeszcze robi sałatkę jarzynową? Może od razu kompot z suszu?

– Jest w lodówce – powiedziałam spokojnie.

Trzecia, najmłodsza, nie powiedziała nic. Wzięła telefon i zrobiła zdjęcie nakrytego stołu.

Co ty wyprawiasz, dziecko? – zapytałam.

– No jak to? Babciu, przecież to dla beki. Moi znajomi będą w szoku, że ktoś naprawdę jeszcze robi śledzie!

– Dla beki, mówisz... – mruknęłam, zdejmując fartuch. – A ja tu cały dzień stałam przy tych śledziach.

– Nie no, babciu, nie obrażaj się – powiedziała najstarsza z przymilnym uśmiechem. – Przecież wiemy, że się starałaś. Tylko... to takie zabawne, no wiesz. Trochę jak ze skansenu.

– To dobrze, że jeszcze żyję, żeby wam ten skansen osobiście pokazać – odpowiedziałam i nalałam sobie barszczu.

Miałam łzy w oczach

– No dobra, to co dziś na deser? – zapytała nagle średnia, zerkając na zegarek. – Bo zaraz muszę lecieć na spotkanie. Z chłopakiem.

– Szarlotka – odpowiedziałam. – Taka jak lubiłyście, z kruszonką. I bitą śmietaną.

– Babciu, błagam cię – zaśmiała się głośno. – Kto teraz je bitą śmietanę? Przecież to sam cukier i tłuszcz! Wiesz, ile to kalorii?

– Pamiętam, jak miałaś pięć lat i wyjadałaś ją palcem z miski. I nie narzekałaś wtedy, że za tłusta.

– No bo miałam pięć lat – wywróciła oczami. – Teraz mam inne priorytety.

– Twoim priorytetem dziś powinno siedzenie przy stole z rodziną – odparłam. – Chociaż ten jeden dzień w roku.

Najmłodsza prychnęła.

– Dzień Babci to nie święto państwowe. Ciesz się, że w ogóle przyszłyśmy.

– Przyszłyście... – powtórzyłam cicho. – Przyszłyście, pogapiłyście się w telefony, pożartowałyście ze mnie i zaraz sobie pójdziecie.

– No teraz to dramatyzujesz – jęknęła najstarsza. – Serio. Nikt nie chciał cię urazić. Tylko... po prostu jesteśmy inne niż ty. Inne czasy, wiesz?

– Inne czasy, to fakt – skinęłam głową. – Kiedyś jak babcia coś ugotowała, to się cieszyło, a nie robiło z tego kabaret.

– Babciu, nie płacz, no – powiedziała cicho średnia, widząc, że ocieram oczy ściereczką.

– To nie łzy. Po prostu się zmęczyłam. Pewnie wiecie, jak to jest, jak się człowiek stara, a i tak czuje, że jest niepotrzebny.

Próbowałam z nimi rozmawiać

Usiadłam z powrotem przy stole. W ciszy. Nawet one na chwilę przestały klikać w te swoje telefony. Jakby pierwszy raz dotarło do nich, że może rzeczywiście coś jest nie tak.

– No dobra, babciu – zaczęła najstarsza, niespodziewanie poważna. – To może zróbmy coś razem. W sensie... nie wiem, może wspólne zdjęcie?

– Żebyś miała co wrzucić znowu z ironicznym podpisem? – spojrzałam na nią z przekąsem.

– Nie, tak po prostu. Chciałabym mieć pamiątkę.

– A co ci po pamiątce, skoro nie umiesz docenić tego, co masz na żywo?

Zamilkła. Wreszcie. Najmłodsza wnuczka wstała od stołu.

– To może ja już pójdę... skoro i tak tylko przeszkadzamy.

– Nie przeszkadzacie – westchnęłam. – Tylko wiecie co? Czasem mam wrażenie, że ja już was w ogóle nie znam. Kiedyś miałyście błoto w butach i słoiki po dżemie na robaki. Teraz... teraz się mnie wstydzicie.

– Babciu, nie mów tak – szepnęła cicho najmłodsza. – My cię nie wstydzimy. Po prostu... nie zawsze wiemy, jak z tobą rozmawiać.

– A co tu trudnego? Mówię: „Cieszę się, że przyszłyście” – wy odpowiadacie: „My też, babciu”. Siadamy. Jemy. Gadamy. Śmiejemy się. Normalnie. Bez tych masek, które macie na twarzach jak gdzieś w telewizji. Bez tej całej pozy.

– No dobra – powiedziała średnia. – To może... zagramy w coś? Może „państwa-miasta”?

Spojrzałam na nie. Trzy dorosłe dziewczyny, które wciąż potrafiły wyglądać jak moje małe wnuczki. Może to jeszcze nie wszystko stracone.

– Mam gdzieś w szufladzie stary zeszyt i długopisy.

Wciąż miałam nadzieję

– To może jeszcze jedna rundka?

– Dajcie babci odetchnąć – powiedziała najstarsza. – Przecież stała cały dzień w kuchni. Może chociaż teraz usiądzie i po prostu odpocznie?

– Siedzę właśnie, moje dziecko – uśmiechnęłam się krzywo. – Nie jestem z porcelany, jeszcze pamiętam, jak się gra.

– Nie jesteś z porcelany i robisz najlepsze pierogi na świecie – dodała najmłodsza. – Wiem, że się z nas dziś wkurzyłaś.

– Wkurzyć to się mogę, jak mi mleko wykipi. A was... to mi tylko czasem żal.

– Czemu?

– Bo nie wiecie, że mi nie chodzi o to, żebyście przychodziły z prezentami, wielkimi kwiatami czy Bóg wie czym. Tylko żebyście czasem przyszły porozmawiać. Bez udawania. Bez pośpiechu. Bez tych waszych ekranów.

Zapadła cisza. Pierwsza raz w tym dniu żadna nie próbowała się śmiać.

– To... może wpadniemy w przyszłą sobotę? – zaproponowała średnia niepewnie. – Może coś razem ugotujemy?

– I zrobimy filmik z babcią, jak lepi pierogi! – dodała najmłodsza z błyskiem w oku.

– Tylko nie zróbcie ze mnie mema – mruknęłam. – Bo się obrażę i następnym razem będziecie jeść pierogi mrożone z dyskontu.

– Obiecujemy! Żadnych głupich podpisów. Tylko babcia i jej mistrzowskie ręce.

– Dobrze. Tylko wtedy każda bierze wałek do ręki. Nie będzie, że babcia robi, a wy tylko kamerujecie.

Zaśmiały się wszystkie trzy. I po raz pierwszy tego dnia śmiech brzmiał... prawdziwie.

Czułam się doceniona

Wyszły dwie godziny później, niż planowały. Bez pośpiechu. Każda z zapakowanym kawałkiem szarlotki, bo „szkoda, żeby się zmarnowało”. Uściskały mnie na pożegnanie tak, jak kiedyś – mocno, bez tego niezręcznego poklepywania po plecach. Następnego dnia dostałam wiadomość od najmłodszej wnuczki.

„Babciu, jaki jest najlepszy serek homogenizowany? Bo robimy listę zakupów na sobotę. Kocham Cię!”.

Chwilę później wysłała mi zdjęcie: trzy długopisy, zeszyt i kartka z napisem: „U Babci jak w niebie”.

Odpisałam, żeby kupiły dobry twaróg. I chwilę później wysłałam kolejnego SMS-a:

„Też cię kocham. Tylko się nie spóźnij, bo rosół nie lubi czekać”.

Może jestem staromodna, może z innej epoki. Jednak w tamtej chwili poczułam, że nie jestem muzealnym eksponatem. Że moje garnki, pierogi i barszczyk z uszkami – mogą być jeszcze dla kogoś ważne. Nawet jeśli tylko raz na jakiś czas. Nie wiem, jak długo to potrwa. Może do wiosny. Może tylko do następnego Dnia Babci. Ważne, że przez chwilę, znów poczułam się znów babcią. I to mi wystarczyło.

Helena, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama