„Zapłaciłam fortunę za pączka z niespodzianką. W środku była jednak tylko zwykła marmolada”
„Przeżuwałam wolno, czując, jak napięcie we mnie narasta, jakbym za chwilę miała natrafić na coś twardego, obcego, niezwykłego. Drugi kęs. Trzeci. Marmolada. Zwykła, słodka marmolada, rozlewająca się po podniebieniu”.

Stałam w miejscu, które mijałam codziennie, i nagle poczułam, że nie jestem tylko przechodniem. Mała cukiernia na rogu, dotąd niemal niewidzialna jak ja sama, przyciągała ludzi jak magnes. Patrzyłam na ich twarze i myślałam, że wszyscy przyszli tu po coś więcej niż słodkie ciasto. Ja też. Choć jeszcze bałam się to przed sobą przyznać.
Wszyscy liczyli na wygraną
Kolejka zaczynała się przy witrynie i kończyła tam, gdzie zwykle skręcałam w boczną uliczkę, żeby skrócić sobie drogę do pracy. Tego ranka nie skręciłam. Stanęłam kilka kroków dalej i udawałam, że sprawdzam coś w telefonie, choć tak naprawdę przyglądałam się ludziom. Byli jacyś inni niż zwykli klienci po drożdżówkę przed biurem. Nerwowi, podnieceni, nachylali się do siebie i mówili półgłosem, jakby wstydzili się własnych nadziei.
– Widzisz to? – Luiza pojawiła się obok mnie nagle, z kubkiem kawy w ręku i błyskiem w oczach. – Mówiłam ci wczoraj, że to nie żarty.
– Nadal brzmi jak miejska legenda – odpowiedziałam, ale głos mi zadrżał.
Luiza uśmiechnęła się tak, jak zawsze, gdy wiedziała coś przede mną.
– Podobno jedna kobieta znalazła coś w środku. Coś, co ustawiło ją na lata.
– Co dokładnie? – zapytałam.
Wzruszyła ramionami.
– Jedni mówią o pieniądzach, inni o losie z wygraną. Ale wiesz… nie chodzi o to, co. Chodzi o to, że to działa.
Spojrzałam na ludzi przede mną. Mężczyzna w płaszczu co chwilę zerkał na zegarek, jakby bał się, że szczęście mu ucieknie. Dziewczyna w kolorowej czapce ściskała portfel tak mocno, że pobielały jej knykcie. Nikt się nie śmiał. To nie była zwykła kolejka.
– Ty też staniesz? – Luiza przechyliła głowę. – Czy znowu będziesz tą rozsądną?
To zabolało bardziej, niż powinno. Całe życie byłam „rozsądna”. Odpowiednia szkoła, stabilna praca, związki bez ryzyka. A mimo to codziennie budziłam się z uczuciem, że coś mnie omija.
– Jeszcze nie wiem – mruknęłam.
– Kalina, czasem trzeba spróbować. Nawet jeśli to głupie – powiedziała ciszej. – Gorzej jest żałować, że się nie spróbowało.
Weszłyśmy do kolejki. Pachniało lukrem i świeżym ciastem, a pod tym zapachem czaiło się coś jeszcze – napięcie, niemal namacalne. Pomyślałam, że wszyscy tu stoimy po cud, tylko każdy nazywa go inaczej. Ja jeszcze nie wiedziałam, jak nazwać swój.
Pączki były naprawdę drogie
Tabliczka z ceną pączków wisiała tuż nad ladą, jakby specjalnie chciała, żebym ją zobaczyła w chwili największego zawahania. Liczba była tak absurdalna, że przez moment pomyślałam, iż ktoś się pomylił. Spojrzałam na Luizę, potem na innych w kolejce. Nikt nie protestował. Wyciągali portfele z minami ludzi, którzy już dawno podjęli decyzję.
– 50 zł? To jakaś prowokacja – szepnęłam. – Za to mam jedzenie na dwa dni.
– Nie ma co żałować – odparła Luiza bez wahania.
Poczułam ucisk w żołądku. Ta cena nie była tylko kwotą. Była podsumowaniem wszystkich momentów, w których mówiłam sobie „jeszcze nie teraz”. Kurs, na który się nie zapisałam. Mieszkanie, którego nie wynajęłam sama, bo bałam się, że nie dam rady. Rozmowy o awansie, odkładane z tygodnia na tydzień.
Wtedy w mojej głowie pojawił się Oskar. Zawsze pojawiał się nieproszony, kiedy miałam coś do stracenia. Stał w drzwiach naszego dawnego mieszkania z plecakiem przewieszonym przez ramię.
– Albo ryzykujesz, albo zostajesz w tym samym miejscu – powiedział wtedy spokojnie. – Ja nie umiem inaczej.
On zawsze ryzykował. Zmieniał pracę, miasto, ludzi. I zawsze lądował na nogach. Ja zostawałam, patrząc, jak znika mi z pola widzenia, a potem z życia.
– Wiesz, że większość ludzi stąd wyjdzie z niczym – odezwałam się, próbując jeszcze raz znaleźć wymówkę.
Luiza spojrzała na mnie uważnie.
– A ty z czym wyjdziesz, jeśli nie wejdziesz?
Nie odpowiedziałam. Kolejka przesunęła się o kolejny krok. Serce biło mi szybciej, jakbym miała za chwilę zrobić coś nieodwracalnego. Przez sekundę chciałam uciec. Ale zostałam. Bo nagle dotarło do mnie, że ta cena to nie koszt pączka. To była opłata za nadzieję, której tak długo sobie odmawiałam.
Kupiłam jednego
Wnętrze cukierni było mniejsze, niż się spodziewałam. Dwa stoliki pod ścianą, lada z lekko popękanym blatem i półki uginające się od wypieków, które wyglądały zupełnie zwyczajnie. Żadnych świec, żadnej tajemniczej muzyki, żadnych znaków, że dzieje się tu coś wyjątkowego. A jednak powietrze było gęste od oczekiwań.
Za ladą stała pani Irena. Patrzyła na klientów bez pośpiechu, jakby czas w tym miejscu płynął wolniej. Kiedy podawała pączki, robiła to ostrożnie, niemal ceremonialnie, ale jej twarz pozostawała nieodgadniona. Luiza kupiła pączka i pojechała do pracy, nie czekała na mnie.
Gdy przyszła moja kolej, poczułam suchość w ustach.
– Dzień dobry – powiedziałam ciszej, niż planowałam.
Irena uniosła wzrok. Miała przenikliwe, zmęczone oczy.
– Dzień dobry.
– Chciałabym… tego pączka z niespodzianką – wskazałam palcem, chociaż wcale nie było wyboru.
Przez chwilę mierzyła mnie spojrzeniem, jakby ważyła coś więcej niż pieniądze.
– Wiesz, że w środku może nie być niczego, czego szukasz? Ale może być też wygrana – zapytała spokojnie.
Zamarłam. To było pierwsze zdanie, które wykraczało poza rutynę sprzedaży.
– Wiem – skłamałam.
Irena skinęła głową i sięgnęła po papierową torebkę.
– Ludzie często wiedzą, a i tak kupują.
Podała mi pączka. Był ciepły, ciężki, zwyczajny. A jednak trzymałam go, jakby był obietnicą. Chciałam zapytać, czy plotki są prawdziwe, czy ktoś naprawdę coś znalazł. Nie zapytałam. Bałam się odpowiedzi.
Wyszłam na zewnątrz, odsuwając się kilka kroków od drzwi. Za mną kolejka przesuwała się dalej, a przede mną była decyzja, której nie dało się już cofnąć.
Byłam rozczarowana
Usiadłam na ławce naprzeciwko cukierni. Papierowa torebka szeleściła w dłoniach głośniej, niż powinna. Przez chwilę tylko patrzyłam na pączka. Serce waliło mi w piersi w sposób nieproporcjonalny do sytuacji. To był przecież tylko pączek. A jednak ręce lekko mi drżały.
Pomyślałam o tym, jak opowiem to Luizie. Jak zadzwonię do niej później, z głosem pełnym niedowierzania albo triumfu. Pomyślałam też o Oskarze. O tym, jak prychnąłby z pobłażaniem, gdyby mnie teraz zobaczył.
– Znowu liczysz na znak z zewnątrz – powiedziałby.
Zamknęłam oczy i wzięłam pierwszy kęs. Lukier pękł miękko pod zębami. Ciasto było świeże, dokładnie takie, jakie powinno być. Przeżuwałam wolno, czując, jak napięcie we mnie narasta, jakbym za chwilę miała natrafić na coś twardego, obcego, niezwykłego. Drugi kęs. Trzeci. Marmolada. Zwykła, słodka marmolada, rozlewająca się po podniebieniu. Zatrzymałam się w pół ruchu. Spojrzałam do środka, potem jeszcze raz, jakby wzrok mógł zmienić rzeczywistość. Nic. Żadnej kartki, żadnego błysku, żadnego sekretu.
Poczułam, jak robi mi się gorąco. Najpierw wstyd. Że uwierzyłam. Że stałam w tej kolejce jak wszyscy, łudząc się, że mnie spotka coś wyjątkowego. Potem złość. Na siebie. Na Luizę. Na panią Irenę, choć przecież nic mi nie obiecała.
– Idiotka – szepnęłam sama do siebie.
Dokończyłam pączka mechanicznie, bez smaku. W ustach została tylko lepka słodycz i uczucie pustki. Najgorsze było to, że nikt mnie nie oszukał. To ja sama się nabrałam.
Nie mam szczęścia
Wyrzuciłam papierową torebkę do kosza przy przejściu dla pieszych. Zatrzymałam się na chwilę, obserwując ludzi wychodzących z cukierni. Jedni szli szybkim krokiem, z opuszczoną głową. Inni rozmawiali przez telefon, uśmiechnięci, jakby dostali dokładnie to, po co przyszli. Zrozumiałam wtedy, że nikt nie wychodził stamtąd z tym samym.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Luizy: „I jak?”
Nie odpisałam od razu. Schowałam go do kieszeni i ruszyłam w stronę biura, choć zegar pokazywał, że i tak będę spóźniona. Przypomniałam sobie Oskara, jego łatwość w podejmowaniu decyzji, moją bierność. Całe życie czekam, aż coś mi się przytrafi. Praca, miłość, szczęście.
Tego dnia zrozumiałam, że nikt niczego przede mną nie ukrywał. To ja nadałam cenę nadziei i ja uwierzyłam, że ktoś inny powinien mi ją w końcu wręczyć. Marmolada była zwyczajna. Moje oczekiwania już nie. Wieczorem odpisałam Luizie jednym zdaniem: „To był tylko zwykły pączek.”
Kalina, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek poszliśmy z teściami do kawiarni. Zrobili taki cyrk, że nawet smak pączków nie osłodził tej żenady”
- „Myślałem, że walentynki uratują moje małżeństwo. Zamiast tego zobaczyłem, kim naprawdę jest moja żona”
- „Zimą bardziej niż kaloryfer grzeje mnie miłość kochanka. Mąż i dzieci nie wiedzą, że mamusia ma swoje za uszami”

