„Zapisałam syna na półkolonie w szkole, bo nie stać mnie na normalne ferie. Robię wszystko, co mogę, by był szczęśliwy”
„Usiadłam obok, ale się odsunął. Nie chciał się przytulać. Milczał. Czekałam, aż sam powie. Po kilku minutach w końcu wydusił: – Kuba z Szymkiem śmiali się, że jestem jedynym, którego mama nie zabrała nigdzie na ferie”.

Zimą pieniędzy zawsze brakowało. Po rozwodzie z Michałem ledwo wiązałam koniec z końcem. Nie mogłam sobie pozwolić na ferie w górach, żadne kolonie, żadne wyjazdy nad morze z babcią. Wreszcie moi rodzice też ledwo sobie radzili. W tym roku nie było mowy o luksusach. Dlatego, choć serce mnie bolało, zapisałam Kacpra na półkolonie organizowane w naszej szkole. Kosztowały grosze, zajęcia były skromne, ale przynajmniej miał opiekę i jakieś zajęcie. Marzył o nartach, o wyjeździe z kolegami, o górach, ale musiał się zadowolić tym, co mogłam mu dać. Niestety, nie przewidziałam jednego – jak okrutne potrafią być dzieci.
Zima bez śniegu i pieniędzy
Tego roku zima była nie tylko bez śniegu, ale też bez jakiejkolwiek nadziei. Nie chodziło o pogodę – chodziło o stan mojego konta. W grudniu przeliczałam pieniądze na trzy razy, próbując zdecydować, co opłacić najpierw: prąd, ratę za lodówkę czy zaległe obiady w szkole. Kacper widział, że jest ciężko. Nauczył się nie pytać. Sam odkładał pieniądze z urodzin, ale wiedziałam, że i tak nic z tego nie wystarczy.
– Pojadę gdzieś w ferie? – zapytał nieśmiało pod koniec stycznia, patrząc w ekran laptopa, na którym koledzy pokazywali mu zdjęcia z zeszłorocznych wypadów w Alpy.
– Myślę, że będą fajne zajęcia w szkole, chcesz? – próbowałam się uśmiechnąć.
Półkolonie były najtańszą opcją. Czułam się, jakbym skazywała go na coś gorszego, ale nie miałam wyboru. Michał, mój były, nie płacił alimentów od miesięcy. Nie odbierał telefonów, nie odpisywał. Zniknął z życia naszego i syna. Pamiętam, jak patrzyłam na jego plecy, kiedy odchodził, a teraz – kiedy widziałam smutek w oczach Kacpra – znowu miałam ochotę krzyczeć. Zapisałam go. I liczyłam, że może to będzie choć trochę lepsze niż siedzenie w domu.
Łzy po powrocie z półkolonii
Pierwszego dnia wrócił cicho. Nie wbiegł jak zwykle z hukiem do mieszkania, nie rzucił plecaka pod drzwiami, nie krzyknął „Mamo, jestem!”. Po prostu wszedł. Zdjął buty. I zamknął się w pokoju.
– Kacper? Wszystko w porządku? – zapytałam, uchylając drzwi.
Siedział na łóżku, z twarzą schowaną w dłoniach. Usłyszałam cichy szloch, którego nie zdążył ukryć.
– Co się stało, kochanie?
– Nic – odpowiedział krótko i wyraźnie, choć głos mu zadrżał. – Nic się nie stało.
Usiadłam obok, ale się odsunął. Nie chciał się przytulać. Milczał. Czekałam, aż sam powie. Po kilku minutach w końcu wydusił:
– Kuba z Szymkiem śmiali się, że jestem jedynym, którego mama nie zabrała nigdzie na ferie. Że tylko biedaki zostają na półkoloniach.
Zacisnęłam zęby.
– A ty jesteś biedakiem?
– Nie wiem – odpowiedział i spojrzał na mnie, czerwony na twarzy. – Ale chyba tak to wygląda.
Najchętniej zabrałabym go stamtąd na drugi koniec świata. Albo przynajmniej pod kołdrę, gdzie nikt nie patrzy, nie ocenia, nie komentuje. Przełknęłam ślinę, udając spokój.
– Jutro nie musisz iść, jeśli nie chcesz.
Pokiwał głową, ale nie odpowiedział.
Nie chciał już tam wracać
Rano nie wstał. Po raz pierwszy od miesięcy nie zawołał mnie, żebym zrobiła mu kanapkę. Leżał pod kołdrą zwinięty w kulkę, z kapturem od bluzy naciągniętym na oczy. Podeszłam, położyłam dłoń na jego ramieniu.
– Kacper, chcesz pogadać?
– Nie.
– Na pewno nie pójdziesz dziś?
– Powiedziałem, że nie chcę – odburknął.
Westchnęłam i poszłam zrobić herbatę. Usiadłam przy stole i wpatrywałam się w kartkę z planem półkolonii. Dziś mieli mieć wyjście na lodowisko. Wiem, że się cieszył. Mówił o tym tydzień temu, że fajnie byłoby spróbować, bo nigdy jeszcze nie jeździł. Po godzinie wyszedł z pokoju, jeszcze w piżamie. Siadł przy stole.
– A jak pójdę i znowu się będą śmiać?
– To cię odbiorę wcześniej. Albo pogadam z wychowawcą. Albo... nie wiem, Kacper. Po prostu... nie pozwól im decydować, co możesz, a czego nie. Chcesz jechać na lodowisko?
Wzruszył ramionami. Ale widziałam to błyszące „tak” w jego oczach. Po pięciu minutach już się przebierał. Modliłam się tylko o jedno – żeby ten dzień był lepszy od poprzedniego.
Bolały mnie te słowa
Po niego przyszłam przed czasem, mimo że mogłam spokojnie zostać w pracy do siedemnastej. Nie potrafiłam się skupić. Sprawdziłam zegarek dziesięć razy w ciągu jednej lekcji. Wreszcie się zebrałam, wyszłam wcześniej, tłumacząc się bólem głowy. Biegłam niemal pod szkołę, czując niepokój, jakby miał się tam wydarzyć jakiś dramat.
Kiedy weszłam do świetlicy, zobaczyłam go przy stoliku. Rysował. Obok siedziała dziewczynka, może z drugiej klasy. Uśmiechał się. Rozmawiali. Wychowawczyni podeszła i cicho powiedziała:
– Mieliśmy dziś rozmowę z chłopcami z jego klasy. Z Kacprem też. Widziałam, jak wczoraj wrócił zdołowany, więc zapytałam, co się stało…
Zerknęłam na nią z niepokojem.
– Powiedział, że woli być tu, niż siedzieć w domu sam.
Łzy napłynęły mi do oczu. Kiedy wracaliśmy do domu, Kacper sam z siebie opowiadał, jak udało mu się przejechać kawałek na łyżwach bez upadku.
– Dobrze, że jednak poszedłem. Nie wszyscy są tacy głupi jak Kuba.
Coś się zmieniło
Kolejne dni półkolonii wyglądały już inaczej. Kacper wstawał sam, szykował ubrania dzień wcześniej, a kiedy wychodził, machał mi z uśmiechem, jakby coś w nim naprawdę odmieniło się. Przynosił kolorowe kartki, rysunki, dwa razy nawet naklejki z nagrodami za udział w zajęciach plastycznych.
– Wiesz, że pani Asia powiedziała, że mam talent do opowiadania historii? – zapytał kiedyś z dumą, pokazując mi zeszyt z wymyśloną bajką o smokach.
– Wcale mnie to nie dziwi – odpowiedziałam i pogłaskałam go po włosach.
Na koniec tygodnia mieli pokaz. Kacper był narratorem. Stał na scenie i głośno czytał kwestie. Po występie podeszła do mnie wychowawczyni:
– Ma pani wspaniałego chłopca. Dobrze, że tu był. Takie dzieci pokazują, co naprawdę ważne.
Kiwnęłam głową, bo nie mogłam mówić.
Następnym razem będzie inaczej
Ostatniego dnia półkolonii Kacper wyszedł z sali ze złotą opaską na głowie i plastelinowym medalem na szyi. Dostał go za „największy uśmiech tygodnia”. Dla mnie ten medal ważył więcej niż wszystko, co mogłabym mu kupić za pieniądze, których nie mam.
– Mamo, to były dobre ferie. Może nie jak te w Alpach, ale i tak dobrze, że tam poszedłem.
– Może za rok uda się coś więcej – powiedziałam. – Może zbierzemy na wyjazd z prawdziwego zdarzenia.
– A może nie trzeba. Może ważniejsze, żeby nie siedzieć samemu i mieć do kogo się odezwać.
Kiedy zasnął, usiadłam i zaczęłam liczyć, co jeszcze mogę sprzedać, ile dorobić, by może za rok móc mu dać ferie, na które naprawdę zasłużył. Tym razem się nie udało. Ale następnym razem… będzie inaczej.
Natalia, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po Dniu Dziadka mój teść przestał odbierać telefon. Bolesna prawda wyszła na jaw dopiero w czasie ferii”
- „Mąż wymyślił, że mam zrobić obiad dla księdza, jak przyjdzie po kolędzie. Miałam się postarać i nie wygłupiać z rosołem”
- „Nie znoszę gotowania, a mąż mówi, że to obowiązek kobiety. Jeszcze słowo i będzie się żywił tylko jajecznicą”

