Reklama

Są rzeczy, które kupuje się z myślą o przyszłości, nawet jeśli nigdy nie padły na głos żadne wielkie deklaracje. Dla mnie walentynki miały być właśnie takie – spokojne, domowe, znaczące. Chciałem pokazać Oldze, że jest kimś więcej niż kolejnym etapem. Nie przypuszczałem, że jedna noc wystarczy, by zobaczyć, jak bardzo różnimy się w tym, co uznajemy za „na zawsze”.

Przygotowałem się solidnie

Prezent na walentynki leżał na dnie szafy od prawie dwóch tygodni, schowany za kurtkami, których już nie nosiłem. Za każdym razem, gdy po coś tam sięgałem, musiałem go odsunąć i za każdym razem czułem dumę. Był ciężki, solidny, zapakowany w pudełko, które samo w sobie wyglądało na drogie. Kupiłem go bez konsultacji, bez pytania, co Olga by chciała. Wydawało mi się, że właśnie tak trzeba – że prawdziwe decyzje podejmuje się samemu.

W głowie układałem już plany na wieczór. Kolacja, którą przygotuję wcześniej, stół bez pośpiechu, żadnych wyjść, żadnych ludzi. Tylko my. Prezent miał pojawić się na końcu, jak kropka nad zdaniem, którego nigdy wcześniej nie wypowiedziałem wprost. Nie mówiłem Oldze o przyszłości, o wspólnym mieszkaniu, o tym, jak to będzie „kiedyś”. A ona przecież była ze mną, dzień po dniu. Dla mnie to mówiło wszystko.

Nie przesadzasz trochę z tym sprzątaniem? – zapytała, opierając się o framugę drzwi do kuchni. Miała na sobie mój stary sweter, ten, który zawsze mi zabierała.

Chcę, żeby było fajnie – odpowiedziałem, nawet na nią nie patrząc. – W końcu to walentynki.

Uśmiechnęła się, ale jakoś krótko. Zauważyłem to, choć nie przywiązałem to tego wagi.

Dla mnie i tak jest fajnie – powiedziała ciszej. – Nawet bez specjalnych okazji.

Pokiwałem głową, jakbyśmy się zgadzali, choć w środku czułem coś zupełnie innego. Chyba bałem się zwyczajności. Bałem się, że jeśli nie zrobię czegoś „większego”, to to, co między nami jest, może się rozpłynąć. Ten prezent był moim zabezpieczeniem, dowodem, że traktuję ją poważnie – nawet jeśli nie umiałem tego wyrazić słowami.

Wieczorem, gdy wyszła do łazienki, otworzyłem na chwilę szafę i jeszcze raz spojrzałem na pudełko. Wyobraziłem sobie jej reakcję. Zaskoczenie, może nawet łzy. Ten moment, w którym zrozumie, że nie jest przypadkowa. Nie przyszło mi do głowy, że ona od dawna czekała nie na przedmiot, tylko na konkretne słowa.

Awaria mnie zaskoczyła

Zaczęło się od przeczucia, że coś jest inaczej. Najpierw zrobiło się chłodniej, ale uznałem to za chwilowy kaprys instalacji. Dopiero kiedy Olga wyszła spod prysznica owinięta szczelnie szlafrokiem, i stanęła na środku salonu, zrozumiałem, że coś jest nie tak.

– Dawid… tu jest naprawdę zimno – powiedziała, rozglądając się po mieszkaniu, jakby szukała potwierdzenia własnych odczuć.

Podszedłem do kaloryfera i dotknąłem go dłonią. Był zupełnie zimny.

Zaraz to jakoś ogarnę – rzuciłem automatycznie. Tak mówiłem zawsze, gdy coś wymykało się spod kontroli.

Sprawdziłem piec, bezpieczniki, nawet instrukcję, której nigdy wcześniej nie czytałem. Minuty mijały, a temperatura spadała coraz bardziej. Kolacja stygła razem z mieszkaniem. Olga usiadła na kanapie, podciągając nogi pod siebie.

– Może zadzwonimy po kogoś? – zaproponowała.

– O tej porze? W walentynki? – parsknąłem nerwowo. – Bez sensu.

Zapadła cisza. Taka, która nie była jeszcze kłótnią, ale już nie była spokojem. Czułem narastającą irytację, bo wszystko, co zaplanowałem, rozpadało się kawałek po kawałku.

Możemy pojechać do moich rodziców – powiedziałem w końcu, jakby to było oczywiste rozwiązanie. – Mają ciepło, jest blisko, przenocujemy tam i jutro wrócimy.

Olga spojrzała na mnie uważnie, dłużej niż zwykle.

Do twoich rodziców? Teraz?

– No a co innego zrobić? – wzruszyłem ramionami. – To tylko jedna noc.

To zdanie zawisło między nami. Jedna noc. Dla mnie argument, dla niej chyba coś zupełnie innego. Wstała z kanapy, zaczęła się ubierać wolniej niż zazwyczaj.

– Jeśli chcesz, możemy zostać – rzuciła. – Nie musimy nigdzie jechać. Jakoś to przetrwamy.

Zignorowałem jej pomysł. W mojej głowie decyzja już zapadła, a każde cofnięcie się byłoby przyznaniem, że plan się nie udał.

W samochodzie prawie się nie odzywaliśmy. Droga, którą znałem na pamięć, nagle wydała mi się znacznie dłuższa. Olga patrzyła w okno, palcem rysując coś niewidzialnego na szybie.

– Zmarzłaś? – zapytałem, bardziej z obowiązku niż troski.

– Trochę – odpowiedziała krótko.

Nie dopytywałem. Byłem przekonany, że rano wszystko wróci do normy. Nie zauważyłem, że dla niej ta decyzja nie była logistyką, tylko przekroczeniem granicy, o której nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy.

Atmosfera zupełnie się zmieniła

Dom rodziców pachniał tak samo jak zawsze – mieszanką herbaty, pasty do podłóg i czegoś, co kojarzyło mi się z dzieciństwem. Ledwo przekroczyliśmy próg, mama już była w przedpokoju, jakby czekała tu od godziny.

– Dawidek! Co wy tu robicie tak późno? – zawołała, obejmując mnie mocniej, niż się spodziewałem.

– U nas jest awaria ogrzewania – wyjaśniłem szybko. – Możemy zostać u was? Tylko na tę noc.

– No proszę, tam to zawsze coś – westchnęła, po czym spojrzała na Olgę z uśmiechem. – Chodź, kochana, zdejmij kurtkę. Pewnie zmarzliście.

Olga odpowiedziała tym samym uprzejmym gestem, który znałem z rodzinnych spotkań. Grzeczny uśmiech, lekkie skinienie głową. Jeszcze była pogodna.

Ojciec siedział w salonie przed telewizorem z pilotem w dłoni. Nawet nie wstał.

O, przyjechaliście – stwierdził, jakby odczytywał pogodę. – Na długo?

– Nie, tato. Na jedną noc – powtórzyłem odruchowo.

– Jasne – mruknął. – Jak zwykle.

Nie zwróciłem uwagi na ton. Zawsze mówił w ten sposób, suchy, pozbawiony emocji. Usiadłem obok niego, jakbym znów miał piętnaście lat, i od razu wciągnąłem się w rozmowę o czymś zupełnie nieistotnym. Olga została z mamą w kuchni.

Zostaniesz jutro na obiedzie? – zapytała mama, stawiając na stole herbatę.

– Zobaczymy – odpowiedziałem. – Zależy, czy naprawią to ogrzewanie.

– No tak – uśmiechnęła się znacząco. – Ty zawsze wszystko robisz po swojemu.

Olga siedziała cicho, dłonie miała splecione na kolanach. Gdy mama zapytała ją o pracę, odpowiedziała krótko, bez szczegółów. Z każdą minutą jakby cofała się o krok.

Dawid zawsze był niezależny – rzucił nagle ojciec, nie odrywając wzroku od ekranu. – Lubi mieć swoje życie. Planować je etapami.

Zaśmiałem się nerwowo.

– Tato, daj spokój.

Ja nic nie mówię – odparł spokojnie. – Tylko stwierdzam fakty.

Zauważyłem, że Olga spojrzała wtedy na mnie, jakby czekała na jakąś reakcję. Odpowiedź. Cokolwiek. Zamiast tego sięgnąłem po herbatę.

Kiedy mama zaproponowała, że przygotuje nam pościel w pokoju gościnnym, Olga wstała pierwsza.

– To ja chyba pójdę się już położyć – powiedziała. – Jestem zmęczona.

– Już? – zdziwiłem się. – Dopiero co przyjechaliśmy.

– Tak – odparła cicho. – Potrzebuję trochę ciszy.

Patrzyłem, jak znika w korytarzu, i poczułem dziwne ukłucie niepokoju. Zostałem w salonie, między ojcem a matką, znów będąc bardziej synem niż partnerem.

Rodzice powiedzieli za dużo

Zostałem w salonie dłużej, niż planowałem. Ojciec przerzucał kanały, mama krzątała się jeszcze w kuchni. Rozmowa toczyła się obok mnie. Słuchałem, ale odpowiadałem automatycznie. Myślami byłem w pokoju gościnnym, gdzie Olga położyła się wcześniej niż zwykle.

Ona zawsze jest taka cicha? – zapytała mama niby mimochodem, gdy nalewała mi jeszcze herbaty.

– Po prostu jest zmęczona – odparłem zbyt szybko.

– Mhm – mruknęła. – Każda jest inna.

Ojciec spojrzał na mnie krótko, jakby coś ważył w myślach.

Ważne, żebyś ty wiedział, czego chcesz – powiedział. – Reszta sama się ułoży.

Mówili coś jeszcze w podobnym tonie, ale nie słuchałem. Kiwałem głową. Słyszałem to od lat, w różnych konfiguracjach, przy różnych okazjach. Zawsze brzmiało to rozsądnie. Dopiero teraz coś w tym jakby zgrzytało.

Poszedłem do pokoju dopiero po północy. Drzwi były uchylone, światło z korytarza wpadało do środka. Olga leżała na boku, w ubraniu, z twarzą odwróconą do ściany. Chyba tylko udawała, że śpi.

– Olga? – szepnąłem.

– Jestem zmęczona, Dawid – odpowiedziała po chwili. Głos miała płaski, obcy.

Położyłem się obok niej, zachowując dystans. Cisza między nami była gęsta, niewygodna. Chciałem zapytać, czy wszystko w porządku, ale bałem się odpowiedzi.

Rano zobaczyłem ją w kuchni. Stała przy oknie, trzymając kubek w obu dłoniach. Kiedy się odwróciła, wiedziałem, że coś się stało. Jej spojrzenie było chłodne, jakby patrzyła na kogoś, kogo dopiero poznaje.

– Spałaś w ogóle? – zapytałem.

– Trochę – odparła. – Wystarczająco, żeby posłuchać.

Zamarłem.

– Czego?

Wzruszyła ramionami.

Rzeczy, które już chyba wiedziałam, tylko nie chciałam ich przyjmować do wiadomości.

Przez resztę poranka przypominałem sobie urwane zdania, półsłówka. „Zawsze tak było”, „nie pierwszy raz”, „ona jeszcze nie wie”. Wracał do mnie ton ojca, śmiech matki, ich pozorną troskę. Układałem to w całość, której nie chciałem zobaczyć. Mój prezent stał schowany w pokoju, nadal zapakowany. Patrzyłem na niego i miałem wrażenie, że jest nie na miejscu. Jakby dotarł pod zły adres.

Aż mnie zatkało

Zostaliśmy sami w pokoju gościnnym, kiedy rodzice wyszli do sklepu. Cisza była inna niż w nocy – cięższa. Olga siedziała na brzegu łóżka, wygładzając rękawy swetra, jakby to była jedyna rzecz, nad którą miała kontrolę.

Słyszałam was wczoraj – powiedziała w końcu, nie patrząc na mnie.

Serce uderzyło mi mocniej.

– Kogo… nas?

Ciebie, twoją mamę i ojca. Oni chyba myśleli, że śpię.

Usiadłem naprzeciwko niej. Nadal nie podniosła wzroku.

– Twoja mama mówiła, że jestem „miła, ale wrażliwa”. Że takie dziewczyny szybko się przywiązują. A twój ojciec… – urwała na moment. – Twój ojciec zapytał, czy to znowu „na chwilę”, czy tym razem to coś na dłużej. I się śmiali.

– Olga, oni czasem mówią głupoty – zacząłem nerwowo. – Nie bierz tego do siebie.

Wtedy na mnie spojrzała. Spokojnie, bez gniewu.

– A ty? – zapytała. – Co ty wtedy powiedziałeś?

Otworzyłem usta, ale nie znalazłem odpowiedzi. Prawda była taka, że nie powiedziałem nic. Nie zwracałem na tu uwagi. Przemilczałem to, jak zawsze. Uznałem, że brak reakcji to neutralność.

– Dawid… – westchnęła cicho. – Ja nie pytam o nich. Ja teraz pytam o ciebie.

Wstała i podeszła do szafki, gdzie stał prezent. Dotknęła pudełka opuszkami palców, jakby sprawdzała jego fakturę.

Kupiłeś coś ważnego – stwierdziła. – Wiem. Czuję to. Ale ja nie potrzebuję kolejnego dowodu uczuć bez słów.

Podszedłem bliżej.

– Myślałem, że to oczywiste – powiedziałem cicho. – Że jesteśmy razem, że planujemy…

Ty planujesz – przerwała mi łagodnie. – Ja czekam.

Odwróciła się do mnie w końcu, a w jej oczach nie było łez. Tylko zmęczenie.

– Powiedz mi jedno – dodała. – Czy ja tu jestem na chwilę?

To pytanie uderzyło mocniej niż jakakolwiek kłótnia. Nagle zrozumiałem, że nigdy nie zaprzeczyłem tej wersji świata, w której wszystko w moim życiu jest tymczasowe. Nawet ona. Prezent stał się czymś obcym. Ładnym opakowaniem bez treści. Nie odpowiedziałem od razu. A ona już wiedziała, że to też jest odpowiedź.

Plan się nie udał

Wyjechaliśmy od moich rodziców wcześniej, niż planowałem. Bez pośpiechu, bez kłótni. Mama próbowała jeszcze zagadać, zapytać, czy wszystko w porządku, ale Olga odpowiedziała tylko uprzejmym uśmiechem. Ojciec skinął głową na pożegnanie, jakby to był zwykły poranek, jeden z wielu. Może dla nich rzeczywiście był.

W samochodzie panowała cisza. Silnik pracował równo, droga była pusta. Prezent leżał na tylnym siedzeniu, przesuwał się lekko przy każdym zakręcie.

Nie musisz nic mówić – odezwała się Olga, kiedy zatrzymaliśmy się pod naszym blokiem. – Ja już usłyszałam wystarczająco.

– Olga… – zacząłem, ale zabrakło mi sensownego ciągu dalszego.

Gdy dojechaliśmy, spojrzała na mnie spokojnie, bez żalu.

– Najbardziej boli nie to, co powiedzieli twoi rodzice – dodała. – Tylko to, że ty nigdy im nie zaprzeczyłeś. Nawet teraz.

Wzięła torbę, otworzyła drzwi i wysiadła. Zatrzymała się jeszcze na chwilę.

Prezent możesz sobie zostawić – powiedziała cicho. – Ja nie chcę rzeczy, które mają mnie przekonać, że jestem ważna.

Patrzyłem, jak znika, i wiedziałem, że nie jest to chwilowa cisza. To było domknięcie czegoś, co powinno zostać nazwane dużo wcześniej.

Wszedłem do mieszkania sam. Ogrzewanie już działało. Wszędzie było ciepło, aż za ciepło. Zdjąłem kurtkę, usiadłem na kanapie i spojrzałem na pudełko. Przez moment miałem impuls, żeby je otworzyć, sprawdzić, czy nadal ma sens. Ale nie zrobiłem tego. Zrozumiałem, że są rzeczy, których nie da się nadrobić ani pieniędzmi, ani gestami. Milczenie też jest decyzją – i że właśnie ona kosztowała mnie najwięcej. Prezent został nierozpakowany. Tak jak obietnice, których nigdy nie wypowiedziałem.

Dawid, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama