Reklama

Pewnego dnia zapragnęłam odrobiny luzu. Nic wielkiego, po prostu trochę wygody. I właśnie wtedy, w środku tygodnia, podjęłam tę – jak się miało okazać – przełomową decyzję: zamówiłam pizzę na obiad. Ot, taki kaprys, który miał ułatwić mi życie, a przy okazji sprawić drobną przyjemność wszystkim domownikom. W końcu czasem trzeba się rozpieścić, prawda? Przynajmniej tak myślałam, zanim zobaczyłam minę męża, gdy tylko zobaczył na stole kartonowe pudełko. Nie miałam pojęcia, że coś tak banalnego może wywołać aż taką burzę. Złość męża była zaskakująca, ale dopiero później – przy deserze – zrozumiałam, że wszystko, co wydarzyło się tego dnia, miało zupełnie inne podłoże. I muszę przyznać, że nie byłam na to gotowa.

Widziałam, że coś go gryzie

Niby nic wielkiego, a jednak to zapach roztopionego sera i chrupiącego ciasta potrafił wywołać uśmiech na twarzy. Siedziałam przy stole, czekając na pizzę, kiedy drzwi wejściowe trzasnęły i w przedpokoju pojawił się mój mąż. Był spóźniony, jak zwykle zresztą, bo jego praca nigdy nie kończyła się o właściwej porze.

– O, już jesteś? – rzuciłam z kuchni, starając się brzmieć swobodnie. – Dobrze się składa, zaraz będzie pizza.

– To co, dzisiaj jest jakieś święto? – mruknął, ściągając kurtkę.

– Zamówiłam pizzę, miałam ochotę na coś innego niż kotlety i ziemniaki – odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy.

– Pizzę? – powtórzył z niedowierzaniem. – Na obiad?

– Tak, na obiad. Nie widzę w tym nic złego, wszyscy jedzą pizzę. Dzieci były zachwycone.

– Dzieci to by się chipsami żywiły, jakby mogły – warknął pod nosem, zerkając na karton na stole. – Czyli nie gotowałaś dzisiaj?

– Nie, a co w tym złego? – zaczęłam czuć lekkie poirytowanie, choć próbowałam zachować spokój.

– Nic. Po prostu… no nie wiem. Przyzwyczaiłem się do normalnych obiadów. – Wzruszył ramionami, ale widziałam, że coś go gryzie.

– Przesadzasz. Czasem można sobie ułatwić życie. To chyba nie koniec świata?

– Ty zawsze wszystko bagatelizujesz – burknął, siadając przy stole. – Ja tylko powiedziałem, co myślę.

Zapanowała dziwna, napięta cisza. Dzieci już czekały z talerzami, a ja poczułam, że robi się z tego nieproporcjonalnie wielka sprawa. Chwilę później otworzyłam karton i podałam mu kawałek, udając, że nie zauważam, jak nerwowo zaciska usta.

Nie wytrzymałam

Pizza parowała. Mąż nawet nie spojrzał na ulubioną hawajską, którą zawsze zamawiałam z myślą o nim. Usiadł sztywno przy stole, wpatrując się gdzieś ponad moją głową.

– Spróbujesz czy mam ci zrobić coś innego? – zapytałam, nie kryjąc lekkiej ironii.

– Przynieś mi... – urwał, jakby sam nie wiedział, co chce powiedzieć. – Albo zjem już pizzę, skoro zamówiłaś. Nie będę głodny chodził.

Dzieci patrzyły to na mnie, to na niego, wyczuwając napięcie. Najmłodszy odważył się odezwać:

– Tato, zobacz, jak ser się ciągnie! Lepiej niż w twoich tostach!

– Super – odpowiedział z miną, jakby mówił o pogodzie w listopadzie.

Na chwilę zapadło milczenie, w którym każdy tylko przeżuwał, nie patrząc na siebie. W końcu nie wytrzymałam:

Może powiesz wprost, o co ci chodzi? Naprawdę nie zamierzam przepraszać za pizzę.

– Bo może chodzi o coś więcej niż ta pizza? – odpowiedział, ale ton miał zbyt ostry jak na zwykłą rozmowę o jedzeniu.

Westchnęłam, opierając się łokciami o stół.

– To powiedz, skoro już siedzisz taki naburmuszony, co jest nie tak?

– Nic. Wszystko gra. Tylko jakoś tak… – zaczął i zaciął się, jakby połknął język.

No mów, słucham – naciskałam, złość już mi kipiała w głosie.

On spojrzał na mnie, pierwszy raz dzisiaj naprawdę uważnie.

– Po prostu... mogłaś chociaż zapytać – powiedział cicho.

– O co? O pozwolenie na pizzę? Nie przesadzaj.

– Nie o pozwolenie, tylko o to, czy mam ochotę. To nie takie trudne.

Chciałam rzucić jakimś ciętym komentarzem, ale dzieci przysłuchiwały się naszej rozmowie.

Ręce mi drżały

Po obiedzie atmosfera w kuchni zgęstniała. Pozbierałam talerze, próbując nie patrzeć na męża, który udawał, że przegląda coś w telefonie. Zmywałam naczynia szybciej niż zwykle, choć wcale się nie spieszyłam – po prostu ręce mi drżały. Nagle za plecami usłyszałam jego głos, bardziej zrezygnowany niż zły:

– Wiesz co, od jakiegoś czasu mam wrażenie, że wszystko cię denerwuje.

– Mnie? – niemal się roześmiałam, choć bliżej mi było do płaczu. – Chyba raczej ciebie. Z byle powodu chodzisz naburmuszony.

– Może i tak… – przyznał niechętnie. – Po prostu... miałem ciężki dzień.

– Każdy czasem ma ciężki dzień. Dlatego właśnie zamówiłam pizzę, żeby nie stać godzinę przy garach.

– Wiem. Przepraszam, nie powinienem się czepiać. – Spuścił głowę, a ja zobaczyłam, że wygląda na zmęczonego.

Podeszłam bliżej.

Coś się dzieje w pracy? Może chcesz pogadać?

– Nie chcę ci zawracać głowy. I tak się na mnie wściekasz.

– To nieprawda – odpowiedziałam spokojniej. – Tylko czasem mam wrażenie, że wszystko muszę zgadywać. Zamiast powiedzieć wprost, o co chodzi, to robisz się nie do życia.

Popatrzył na mnie ze smutkiem.

– Przepraszam – powtórzył. – Może po prostu za dużo się ostatnio nazbierało.

– To powiedz, co się nazbierało – poprosiłam, czując, że zbliżam się do jakiejś granicy.

On pokręcił głową.

– Może przy deserze…

– Okej, jak chcesz – powiedziałam, uśmiechając się lekko, żeby rozładować napięcie.

– Dobrze – odparł cicho. – Przy deserze pogadamy.

Nie wiedziałam, co mnie czeka, ale czułam, że ta rozmowa będzie inna niż wszystkie dotąd.

Miałam łzy w oczach

Na deser przygotowałam coś, co zwykle poprawiało nam humor: prosty budyń waniliowy z kawałkami czekolady. Starałam się nie myśleć o tej całej sytuacji, ale prawda była taka, że z nerwów coś mnie ściskało od środka.

Gotowy na deser? – zawołałam do męża.

Przyszedł do kuchni wolno, z rękami w kieszeniach. Usiadł przy stole, patrząc, jak nalewam budyń do miseczek.

– Wiesz… – zaczął cicho, zanim jeszcze usiadłam. – Nie chodziło mi o pizzę. Nie mam nic do pizzy. W sumie nawet ją lubię.

– To o co chodzi? – spytałam, próbując nie zabrzmieć jak śledczy.

Westchnął głęboko, bawiąc się łyżką.

– Mam wrażenie, że wszystko się ostatnio sypie. W pracy robi się gorąco, szef ciśnie, mam zaległości, a w domu… czuję się, jakbym był na drugim planie.

– Na drugim planie? – powtórzyłam, zaskoczona.

– No tak. Wszystko jest zawsze ważniejsze: dzieci, zakupy, twoje sprawy. Czasem po prostu… chciałbym, żeby ktoś pomyślał też o mnie.

– Przecież zamówiłam twoją ulubioną pizzę, nawet pamiętałam o tej nieszczęsnej hawajskiej, chociaż sama jej nie znoszę!

– To nie o pizzę chodzi – spojrzał mi w oczy. – Po prostu… chyba oddaliliśmy się od siebie. Nawet nie wiem, kiedy. Może za bardzo to sobie biorę do głowy.

Przez chwilę milczeliśmy, jakby każde bało się powiedzieć coś, co pogorszy sytuację.

Gdybyś mi wcześniej powiedział, to może zamówiłabym dwa kartony pizzy. Jedną na złość, drugą na przeprosiny – spróbowałam zażartować, choć czułam łzy gdzieś pod powiekami.

On się tylko uśmiechnął smutno.

– Wiem. Przepraszam, że się tak wściekłem. Chyba muszę się nauczyć mówić wprost, zanim się zagotuję.

Parsknęłam cicho

Zrobiło mi się głupio, że przez całą tę aferę z pizzą nie zauważyłam, jak bardzo mój mąż jest ostatnio przygaszony.

Myślałam, że po prostu jesteś zmęczony – powiedziałam cicho. – Może za bardzo się na sobie skupiam, a nie widzę, co się dzieje wokół.

– Nie chcę, żebyś czuła się winna – odpowiedział szybko. – To nie o to chodzi. Ja też się nie odzywałem, bo… nie chciałem robić afery. Tylko że jak człowiek tłumi wszystko w sobie, to później wybucha przez coś głupiego, na przykład przez pizzę.

Parsknęłam cicho.

– Trochę głupio, że poszło o pizzę.

– Gdybyś mi tydzień temu powiedziała, że będę się obrażał o ser i ananasa, to nie uwierzyłbym – zażartował, po raz pierwszy od rana naprawdę się uśmiechając.

Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, aż w końcu zebrałam się na odwagę.

– Słuchaj, ja też nie jestem idealna. Ostatnio mam wrażenie, że każdy ciągnie w swoją stronę i trochę się mijamy. Może potrzebujemy jednego wieczoru tylko dla siebie? Bez dzieci, bez obowiązków.

– Tylko ty i ja?

– Tak, dokładnie. I żadnej pizzy, obiecuję. Może nawet ugotuję coś specjalnego, jeśli tym razem ty zamówisz deser.

Roześmiał się cicho, ale wyczułam ulgę w jego głosie.

Umowa stoi. Tylko żeby potem nie było, że tęsknisz za pizzą z dowozem.

– Jak się postarasz, to nie będę – odpowiedziałam, uśmiechając się z przekąsem.

Po raz pierwszy od tygodni poczułam, że jeszcze możemy się dogadać. Trzeba tylko chcieć rozmawiać, zanim wybuchnie kolejna burza o głupstwo.

Było mi trochę wstyd

Wieczorem dzieci już spały, a my siedzieliśmy w kuchni z kubkami herbaty. Kto by pomyślał, że zwykła pizza wyciągnie na wierzch to wszystko, co przez tyle tygodni wisiało w powietrzu. Było mi trochę wstyd, że tak łatwo przyjęłam rolę ofiary, nie zauważając, jak bardzo mój mąż cierpi. Chyba oboje zdaliśmy sobie sprawę, jak wiele rzeczy przemilczaliśmy.

– Wiesz, jak byłem dzieciakiem, pizza była czymś wyjątkowym – powiedział, bawiąc się łyżeczką w herbacie. – Zawsze była na specjalne okazje. Może stąd ta cała moja głupia reakcja.

– Chciałeś mieć normalny dom, gdzie wszystko jest poukładane? – zapytałam łagodnie.

– Może… Wiem, że czasem za bardzo się czepiam.

– Nie musisz być zawsze twardy – dotknęłam jego dłoni. – Mnie też czasem przerasta zwykły dzień.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy, która tym razem nie była już ciężarem.

– Spróbujemy jeszcze raz? Tak na spokojnie, bez dąsów?

– Spróbujmy – uśmiechnęłam się. – I następnym razem, jak będę miała ochotę na pizzę, po prostu zadzwonię do ciebie i zapytam, czy masz ochotę na hawajską.

– A ja obiecuję, że nie będę się obrażał za jedzenie z kartonu.

– I już zawsze będziemy rozmawiać, zanim w kuchni wybuchnie burza?

– Taki mamy układ.

Nie wiem, jak długo będziemy się go trzymać, ale tamtego wieczoru byłam pewna, że najgorsze mamy za sobą. Pizza nie uratowała naszego małżeństwa, ale przynajmniej otworzyła nam oczy. Czasem trzeba burzy o byle co, żeby przypomnieć sobie, że druga osoba też ma prawo mieć zły dzień.

Hanna, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama