Reklama

Dni mierzyłam reakcjami pod zdjęciami. Praca w marketingu mieszała się z prywatnym rytmem przewijania, porównań i cichej rywalizacji. Tłusty czwartek był dla mnie contentowym świętem, obowiązkiem bycia „na czasie”. Bałam się wypadnięcia z obiegu bardziej niż rozczarowania smakiem. I wciąż nie byłam pewna, czy chcę pączka, czy tylko dowodu, że mnie widać.

Stałam w kolejce po prestiż

Stałam pod piekarnią owinięta szalikiem tak ciasno, jakby miał mnie ochronić przed chłodem i przed myślą, że to wszystko jest trochę absurdalne. Kolejka ciągnęła się wzdłuż witryny, skręcała za róg i żyła własnym rytmem: ktoś przestępował z nogi na nogę, ktoś nerwowo poprawiał płaszcz, prawie wszyscy trzymali telefony na wysokości klatki piersiowej. Co chwilę widziałam, jak ekrany rozświetlają twarze, a palce wykonują szybkie, znane mi ruchy.

Przede mną stała dziewczyna w jasnym berecie, idealnie dobranym do beżowego płaszcza. Zerkała w odbicie w szybie i poprawiała usta, jakby szykowała się do zdjęcia jeszcze zanim dostanie pączka. Za mną para szeptała coś o tym, że „limitowana seria” i że „trzeba spróbować, skoro wszyscy próbują”. Słowo „wszyscy” uderzyło mnie mocniej niż zimny wiatr.

Wyjęłam telefon i napisałam do Kaliny.

– Stoję w kolejce. Jest ogromna – wysłałam, dodając zdjęcie ludzi pod piekarnią.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.

– Lena, powiedz mi tylko jedno. Ty naprawdę masz ochotę na pączka? – napisała.

Zacisnęłam palce na telefonie.

– To nie tylko pączek. To trend – odpisałam szybko.

– Przecie to głupie – odpisała po chwili.

Westchnęłam i schowałam telefon do kieszeni. Łatwo jej mówić. Kalina zawsze patrzyła na to wszystko z boku, jakby była odporna na to ciche napięcie, które czułam w klatce piersiowej, gdy widziałam kolejne relacje innych dziewczyn. Już teraz wyobrażałam sobie ich zdjęcia: zbliżenia na lukier, podpisy pełne zachwytu, serduszka sypiące się jak konfetti.

Kolejka przesunęła się o krok. Poczułam ulgę, zupełnie nieadekwatną do sytuacji.

To inwestycja w markę osobistą – mruknęłam sama do siebie, jakby to miało coś wyjaśniać.

Zerknęłam jeszcze raz na witrynę. W środku było ciepło, jasno, niemal teatralnie. Ludzie wychodzili z małymi pudełkami, trzymanymi ostrożnie, jakby w środku było coś kruchego i bardzo cennego. Patrzyłam na nich z zazdrością i rosnącym napięciem. Im bliżej byłam wejścia, tym bardziej bałam się jednej myśli: że jeśli teraz zrezygnuję, to naprawdę wypadnę z obiegu. A tego bałam się najbardziej.

Piekarnia była luksusowa

Kiedy w końcu znalazłam się w środku, uderzyło mnie ciepło i zapach, który miał być obietnicą czegoś wyjątkowego. Wnętrze piekarni wyglądało jak starannie zaprojektowana scenografia: jasne drewno, złote detale, minimalistyczne półki, na których pączki leżały pojedynczo, każdy w swojej przestrzeni. Jak biżuteria w gablocie. Poczułam, że jestem we właściwym miejscu, choć ta myśl przyszła zbyt łatwo.

Za ladą stał Oskar. Rozpoznałam go od razu z relacji i wywiadów, które krążyły po sieci od kilku dni. Uśmiechał się spokojnie, pewnie, jak ktoś, kto dokładnie wie, jaki efekt wywołuje. Jego głos był miękki, wyważony, niemal kojący.

– Dzień dobry. Limitowany pączek? – zapytał, zanim zdążyłam otworzyć usta.

Skinęłam głową, czując, jak serce bije mi szybciej.

To nasza interpretacja klasyki – mówił, wyjmując pączka z gabloty. – Ręczna praca, starannie dobrane składniki, doświadczenie, nie tylko smak.

Doświadczenie. To słowo zawisło między nami jak pieczęć jakości. Przyjęłam je bez zastanowienia.

Podał mi niewielkie pudełko, cięższe, niż się spodziewałam. Na wieczku widniało logo piekarni, proste i eleganckie. Przez chwilę miałam ochotę zrobić zdjęcie, jeszcze zanim zapłacę, jakby to był dowód, że już wygrałam.

– To będzie pięćdziesiąt złotych – powiedział spokojnie.

Wyjęłam kartę i przez ułamek sekundy zawahałam się, gdy terminal zapiszczał cicho. Wstyd przemknął mi przez głowę jak nieproszony gość. Pięćdziesiąt złotych za pączka. Przypomniałam sobie wiadomość od Kaliny i poczułam ukłucie w żołądku.

– Świetny wybór – dodał Oskar, jakby wyczuł moją niepewność. – Będzie pani smakować.

Uśmiechnęłam się automatycznie. Odbierając pudełko, poczułam dumę, niemal dziecięcą radość. Już to miałam. Już mogłam to pokazać.

Wyszłam na zewnątrz, a chłodne powietrze szybko otrzeźwiło mnie na moment. Spojrzałam na pudełko w dłoniach i pomyślałam o idealnym zdjęciu. Smak mógł poczekać. Teraz liczyło się coś innego.

Czekałam na reakcję innych

Nie poszłam daleko. Kawiarnia Igora była tuż obok, jak zawsze trochę na uboczu, bez kolejki i bez krzykliwych napisów w oknie. Weszłam tam odruchowo, jak do bezpiecznej przystani. Igor stał za barem i przecierał filiżanki, kiedy podniosłam wzrok znad telefonu.

Widzę, że misja zakończona sukcesem – powiedział spokojnie, wskazując brodą na pudełko w moich rękach.

– Jeszcze nie – odparłam. – Teraz najważniejsza część.

Usiadłam przy stoliku najbliżej okna. Światło było miękkie, rozproszone, dokładnie takie, jakie lubiłam. Ostrożnie wyjęłam pączka z pudełka i położyłam go na talerzyku. Przesunęłam filiżankę z kawą, poprawiłam serwetkę, cofnęłam krzesło o kilka centymetrów.

Pierwsze zdjęcie. Drugie. Trzecie. Zmiana kąta, delikatny obrót talerza. Przesunęłam pączka bliżej okna, potem z powrotem. Na ekranie wszystko wyglądało lepiej niż w rzeczywistości. Bardziej obiecująco.

– Wiesz, że on i tak nie ucieknie – rzucił Igor, stawiając przede mną kawę.

– To nie takie proste – odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku. – To musi być idealne.

– Idealne dla kogo? – zapytał bez złośliwości, raczej z ciekawością.

Poczułam, jak coś we mnie się spina.

– Dla… mnie – skłamałam szybko.

Igor wzruszył ramionami i odszedł. Zostałam sama z kadrem i narastającym napięciem. Bałam się, że jeśli nie opublikuję tego teraz, moment przepadnie. Jakby cały poranek, kolejka, te pięćdziesiąt złotych nie miały sensu bez potwierdzenia w postaci reakcji. W końcu wybrałam jedno zdjęcie. Filtr delikatny, podpis lekki, z nutą zachwytu. Palec zawisł nad przyciskiem przez sekundę dłużej, niż planowałam. Opublikowałam. Odłożyłam telefon, ale po chwili znów go podniosłam. Pierwsze polubienie. Drugie. Komentarz z emotką. Serce zabiło mi szybciej. Odświeżałam ekran, jakby od tego zależało coś ważnego. Pączek leżał przede mną nietknięty. Pachniał słodko, ale jakoś obco. Smak wciąż mógł poczekać. Najpierw chciałam się upewnić, że dzień nie był zmarnowany.

Pączek był niedobry

Telefon wibrował coraz częściej. Kątem oka widziałam rosnący licznik reakcji, ale w końcu zmusiłam się, żeby odłożyć go ekranem do dołu. Igor spojrzał na mnie z drugiego końca sali, jakby chciał się upewnić, czy wszystko w porządku. Skinęłam głową, choć sama nie byłam tego pewna.

Wzięłam pączka do ręki. Był chłodniejszy, niż się spodziewałam, ciężki i zaskakująco sztywny. Lukier na wierzchu wyglądał idealnie, gładki, niemal nienaruszony. Przez moment zawahałam się, jakbym bała się zniszczyć coś, co dopiero co tak starannie zbudowałam. Ugryzłam.

Nie było żadnego momentu zachwytu. Żadnego cichego „wow”, które czasem pojawia się samo. Ciasto było suche, pozbawione tej miękkości, którą pamiętałam z prostych, zwyczajnych pączków jedzonych bez zastanowienia. Nadzienie nie ratowało sytuacji, było ledwie wyczuwalne.

Wyplułam pączka na serwetkę i spojrzałam z niedowierzaniem.

– I jak? – zapytał Igor, podchodząc bliżej.

– Inny niż się spodziewałam – odpowiedziałam odruchowo, zbyt szybko.

Słowo zawisło między nami i od razu poczułam, że jest puste. Wzięłam drugi kęs, jakby chciałam dać mu drugą szansę albo sobie. Było dokładnie tak samo. Nic się nie zmieniło.

Telefon znów zawibrował. Odwróciłam go. Komentarze pełne zachwytu, pytania, gdzie kupić, zazdrość wyrażona w krótkich zdaniach i symbolach. Patrzyłam na ekran, potem na pączka z wyraźnym śladem moich zębów. Te dwa obrazy zupełnie do siebie nie pasowały.

Poczułam złość. Na piekarnię, na marketingowe słowa Oskara, ale najbardziej na siebie. Na to, że dałam się tak łatwo poprowadzić. Na to, że bardziej zależało mi na zdjęciu niż na smaku, na chwili, na własnej opinii.

Zjadłam kolejny kawałek, już bez ciekawości. Raczej z uporem, jakby to było coś, co muszę dokończyć, skoro już zaczęłam. Igor nic więcej nie mówił. Jego cisza była bardziej wymowna niż jakikolwiek komentarz.

Wtedy na ekranie pojawiła się prywatna wiadomość. Jedno zdanie, bez ozdobników: „Powiedz szczerze – było warto?”

Patrzyłam na nie dłużej, niż chciałam. Na nadgryzionego pączka. Na migające powiadomienia. I nagle wszystko stało się zaskakująco ciężkie.

Trochę żałowałam

Nie odpisałam od razu. Odłożyłam telefon obok talerzyka, jakby parzył. Pączek był już w połowie zjedzony, nierówny, pozbawiony tej idealnej formy, którą tak starannie pokazałam światu. Wzięłam jeszcze jeden kęs, bardziej z poczucia obowiązku niż chęci. Smak się nie poprawił. Był dokładnie taki jak wcześniej – nijaki i rozczarowujący.

Telefon znów zawibrował. Kolejne polubienia, nowe komentarze. Ktoś napisał, że marzy o takim pączku. Ktoś inny dodał, że „wart każdej ceny”. Przez chwilę miałam ochotę odpisać tej dziewczynie prywatnie, napisać prawdę, zdjąć z siebie ten ciężar. Wyobraziłam sobie jednak lawinę kolejnych pytań, niedowierzanie, może rozczarowanie. I nagle zabrakło mi odwagi. Zamiast tego zablokowałam ekran.

Igor sprzątał stoliki, zerknął na mnie tylko raz.

– Zjesz do końca? – zapytał cicho.

Skinęłam głową. Zjadłam. Bez przyjemności, bez pośpiechu. Każdy kolejny kęs był jak przypomnienie, że nie wszystko, co dobrze wygląda, jest tego warte. Kiedy skończyłam, poczułam nie ulgę, ale rozczarowanie. Przez resztę dnia już nie zaglądałam do aplikacji. Wiedziałam, że post żyje własnym życiem, niezależnym ode mnie i od prawdy.

Wieczorem, leżąc w łóżku, pomyślałam, że zapłaciłam nie tylko pięćdziesiąt złotych. Zapłaciłam kawałkiem szczerości wobec samej siebie. I choć świat jutro znów podsunie mi kolejny trend, kolejny „must have”, ja wciąż nie byłam pewna, czy będę miała siłę powiedzieć sobie stop.

Lena, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama