Reklama

Wszystko było już zarezerwowane: loty, hotel z widokiem na morze, nawet romantyczna kolacja na plaży. Mieliśmy w końcu zrobić coś tylko dla siebie, po tylu latach gonitwy, pracy i codzienności. Tylko że coś się zmieniło. To nie była jedna kłótnia ani konkretna scena. Raczej cichy, powolny proces, jak kapanie kranu w nocy, którego nie słyszysz, dopóki nie zaleje ci całej kuchni. Kiedy pakowała walizkę, zrozumiałem, że już nic nas nie łączy. Że te wakacje to nie będzie nowy początek. To będzie pożegnanie.

Chciałem, żeby coś poczuła

Stałem w progu sypialni, opierając się o framugę, z kubkiem kawy w dłoni. Ona klęczała przy łóżku, pakując rzeczy. Składała ubrania równo, niemal obsesyjnie, jakby od tego zależał porządek świata. Cicho mruczała pod nosem, licząc zestawy. Bikini, sukienka, szorty. Na mnie nawet nie spojrzała.

— Wzięłaś ładowarkę do aparatu? — zapytałem.

— Jest w bocznej kieszeni — odpowiedziała mechanicznie, bez cienia emocji.

Zamek walizki zgrzytnął głośno, jakby nie chciał się zamknąć. Przyglądałem się temu chwilę, po czym odstawiłem kubek i usiadłem na krześle obok. W pokoju panowała napięta cisza. Nie ta zwykła, codzienna, kiedy po prostu nie ma o czym mówić. Ta była pełna niedopowiedzianych słów i przemilczanych pretensji.

— Zastanawiam się, czy w ogóle chcemy jechać – powiedziałem w końcu.

Spojrzała na mnie. Nie ze złością, a z obojętnością, która zabolała mnie bardziej niż gdyby krzyknęła. Usiadła na brzegu łóżka, poprawiając ramiączko bluzki.

— Bilety są kupione. Wszystko już zaplanowane — rzuciła cicho.

— To nie odpowiedź.

— Więc co chcesz usłyszeć?

Nie odpowiedziałem. Sam nie wiedziałem, co by mnie w tej chwili uspokoiło. Chyba nic. Może po prostu chciałem, żeby coś poczuła. Cokolwiek. Nawet złość byłaby lepsza niż to jej zmęczone „róbmy, co trzeba”.

— Jedźmy — powiedziała po chwili. — Choćby po to, żeby nie siedzieć tu i nie milczeć.

Kiwnąłem głową. Walizka w końcu się domknęła.

Czasem coś pęka

Siedzieliśmy obok siebie w samolocie, ale dzieliło nas więcej niż tylko podłokietnik. Każde z nas patrzyło w swoją stronę. Ona przez okno, ja w ekran przed sobą, udając, że interesuje mnie jakiś film. Co jakiś czas zerkałem na nią ukradkiem, ale nie złapałem jej wzroku ani razu. Była w swojej bańce, do której już od dawna nie miałem dostępu.

W hotelu czekała na nas chłodna uprzejmość recepcjonistki i pokój z widokiem na morze. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało idealnie. Duże łóżko, balkon, szum fal. Tylko że my, w tym wszystkim, wyglądaliśmy jak statyści w cudzym życiu. Wieczorem usiedliśmy na tarasie. Ja z kieliszkiem wina, ona z książką, której nie czytała. Przerwała ciszę jako pierwsza:

— Czujesz się tak samo samotny jak ja?

Poczułem, że nie mam gdzie uciec. Ani fizycznie, ani w myślach. Odwróciłem się do niej, oparłem łokcie o stół.

— Tak. Od dłuższego czasu.

— To kiedy to się stało?

Nie miałem odpowiedzi. To było jak pytanie o pierwszy moment, kiedy coś się psuje. Czasem ząb boli miesiącami, zanim zacznie się sypać. A czasem coś pęka, gdy nawet nie wiesz, że miało rysę.

— Może przestaliśmy się starać — zasugerowałem. — Może tak bardzo chcieliśmy, żeby wszystko działało, że przestaliśmy zauważać, że nie działa.

Skinęła głową. Oczy miała wilgotne, ale nie płakała.

— Nie chcę cię ranić — powiedziała.

Ja ciebie też nie.

Tylko że chyba już to zrobiliśmy. Po cichu, dzień po dniu.

Spacerowaliśmy jeszcze chwilę

Kolejne dni wyglądały jak sceny z filmu, w którym graliśmy role szczęśliwego małżeństwa. Chodziliśmy na śniadania, opalaliśmy się na plaży, zamawialiśmy drinki z parasolkami. W obiektywie innych turystów mogliśmy uchodzić za parę na urlopie życia. Nikt nie zobaczył, że nie trzymamy się za ręce. Nikt nie usłyszał tych rozmów, których nie było. Wieczorem poszliśmy na spacer brzegiem morza. Fale obmywały nasze stopy, ale ja czułem, jakby wszystko mnie od niej oddzielało — i woda, i wiatr, i ta cholerna cisza.

— Pamiętasz, jak tu byliśmy dziesięć lat temu? — zapytała, przerywając moje myśli.

— Pamiętam, że nie mogliśmy się od siebie oderwać — odpowiedziałem. — Wtedy nawet wspólne milczenie miało sens.

Uśmiechnęła się blado. Zatrzymała się, wpatrując się w horyzont.

— Wiesz, chyba tęsknię za tamtą wersją nas. Za tymi ludźmi, którymi byliśmy.

— Ja też — przyznałem. — Tylko że ich już nie ma.

Odwróciła się w moją stronę. W jej spojrzeniu była jakaś mieszanka żalu i zgody. Nie kłóciliśmy się, nie oskarżaliśmy się nawzajem. Tylko patrzyliśmy na siebie jak dwójka ludzi, którzy przegapili moment, w którym wszystko zaczęło się rozpadać.

— Gdybyś mógł cofnąć czas, spróbowałbyś to wszystko naprawić? — spytała.

— Tak. Tylko nie wiem, czy wtedy bym wiedział, co psujemy.

Spacerowaliśmy jeszcze chwilę, ale już nie obok siebie. Ja szedłem trochę szybciej, ona zostawała w tyle. Tak, jakbyśmy już ćwiczyli oddzielne powroty.

Długo nic nie mówiła

Zarezerwowaliśmy stolik w restauracji polecanej przez recepcjonistkę. Taras z widokiem na zatokę, delikatne światła, muzyka na żywo. Wszystko miało sprzyjać bliskości, ale zamiast niej, między nami wisiało coś ciężkiego i nieprzyjemnego, czego nie dało się zignorować.

Kelner przyniósł kartę win i zaproponował lokalne przysmaki. Uśmiechaliśmy się grzecznie, zamawialiśmy, dziękowaliśmy. Tak bardzo chcieliśmy udawać, że jest dobrze, że zaczęło mnie to męczyć fizycznie. Jedzenie smakowało jak tekturowe dekoracje — ładne, ale martwe.

— Myślisz o rozwodzie? — zapytałem nagle, nie patrząc jej w oczy.

Długo nic nie mówiła. Potem odłożyła widelec na brzeg talerza.

— Tak. Ostatnio coraz częściej. A ty?

— Też. Chociaż czasem mam nadzieję, że może jeszcze coś się da uratować.

— A ty naprawdę chcesz to ratować? Czy tylko boisz się, co będzie potem?

To pytanie trafiło dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej. Bo przecież nie byłem pewien. Może bardziej bałem się samotności niż jej utraty. Może myliłem przywiązanie z miłością.

— Nie wiem — przyznałem cicho.

— Ja też nie.

Przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło. Tylko dźwięk talerzy i rozmów innych ludzi wypełniał przestrzeń. Byliśmy jak wyspa pośród tego gwaru: cicha, zimna, osobna.

— Wiesz, chyba nie chodzi o to, że przestaliśmy się kochać — powiedziała nagle. — Może po prostu przestaliśmy być dla siebie ważni.

Spojrzałem na nią. Jej oczy były zmęczone, ale spokojne. Jakby już wiedziała, że wszystko zmierza w jednym kierunku.

Tak wygląda koniec

Obudziłem się wcześniej niż zwykle. Słońce dopiero wstawało, malując pokój ciepłym światłem. Leżałem przez chwilę bez ruchu, słuchając jej oddechu. Spała spokojnie, jakby przez chwilę wszystko było w porządku. Patrzyłem na nią długo: na twarz, którą znałem lepiej niż własną, na dłonie splecione na kołdrze. I myślałem, że to chyba właśnie tak wygląda koniec. Cicho. Bez wybuchów czy dramatów.

Wstałem, wyszedłem na balkon i zapaliłem papierosa, chociaż od lat nie paliłem. Może chciałem poczuć coś znajomego, choćby dym w płucach. Gdy wróciłem do środka, siedziała już na łóżku, owinięta ręcznikiem.

Dziś wracamy — powiedziała. — Cieszysz się?

— Nie wiem — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. — A ty?

Też nie wiem.

Zaczęliśmy pakować rzeczy, każde w swoim kącie, każde w milczeniu. Nie pytaliśmy się nawzajem o rzeczy, nie prosiliśmy o pomoc. Wiedzieliśmy już, że ten powrót będzie inny niż wszystkie. Coś się skończyło i nie da się tego odpakować ani spakować z powrotem. Zamknęła walizkę z kliknięciem, które zabrzmiało jak ostateczny werdykt. Spojrzała na mnie, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała nic. I może dobrze. Czasem słowa tylko psują to, co jest już jasne.

— Gotowy? — zapytała.

— Tak — odpowiedziałem, choć wcale nie byłem.

Wyszliśmy z pokoju, nie oglądając się za siebie. Na korytarzu minęła nas para śmiejących się młodych ludzi. Patrzyłem za nimi chwilę, a potem ruszyłem za nią. W milczeniu. Jak przez całe te wakacje.

W domu panowała cisza

Lot powrotny minął nam bez słowa. Ona siedziała przy oknie, ja od strony korytarza. Między nami była pusta przestrzeń, większa niż kiedykolwiek wcześniej. Nie próbowałem już jej dotknąć ani zagadywać. Czułem, że każde słowo byłoby tylko niepotrzebnym przeciąganiem tego, co i tak się stało. Na lotnisku odebraliśmy bagaże i ruszyliśmy do wyjścia. Pogoda była zupełnie inna niż tam, gdzie byliśmy: szara, zimna, deszczowa. Może to lepiej. Gdyby świeciło słońce, wszystko wydawałoby się jeszcze bardziej fałszywe.

Zatrzymaliśmy się przy postoju taksówek. Spojrzała na mnie, trzymając walizkę jedną ręką, drugą wsuwając włosy za ucho — odruch, który znałem od lat.

— Może powinniśmy dać sobie trochę czasu — powiedziała cicho.

— Chyba właśnie go sobie daliśmy — odpowiedziałem. — I nic się nie zmieniło.

Nie zaprzeczyła. Taksówka podjechała. Pomogłem jej wsunąć walizkę do bagażnika.

— To ty jedź pierwsza — powiedziałem. — Ja wezmę następną.

Kiwnęła głową. Wsiadła. Ostatni raz spojrzała przez szybę, zanim samochód odjechał. Stałem jeszcze chwilę w deszczu, zanim złapałem kolejną taksówkę. W domu panowała cisza. Nasze wspólne zdjęcie w ramce przewróciło się na półce. Zostawiłem je tak. Nie miałem siły go poprawiać.

Kilka dni później powiedzieliśmy to na głos. Że nie ma już nas. Po prostu zgodziliśmy się, że coś się skończyło. I trzeba to uszanować. Byliśmy kiedyś szczęśliwi. Ale to było dawno temu.

Adam, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama