Reklama

Zgodziłam się zamieszkać z teściową bez większego oporu. W tamtym czasie wydawało mi się, że to rozsądna decyzja – przecież chodziło tylko o kilka miesięcy, może rok. Każda rata kredytu była dla nas ciężarem, a mieszkanie u mamy Piotra miało być tymczasowym rozwiązaniem. Nie przewidziałam tylko jednego – że oszczędzając pieniądze, zaczniemy tracić coś znacznie cenniejszego.

Czułam się niewdzięczna

Kiedy po raz pierwszy wniosłam do domu teściowej karton z naszymi rzeczami, poczułam się jak gość, który nie wie, gdzie ma postawić buty. Dom był schludny, niemal sterylny. W powietrzu unosił się zapach świeżo wyprasowanych firanek i zupy jarzynowej.

– Zrobiłam wam miejsce w szafie w sypialni – oznajmiła pani Danuta, wskazując wąski segment. – Mam nadzieję, że wam wystarczy. W końcu nie macie aż tylu rzeczy.

Uśmiechnęłam się uprzejmie, choć wiedziałam, że połowa naszych ubrań zostanie w kartonach. Piotr ścisnął moją dłoń.

– To tylko na chwilę – szepnął. – Zobaczysz, szybko odłożymy na nadpłatę kredytu.

Przytaknęłam. Chciałam w to wierzyć. Pierwsze dni były znośne. Teściowa gotowała obiady, prasowała nawet koszule Piotra, zanim zdążyłam je wyjąć z kosza na pranie. Czułam wdzięczność, ale też coś, co trudno było nazwać – jakby ktoś powoli odbierał mi z rąk moje obowiązki i zajmował moje miejsce.

– Nie musisz tak wcześnie wstawać – powiedziała któregoś ranka, gdy weszłam do kuchni. – Piotruś lubi jajecznicę trochę bardziej ściętą. Ja już zrobiłam.

Zatrzymałam się przy stole.

– Wiem, jaką lubi – odpowiedziałam cicho.

– Och, oczywiście. Po prostu pomyślałam, że skoro już tu jesteście…

Piotr wszedł do kuchni, pocałował matkę w policzek.

– Mamo, pachnie jak zawsze. Najlepsza jajecznica na świecie.

Uśmiechnął się do mnie, ale to nie było to samo spojrzenie, które znałam z naszego mieszkania. Jakby tu, w domu teściowej, był bardziej synem niż mężem. Wieczorami zamykaliśmy się w małym pokoju, który kiedyś był jego dziecięcą sypialnią. Na półce wciąż stały modele samolotów i zdjęcia z komunii.

– Trochę dziwnie tu spać – powiedziałam któregoś dnia. – Czuję się, jakbyśmy się cofnęli w czasie.

– Przesadzasz – odparł Piotr. – To przecież mój dom rodzinny. Co w tym złego?

– Nic… Po prostu nie czuję się tu jak u siebie.

Westchnął ciężko.

– Marta, robimy to dla nas. Dla naszej przyszłości. Chcesz całe życie spłacać odsetki?

Nie chciałam. Wiedziałam, że ma rację. Tylko że każda taka rozmowa kończyła się tym, że czułam się niewdzięczna i zbyt wrażliwa.

W tym domu nie było miejsca na mnie

Z czasem teściowa zaczęła wprowadzać drobne „porządki”.

– Ręczniki składam inaczej – powiedziała, wyjmując te, które ułożyłam w łazience. – Tak jest bardziej elegancko.

– Dobrze – odpowiedziałam, choć w środku narastała we mnie irytacja.

Albo innego dnia:

– Marta, ta sukienka jest może zbyt lekka na spotkanie z moją siostrą. W naszej rodzinie stawiamy na klasykę.

Piotr milczał. Czasem wzruszał ramionami.

– Mama chce dobrze – tłumaczył później. – Nie bierz wszystkiego do siebie.

Ale jak miałam nie brać, skoro coraz częściej słyszałam: „Piotruś zawsze lubił porządek”. „Piotruś nie przepada za taką kawą”. „Piotruś w dzieciństwie…”. Zaczynałam mieć wrażenie, że jestem dodatkiem do ich wspólnego świata, w którym nie było miejsca na mnie i moje przyzwyczajenia, moje zdanie. Pewnego wieczoru usiedliśmy przy kolacji. Danuta podała rosół i spojrzała na mnie uważnie.

– Myślałam ostatnio – zaczęła – że skoro już tu mieszkacie, moglibyście odkładać jeszcze więcej. Marta mogłaby brać dodatkowe zlecenia po pracy. W końcu młodzi powinni korzystać z okazji.

Odłożyłam łyżkę.

– Już pracuję po godzinach – powiedziałam spokojnie.

– Ale zawsze można więcej – odparła z uśmiechem.

Spojrzałam na Piotra, czekając, aż coś powie. On jednak skupił się na talerzu. Tego wieczoru po raz pierwszy poczułam, że oszczędności mają swoją cenę. I że płacę ją nie tylko zmęczeniem, ale czymś znacznie głębszym – poczuciem, że powoli przestaję być partnerką, a staję się lokatorką w cudzym domu.

To było jak zimny prysznic

Najbardziej bolało mnie to, że nasze rozmowy zaczęły brzmieć inaczej. Kiedy mieszkaliśmy sami, potrafiliśmy godzinami planować przyszłość. W domu jego matki każde zdanie musiało przejść przez jej filtr. Pewnej soboty wróciłam wcześniej z pracy. W salonie usłyszałam ich głosy.

– Ona jest ambitna, ale czasem zbyt uparta – mówiła pani Danuta. – W małżeństwie trzeba umieć ustąpić.

Zatrzymałam się w korytarzu.

– Mamo, Marta się stara – odpowiedział Piotr, choć bez przekonania.

– Stara się, ale czy myśli o tobie? Ty całe życie miałeś spokojny dom. Teraz widzę, że jesteś ciągle spięty.

Serce zabiło mi szybciej. Wsunęłam klucz głębiej do torebki i weszłam do salonu.

– Dzień dobry – powiedziałam, starając się, by głos mi nie zadrżał.

Zapadła cisza.

– O, już jesteś – odparła teściowa. – Rozmawialiśmy o pracy Piotra.

Piotr unikał mojego wzroku. Tego wieczoru nie wytrzymałam.

– Słyszałam was – zaczęłam, kiedy zamknęliśmy się w pokoju. – Uważasz, że nie myślę o tobie?

– Marta, to nie tak… – potarł czoło. – Mama po prostu martwi się o mnie.

– A ty? Też tak myślisz?

Milczał zbyt długo.

– Czasem mam wrażenie, że jesteś ciągle zdenerwowana – powiedział w końcu. – O wszystko walczysz.

– Bo czuję, że wszystko muszę wywalczyć! – wyrwało mi się. – Nawet to, jak składam ręczniki.

– To drobiazgi.

– Dla ciebie drobiazgi, dla mnie codzienność!

Odwrócił się do okna.

– Może powinnaś po prostu nie reagować.

To zdanie było jak zimny prysznic. Nie reagować, czyli milczeć.

Czułam się jak intruz

Kilka dni później wydarzyło się coś, co przelało czarę goryczy. Wróciłam do domu i zobaczyłam, że w naszym pokoju nie ma komody, którą przywieźliśmy z mieszkania. Stała za to inna – stara, ciężka, z ciemnego drewna.

– Co się stało z naszą? – zapytałam.

– Wyniosłam ją do piwnicy – odpowiedziała pani Danuta spokojnie. – Ta lepiej pasuje do reszty domu.

Ale to była nasza komoda.

– Marta, skoro mieszkacie u mnie, chciałabym, żeby wszystko wyglądało spójnie.

Piotr wszedł do pokoju w trakcie rozmowy.

– Przesadzasz – powiedział do mnie. – To tylko mebel.

– Nie chodzi o mebel! – poczułam, jak drżą mi ręce. – Chodzi o to, że nie mamy tu nic swojego.

– Macie dach nad głową – wtrąciła teściowa chłodno. – I szansę, żeby szybciej spłacić kredyt.

Spojrzałam na Piotra, czekając, aż stanie po mojej stronie. On jednak wzruszył ramionami.

– Marta, mama ma rację. To jej dom.

Tamtego wieczoru długo siedziałam na łóżku, patrząc na ścianę z jego starymi plakatami. Zrozumiałam coś, czego wcześniej nie chciałam dopuścić do siebie – my nie byliśmy tu małżeństwem. Pioyr był dorosłym synem, a ja jego żoną w gościnie.

Dłużej tak nie mogłam

Kolejne tygodnie przyniosły jeszcze więcej napięć. Piotr coraz częściej zostawał w salonie z matką, oglądali razem seriale, śmiali się z dawnych wspomnień. Kiedy do nich dołączałam, rozmowa przygasała.

– Idziesz już spać? – zapytał kiedyś.

– Tak.

– My jeszcze chwilę posiedzimy.

Leżałam w łóżku, słysząc ich śmiech zza ściany. Poczułam się samotna w małżeństwie, które miało być wspólną drogą. Kulminacja przyszła niespodziewanie. W niedzielę przy obiedzie Danuta powiedziała:

– Myślę, że powinniście zostać tu dłużej. Przy takich oszczędnościach spłacicie kredyt w kilka lat.

Zamarłam.

– Nie – odpowiedziałam stanowczo. – Umawialiśmy się na rok.

Piotr spojrzał na mnie zaskoczony.

– Możemy to jeszcze przemyśleć – powiedział.

– Nie ma czego – odparłam. – Ja tak dłużej nie potrafię.

Zapadła ciężka cisza.

– Jeśli ci tu źle, droga wolna – powiedziała spokojnie teściowa. – Nikt cię nie zatrzymuje.

Te słowa odbiły się echem w mojej głowie. Spojrzałam na Piotra.

– A ty? – zapytałam cicho. – Nie zatrzymasz mnie?

Nie odpowiedział od razu.

Stałam się lokatorką

Patrzyłam na Piotra, czekając na jedno zdanie. Jedno proste: „Zostań, porozmawiajmy, wyprowadzimy się”. Zamiast tego spuścił wzrok.

– Marta, nie rób scen – powiedział cicho. – Porozmawiamy później.

– Później? – powtórzyłam. – Kiedy? Za rok? Dwa?

Danuta wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze, jakby rozmowa dotyczyła pogody.

– Młodzi ludzie są dziś bardzo impulsywni – rzuciła spokojnie. – Małżeństwo to kompromisy.

Poczułam, że jeśli teraz usiądę i będę dalej jadła rosół, coś we mnie pęknie bezpowrotnie.

– Nie chodzi o kompromisy – powiedziałam drżącym głosem. – Chodzi o to, że przestaliśmy być razem. Ty jesteś z mamą, a ja… jestem dodatkiem.

Piotr wstał gwałtownie.

– To niesprawiedliwe.

– Niesprawiedliwe? – spojrzałam mu w oczy. – Przez pół roku ani razu nie stanąłeś po mojej stronie. Ani razu.

Zamilkł. I w tej ciszy było więcej prawdy niż w tysiącu słów. Tego samego wieczoru spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do walizki. Ręce trzęsły mi się tak, że kilka razy upuściłam kosmetyczkę. Piotr wszedł do pokoju.

– Dokąd ty idziesz?

– Wracam do naszego mieszkania – odpowiedziałam. – Będę spłacać kredyt, nawet jeśli zajmie mi to dwadzieścia lat.

– Chcesz mnie zostawić przez takie głupoty?

– To nie są głupoty. Straciłam poczucie, że jestem twoją żoną, a stałam się lokatorką.

Podszedł bliżej.

– Mama nie zrobiła nic złego.

– Wiem – odparłam. – Ty też nic nie zrobiłeś. I w tym cały problem.

To był moment, w którym zobaczyłam w jego oczach coś nowego – nie złość, nie oburzenie, tylko strach.

– Marta… – usiadł na łóżku. – Ja po prostu chciałem, żeby było łatwiej.

– Łatwiej dla kogo?

Nie odpowiedział.

W końcu byliśmy na swoim

Wyjechałam tego samego wieczoru. Noc w naszym pustym mieszkaniu była cicha i surowa. Na podłodze stały jeszcze nierozpakowane kartony sprzed przeprowadzki do jego matki. Usiadłam na jednym z nich i rozpłakałam się pierwszy raz od miesięcy. Następnego dnia przyjechał Piotr. Otworzyłam drzwi w dresie, z włosami związanymi byle jak.

– Mogę wejść? – zapytał.

Wpuściłam go bez słowa. Rozejrzał się po pustym salonie.

– Zapomniałem, jak tu jest – powiedział cicho. – Cicho.

Usiadł na podłodze naprzeciwko mnie.

– Wczoraj mama powiedziała, że jeśli wyjdę, będę niewdzięczny – przyznał. – I pierwszy raz pomyślałem, że jeśli zostanę, stracę żonę.

Patrzyłam na niego uważnie.

– Nie chcę wybierać między wami – dodał.

– Nie musisz wybierać między nami – odpowiedziałam spokojnie. – Musisz wybrać, czy jesteśmy rodziną.

Długo milczał. Potem wstał.

– Spakowałem swoje rzeczy. Są w samochodzie.

– Na ile? – zapytałam ostrożnie.

– Na stałe.

Nie uwierzyłam od razu. Dopiero gdy wniósł pierwszą torbę i postawił ją przy ścianie, poczułam, że powietrze wraca do moich płuc. Pierwsze miesiące były trudne. Oszczędności topniały szybciej, niż planowaliśmy. Czasem kłóciliśmy się o pieniądze, o rachunki, o drobiazgi. Ale kłóciliśmy się jak mąż i żona – we własnym domu. Bez publiczności. Danuta długo się nie odzywała. W końcu zadzwoniła.

– Mam nadzieję, że jesteście szczęśliwi – powiedziała chłodno.

– Jesteśmy – odpowiedziałam.

Nie wiem, czy kiedykolwiek mnie polubiła, ale przestała ingerować.

Dziś, po dwóch latach, kredyt wciąż jest z nami. Nadal liczymy każdą złotówkę. Czasem myślę, że gdybyśmy zostali u niej, bylibyśmy już bliżej końca spłaty. Tylko że być może bylibyśmy też bliżej końca naszego małżeństwa. Zrozumiałam, że oszczędności mają swoją cenę. My zapłaciliśmy ją raz – kiedy prawie się zgubiliśmy. Drugi raz nie zamierzam.

Marta, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama