Reklama

Od kilku lat byłem w związku z Olgą, kobietą, którą uważałem za swoją bratnią duszę, choć życie pokazało, że nawet największe plany potrafią legnąć w gruzach przez drobne, na pozór błahe sytuacje. Przez całe tygodnie układałem w głowie scenariusz idealnych oświadczyn, wybierałem pierścionek, konsultowałem się z jej przyjaciółkami, by niczego nie zepsuć. Walentynki wydawały się doskonałym momentem — romantyczny klimat, śnieg za oknem, a ja klęczący z małym pudełeczkiem. Zamiast jednak magicznej chwili, czekała mnie emocjonalna burza, która sprawiła, że w jednej chwili cała pewność siebie i plan na przyszłość wyparowały. Do dziś nie mogę się pogodzić z tym, jak niewiele trzeba, by wszystko się rozsypało.

Nie wyobrażałem sobie życia bez niej

Wszystko zaczęło się na początku lutego, gdy wreszcie podjąłem decyzję — zamierzam się oświadczyć. Nie byłem typem romantyka, więc wymagało to ode mnie sporo wysiłku i stresu. Układałem w głowie różne scenariusze: restauracja czy dom, bukiet róż czy dyskretna kolacja tylko we dwoje. W końcu uznałem, że zrobię to po swojemu: w naszym mieszkaniu, przy ulubionej muzyce, z domowym makaronem, który zawsze wychodził mi najlepiej.

Nerwowo sprawdzałem maile od jubilera, śledziłem przesyłkę z pierścionkiem i starałem się zachowywać naturalnie, żeby nie wzbudzić podejrzeń Olgi. Ona ostatnio była rozkojarzona, wiecznie zmęczona i trochę drażliwa, ale zrzucałem to na stres w pracy. Wieczorami, gdy siedzieliśmy razem przed telewizorem, łapałem się na tym, że zamiast oglądać serial, obserwuję ją kątem oka i próbuję wyczytać z jej miny, czy podejrzewa, co się święci.

Tego dnia, gdy pierścionek wreszcie dotarł, poczułem ulgę. Schowałem go głęboko w szafie, obok zimowych rękawiczek, pewien, że tam na pewno nie zajrzy. Liczyłem dni do walentynek, układałem w głowie przemowę i wyobrażałem sobie jej reakcję. Byłem przekonany, że się wzruszy, przytuli mnie i powie „tak”. Przecież rozmawialiśmy o przyszłości już nie raz, a ja nie wyobrażałem sobie życia bez niej.

Poczułem się jak intruz

Im bliżej walentynek, tym bardziej wyczulony byłem na każdy gest Olgi. Zaczęły mnie niepokoić jej dziwne nastroje: raz była czuła, innym razem obojętna, jakby coś przed mną ukrywała. Starałem się z nią rozmawiać, ale szybko zbywała mnie wymówkami o zmęczeniu. Czasem odnosiłem wrażenie, że unika mojego wzroku, że jej nie ma, nawet gdy siedzi obok mnie na kanapie.

W pracy również miałem trudny okres, więc nie chciałem dokładać jej swoich zmartwień. Tym bardziej dbałem, żeby atmosfera w domu była jak najlepsza. Zaskakiwałem ją drobiazgami: kawą do łóżka, ulubioną czekoladą czy porannym esemesem. Mimo to coraz częściej wyczuwałem dystans, jakby każda taka próba pogłębiała między nami mur. Raz wróciła późno do domu, nie tłumacząc się, i zamknęła się w łazience na pół godziny. Kiedy zapytałem, czy wszystko w porządku, odpowiedziała niecierpliwie:

— Daj mi spokój, po prostu miałam ciężki dzień.

Poczułem się jak intruz we własnym domu. Każda rozmowa kończyła się krótkim „nic mi nie jest” albo milczeniem. Mimo wszystko wierzyłem, że to chwilowy kryzys, że gdy nadejdą walentynki, wszystko wróci na właściwe tory. Wmawiałem sobie, że stres i rutyna to naturalny etap w związku.

Usłyszałem, jak szlocha

Dzień przed walentynkami poczułem, że coś jest nie tak. Olga była chłodna, a jej telefon leżał ekranem do dołu — zawsze tak robiła, kiedy nie chciała, żebym widział powiadomienia. Przez cały wieczór była nieobecna myślami, zerkała co chwila na zegarek, jakby czekała, aż wyjdę z pokoju. Nie chciałem wszczynać awantury, ale czułem, jak narasta we mnie niepokój.

— Wyjdę na chwilę, muszę się przejść — rzuciła w końcu, już przy drzwiach, nawet nie patrząc mi w oczy.

— Teraz? Jest prawie dziesiąta — zdziwiłem się.

— Potrzebuję powietrza. Nie czekaj z kolacją.

Wyszedłem na balkon, żeby ją obserwować, zobaczyć, czy idzie do sklepu, czy może z kimś się spotka. Stałem i patrzyłem w ciemność, walcząc z absurdalną zazdrością. Gdy wróciła po godzinie, nawet na mnie nie spojrzała — od razu zamknęła się w sypialni. W nocy usłyszałem, jak szlocha pod kołdrą, ale kiedy zapytałem, co się dzieje, odburknęła tylko:

— Po prostu zostaw mnie w spokoju.

Tamta noc była dla mnie jak sygnał alarmowy. Po raz pierwszy pomyślałem, że nie wszystko mam pod kontrolą i że być może nadchodzi coś, czego nie zdołam naprawić.

Nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa

Walentynki nadeszły szybciej, niż się spodziewałem. Od rana miałem wrażenie, że nogi mam z waty, a żołądek ściśnięty. W pracy nie mogłem się skupić: odliczałem godziny do wieczora, układając w głowie każde słowo, które miałem jej powiedzieć. Po południu przygotowałem w domu wszystko, jak sobie wymarzyłem: świece na stole, makaron z sosem pachnący w kuchni, cichą muzykę w tle. Pierścionek czekał w szufladzie, gotowy do tej jednej, wymarzonej chwili.

Osiemnasta. Dziewiętnasta. Gdy wybijała dwudziesta, a Olgi wciąż nie było, w mojej głowie zaczęły pojawiać się najgorsze scenariusze. W końcu usłyszałem szczęk klucza. Weszła do mieszkania jakby nigdy nic, nawet nie patrząc na przygotowany stół.

— Co się dzieje? — zapytałem cicho, czując, że jeśli nie zacznę tej rozmowy teraz, już nigdy nie będę miał odwagi.

— Nie miałam dziś głowy do świętowania. Przepraszam, naprawdę… Po prostu… Nie wiem, co dalej — powiedziała, unikając mojego wzroku.

W tamtej chwili czułem, jak cała pewność siebie ulatuje ze mnie. Zamiast radości był tylko ciężar w klatce piersiowej. Stałem z pierścionkiem schowanym w kieszeni i nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa.

Zacisnąłem dłonie

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie w milczeniu, w blasku świec, które nagle wydały mi się zupełnie nie na miejscu. W końcu nie wytrzymałem:

— Olga, czy ty mnie jeszcze kochasz? — zapytałem, mając wrażenie, że głos zaraz mi się załamie.

Wzruszyła ramionami, długo wpatrując się w czubki swoich butów. W końcu odezwała się cicho:

— Nie wiem. Może... Może się pogubiliśmy. Mam wrażenie, że coś we mnie wygasło, że coraz trudniej mi z tobą rozmawiać. Przepraszam, nie chciałam cię ranić, ale... Udawanie nic już nie daje.

Zacisnąłem dłonie, próbując pohamować narastającą wściekłość i rozpacz. Wszystko, co przygotowałem, cała otoczka, wydały się nagle śmieszne. Czułem się jak statysta w spektaklu, który już dawno się skończył.

— Gdybyś ze mną o tym rozmawiała wcześniej, może moglibyśmy coś zmienić... — powiedziałem cicho, ledwo słyszalnie.

— Może. Albo może nie. Nie wiem nawet, czy wciąż tego chcę — odpowiedziała. W jej głosie nie było już żalu, tylko pustka.

Wiedziałem, że ten wieczór to nie jest początek wspólnej przyszłości, ale jej koniec. Pierścionek został w szufladzie, a marzenie o szczęściu w jednej chwili się rozwiało.

Czuję tylko lekki żal

Kiedy następnego dnia wyszedłem do pracy, czułem się jak po ciężkiej chorobie: pusty, zmęczony, bez sił. Olga spakowała się jeszcze przed południem. Nie było żadnych scen, łez ani żegnania się na peronie. Po prostu zniknęła z mojego życia, zostawiając mi notatkę, że wróci po resztę rzeczy za kilka dni. Długo siedziałem w kuchni, patrząc na zaschnięte resztki kolacji i pierścionek, który miał odmienić nasze życie, a stał się tylko smutnym symbolem niespełnionych planów.

Zrozumiałem, że nie na wszystko mamy wpływ. Możemy planować najpiękniejsze chwile, układać w myślach dialogi i gesty, ale jeśli druga osoba jest już myślami gdzie indziej, nie uratujemy tej relacji żadnym pierścionkiem. Przez kilka tygodni próbowałem zrozumieć, co poszło nie tak. Oskarżałem siebie, szukałem winy w zachowaniu Olgi, rozważałem tysiące scenariuszy. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że nie da się nikogo zatrzymać na siłę.

Dziś, kiedy mijam jubilerskie witryny, czuję tylko lekki żal. Wiem, że to, co się wydarzyło, musiało się wydarzyć. Brak pierścionka to jej decyzja. Ja próbowałem, ale ona nie chciała spróbować razem ze mną.

Bartek, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama