Reklama

Mieszkam w mieście już czwarty rok. Najpierw był akademik, potem wynajęty pokój, teraz kawalerka z aneksem kuchennym, z której i tak najczęściej uciekam do pracy albo na uczelnię. Czas płynął szybko, ale ja jakoś ciągle nie mogłam się w tym mieście całkiem zadomowić.

Byłam podekscytowana

Wróciłam do Warszawy po świętach, ale ledwo rozpakowałam walizkę, już myślałam o tym, że za dwa tygodnie będzie bal karnawałowy w naszej wsi, w remizie. Zawsze był i zawsze na niego czekałam. W tym roku miałam z kim jechać.

Opowiadałam mojemu chłopakowi Adrianowi o tych balach chyba od początku naszej znajomości. Nie wiem, czy mnie wtedy słuchał. Miał w sobie taki chłód, który czasem wydawał mi się niechęcią. Na początku mnie to nawet pociągało, bo był inny niż chłopaki z mojej miejscowości. Pewny siebie, pewny swojego gustu, pewny swojego zdania. Z czasem ta pewność zaczęła mnie męczyć.

Myślałam, że może mu się spodoba, że dostrzeże w tej imprezie coś więcej niż kiełbasę na plastikowym talerzyku i głośne przyśpiewki. Chciałam, żeby zobaczył mnie tam, gdzie się wychowałam, zanim zaczęłam się tego wstydzić.

To był mój świat

Pojechaliśmy autobusem. Przesiadka, potem jeszcze godzina do mojej wsi. Siedzieliśmy obok siebie, ale każdy patrzył w swoją stronę. Adrian co chwilę spoglądał na ekran telefonu, a ja na pola przykryte śniegiem, które z każdą minutą robiły się coraz bardziej znajome.

– No i jak to wygląda? Ta wasza impreza? – zapytał, nie podnosząc wzroku.

– Normalnie. Stół, jedzenie, muzyka. Ludzie się bawią. Tylko tyle i aż tyle – odpowiedziałam.

Westchnął tylko i znów zapatrzył się w szybę. Nie miałam siły nic więcej mówić. Przez moment pomyślałam, że mogłam jechać sama, ale było za późno. Bilety kupione, nocleg u mamy przygotowany. Jeszcze próbowałam się łudzić, że może jak już wejdziemy na salę, to da się porwać atmosferze choć na chwilę.

Sala była już pełna, kiedy weszliśmy. Ciepło buchnęło na nas od razu – od grzejników, od ludzi, od stołów zastawionych jedzeniem. W kącie grała kapela, stół wzdłuż jednej ściany uginał się od półmisków z wędlinami, ogórkami, sałatkami, był bigos w wielkim garze, kompot w dzbankach i plastikowe kieliszki, które kleiły się lekko do stołu.

Był niezadowolony

Adrian stanął na środku, rozejrzał się jakby szukał drogi ewakuacyjnej.

– Przypomina mi to wesele u wujka z Ciechanowa – rzucił.

Nie odpowiedziałam. Usiadłam przy stole, skinęłam głową do znajomych, którzy już mnie zauważyli. Natychmiast ktoś nalał mi kieliszek. Adrian usiadł obok, wyjął telefon, potem go schował. Nie sięgał po jedzenie, siedział w płaszczu. Wtedy zobaczyłam Jacka, kolegę z liceum. Nie zmienił się prawie wcale – może tylko miał trochę większą brodę. Przeszedł między stołami i stanął przy mnie z uśmiechem.

– A niech mnie, Aga! Ile to już lat? – powiedział i przytulił mnie krótko. – To co, dasz się porwać do tańca?

Spojrzałam na Adriana. Patrzył na nas z lekkim uśmiechem, ale nic nie mówił.

– Jasne, czemu nie – odpowiedziałam i wstałam.

Jacek tańczył z rozmachem, ale czule. Coś śpiewał pod nosem, pachniał czymś prostym i świeżym. Obracaliśmy się wśród par, z każdej strony ktoś się uśmiechał, machał, zagadywał. Nagle poczułam, że wróciłam.

Czułam się tam dobrze

Po trzech piosenkach wróciłam do stołu. Adrian siedział sztywno, dłubał widelcem w kawałku kiełbasy.

– Mam wrażenie, że zaraz ktoś tu będzie grał „Biełyje rozy” – mruknął.

– Może i zagrają. I co z tego?

– Po prostu… to chyba nie moje klimaty.

Patrzyłam na niego chwilę. Miałam ochotę powiedzieć: nikt cię nie zmusza, ale powiedziałam tylko:

– Spróbuj się otworzyć. To ważne dla mnie. Serio.

Nie odpowiedział, tylko kiwnął głową, ale widziałam po jego oczach, że już go straciłam na ten wieczór. Siedział, jakby tylko czekał na koniec, a ja patrzyłam na ludzi, których znałam całe życie. Czułam wstyd, ale nie za nich, a za to, że przyprowadziłam tutaj kogoś, kto patrzy na mój świat jak na skansen.

Miałam go dość

Z każdą godziną Adrian robił się bardziej nieprzyjemny. Wypił dwa kieliszki wódki, zaczął komentować głośno że muzyka ogłusza, że zapach smażonego mięsa wsiąka w ubrania, że ludzie nie umieją tańczyć. Próbowałam żartować, ale coraz mniej miałam na to siły. W końcu nachylił się do mnie i powiedział cicho:

– Już nigdy nie zniżę się do takiego poziomu.

Nie odpowiedziałam. Wstałam od stołu i poszłam z powrotem na parkiet. Jacek tylko spojrzał na mnie i od razu podał mi rękę.

– Jeszcze raz? – zapytał.

Pokiwałam głową. Tańczyliśmy w rytm piosenki, którą znałam od dziecka. Gdy objął mnie lekko w talii, poczułam dziwną ulgę, jakby ktoś pozwolił mi znów być sobą.

– Fajnie, że wpadłaś. Naprawdę brakowało cię tu – powiedział cicho.

Spojrzałam mu w oczy, nie mówiąc nic. W tamtym momencie nie chciałam niczego tłumaczyć. Chciałam tylko tańczyć, dopóki ta noc trwała.

Po prostu wyszedł

Była czwarta nad ranem, gdy zauważyłam, że Adriana już nie ma. Jego kurtka zniknęła z wieszaka, przy talerzu stał pusty kieliszek. Nie zostawił żadnej wiadomości, nie zapytał, czy wracam z nim. Nie szukałam go. Nie miałam siły znowu prowadzić rozmowy, w której udajemy, że jesteśmy sobie bliscy.

Zostałam do końca imprezy. Z Jackiem tańczyłam jeszcze kilka razy. Pod koniec balu usiadłam przy stole obok koleżanki. Ziewnęła szeroko i spojrzała na mnie z przekąsem.

– A ten twój z miasta to taki jakiś nie teges, co?

Uśmiechnęłam się blado.

– Chyba nie dla mnie.

– No to przynajmniej zatańczyłaś, i dobrze – podsumowała i nalała sobie soku.

Rano, w autobusie powrotnym, siedziałam sama przy oknie. Śnieg topniał na poboczach, pola migały jedno za drugim. Myślałam o tym, że już wszystko wiem. To nie było nic nagłego, to się kończyło od dawna, tylko nie chciałam tego widzieć.

To był koniec

Adrian napisał wieczorem, dzień po balu: „Wydaje mi się, że to nie ma sensu. Chyba jesteśmy zbyt różni”. Bez żalów, bez złości, jakby mówił o czymś odległym, co i tak już wygasło. Odpisałam krótko: „Masz rację. Nie musimy tego dalej ciągnąć”.

Siedziałam wtedy w swojej kawalerce. Za oknem było ciemno, ktoś u sąsiadów puszczał głośno muzykę. Wtedy zadzwoniła do mnie mama:

– Jakoś mi się wydaje, że to był wasz ostatni bal razem.

Przytaknęłam i nie musiałam nic mówić. Chociaż nigdy nie wtrącała się w moje związki, zawsze widziała więcej, niż chciałam pokazać. Tego wieczoru pierwszy raz pomyślałam, że to nie ja muszę się wstydzić i że nie wszystko, co proste, jest prymitywne.

Agnieszka, 21 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama