„Zamiast świętować studniówkę córki, w głowie mam już wizję Dnia Babci. Myślałam, że moja córka jest mądrzejsza”
„Westchnęłam i poszłam do kuchni. Usiadłam przy stole. Dłońmi objęłam kubek z zimną już herbatą. Wciąż nie wiedziałam, jak powinnam się zachować. Czy mam się cieszyć? Czy robić dobrą minę do złej gry? Czy w ogóle powinnam ją puścić na ten bal?”.

Próbuję się uśmiechać, gdy moja córka przymierza sukienkę, kręci się przed lustrem, marzy o tańcach do rana. Gdyby nie to, że znam już prawdę, pomyślałabym, że mamy przed sobą jeszcze wiele beztroskich miesięcy, że po maturze zacznie studia, znajdzie pracę, ułoży sobie życie. Tymczasem wystarczyło jedno zdanie, jeden test ciążowy w jej dłoni, by cały ten plan rozsypał się jak domek z kart.
Nie jestem zła. Przynajmniej nie tylko. Jestem przerażona. Mam czterdzieści pięć lat i właśnie dowiedziałam się, że zostanę babcią. Że moja córka, moja jedyna Iza, ta roztropna i rozsądna dziewczyna, której ufałam bezgranicznie, będzie miała dziecko. Jeszcze niedawno kupowałam jej piórniki z konikami, dziś ona wybiera imię dla istoty, która zmieni całe jej życie.
Ojciec dziecka to jej kolega ze szkoły, Bartek. Zawsze uprzejmy, trochę wycofany chłopak, który pomagał jej w matematyce. Gdy Iza mi o nim powiedziała, nie od razu połączyłam kropki. Pomyślałam: może to zauroczenie, może pierwszy pocałunek, może za rok się skończy. A dziś już wiem, że to nie zauroczenie, tylko dziecko, które pojawi się na świecie w środku lata. W środku życia, które miało wyglądać inaczej.
Patrzę na jej sukienkę, delikatną, granatową, z odkrytymi plecami. Widzę, że wciąż chce udawać, że wszystko jest normalnie. Tylko nic już nie jest normalne. W tej chwili nie wiem, jak mam jej to powiedzieć, że zanim się obejrzy, będzie matką, a ja – babcią. W wieku, w którym miałam wreszcie zacząć żyć trochę dla siebie.
Zmarnowała sobie życie
– Mamo, czy mogłabyś mi pomóc zapiąć z tyłu? – zawołała Iza z pokoju, a ja podskoczyłam, jakby ktoś wyrwał mnie z drzemki.
Podeszłam, uśmiechając się z wysiłkiem. Delikatna sukienka odsłaniała jej łopatki i kawałek pleców. Taką ją pamiętam z jej dzieciństwa – kruchą, drobną, delikatną. A teraz w jej brzuchu rośnie nowe życie.
Zapięłam suwak, starając się nie patrzeć na ledwo widoczne zaokrąglenie. Niby dopiero dwa miesiące, ale ja już to widziałam. Może dlatego, że wiedziałam, gdzie patrzeć.
– Ładnie? – zapytała z nadzieją w oczach.
– Prześlicznie – odpowiedziałam, siląc się na normalny ton. – Tylko... nie za zimno na tak odkryte plecy?
– Mamo, w szkole będzie gorąco, nie przejmuj się.
Westchnęłam i poszłam do kuchni. Usiadłam przy stole. Dłońmi objęłam kubek z zimną już herbatą. Wciąż nie wiedziałam, jak powinnam się zachować. Czy mam się cieszyć? Czy robić dobrą minę do złej gry? Czy w ogóle powinnam ją puścić na ten bal?
– Bartek po mnie przyjedzie za godzinę – usłyszałam zza drzwi. – Będzie w garniturze. Tata pożyczył mu samochód.
Bartek – czy on w ogóle rozumie, co zrobił? Czy zdaje sobie sprawę, że ta jedna noc – albo ten jeden brak rozwagi – przekreślił nie tylko jego plany, ale też Izki? Wstałam. Musiałam z nią porozmawiać. Jeszcze raz. Chociaż wiedziałam, jak się to skończy.
– Iza – weszłam do jej pokoju. – Musimy ustalić, co dalej. Wiesz, to nie jest tak, że wrócisz z balu i wszystko się samo ułoży…
Jej twarz stężała. Spojrzała na mnie takim wzrokiem, jakiego u niej nigdy nie widziałam.
– Myślisz, że nie wiem? Że nie myślę o tym cały czas?
Nie rozumiała powagi sytuacji
Usiadłam na jej łóżku. Cicho, spokojnie.
– Myślę o tym codziennie, mamo. Nawet jak się uśmiecham, nawet jak się maluję, to i tak czuję, że we mnie rośnie coś, co zmieni wszystko. Nie musisz mi tego powtarzać – rzuciła z gniewem, ale w oczach miała łzy.
– Wiem, że się boisz. Ja też się boję, Iza. Po prostu... ja mam cię tylko jedną. Wszystkie marzenia, jakie miałam o twojej przyszłości – to, że pojedziesz na studia, zamieszkasz w akademiku, poznasz świat – to wszystko teraz wygląda inaczej.
– Może nadal to zrobię – odpowiedziała cicho.
– Tak? Z dzieckiem na ręku? Wiesz, co to znaczy wstawanie co dwie godziny? Wiesz, co to znaczy nie mieć siły na nic, a potem usiąść do nauki?
Nie odpowiedziała. Wpatrywała się w toaletkę, w perfumy, które pożyczyła ode mnie. Wyciągnęła szminkę i zaczęła poprawiać makijaż.
– Bartek powiedział, że się mną zajmie – powiedziała w końcu. – Że będzie pracował i weźmie urlop dziekański.
Zamrugałam.
– Urlop dziekański? Przecież on jeszcze nawet nie wie, czy się dostanie na studia!
– Daj nam szansę, mamo. Błagam.
Jej głos zadrżał. Właśnie wtedy dotarło do mnie, że już nie walczę tylko o jej przyszłość. Walczę z nią. A to jest najgorsze, co mogę teraz zrobić.
– Dobrze – powiedziałam w końcu. – Jedź na ten bal. Tańcz. Śmiej się. Ale w niedzielę siądziemy razem i zaczniemy planować, co dalej. Od poniedziałku jesteś już nie tylko maturzystką. Jesteś przyszłą matką.
To mnie prześladowało
Bartek przyjechał punktualnie. Stałam w oknie, gdy wysiadał z samochodu w czarnym garniturze, z włosami przygładzonymi żelem, z bukietem białych róż w dłoni. Jak z filmu. Jakby jego życie nie miało za chwilę stać się dramatem.
Iza zbiegła po schodach, jakby unosiła się nad ziemią. Róże, pocałunek w policzek, błysk flesza, bo przecież musiałam zrobić zdjęcie. Chociaż serce mi mówiło: to nie pamiątka z balu, to pamiątka końca twojego dzieciństwa, dziecko.
– Tylko nie za długo, dobrze? – powiedziałam łagodnie, choć kusiło mnie, by zapytać: „czy on wie, że ty już nie możesz pić szampana?”.
– Postaram się – uśmiechnęła się Iza i pomachała mi z auta.
Gdy odjechali, zostałam w pustym mieszkaniu. Nie umiałam usiąść. Krążyłam od kuchni do łazienki, od łazienki do jej pokoju. Usiadłam na brzegu jej łóżka i wzięłam do ręki pluszowego misia. Nadal tu był. Nazywała go Becio.
Zadzwoniłam do mojej siostry.
– Hanka... – zaczęłam, głos mi zadrżał. – Iza jest w ciąży.
– Co ty mówisz?! Kiedy się dowiedziałaś?
– Tydzień temu. Przyszła z testem. Trzymała go w dłoni jak zwitek papieru. Bez słowa. Patrzyła mi w oczy, jakby błagała, żebym za nią podjęła decyzję.
Po drugiej stronie była cisza.
– Ona jest jeszcze dzieckiem, Hanka. A za chwilę sama będzie miała dziecko.
– A ty? Co ty zrobisz?
Odpowiedź znałam. Choć nie była prosta.
– Zostanę babcią. Wcześniej, niż planowałam.
Nie umiałam się cieszyć
Po północy Iza wróciła ze studniówki z podkrążonymi oczami, ale uśmiechnięta. Rzuciła się na kanapę w salonie jak po najlepszym dniu życia. Wtedy coś we mnie pękło.
– I jak było? – zapytałam, choć wcale nie chciałam wiedzieć.
– Super. Tańczyliśmy do końca, DJ był genialny, a Bartek... no, Bartek był cudowny – jej oczy błyszczały.
– Cudowny? – powtórzyłam chłodno. – Chłopak, który zrobił ci dziecko i teraz udaje, że wszystko jest w porządku?
Iza zamarła. Patrzyła na mnie z niedowierzaniem.
– Mamo... Dopiero co wróciłam, a ty znowu…
– Nie! – podniosłam głos. – Nie rób ze mnie idiotki. Nie będę siedzieć i się uśmiechać, gdy moja córka marnuje sobie życie, a chłopaczek, który to wszystko zaczął, nawet nie raczy zadzwonić, zapytać, co dalej!
– Ale on... – zaczęła, ale nie pozwoliłam jej dokończyć.
– On co?! On cię kocha? To za mało, Iza! Miłość nie przewinie dziecka, nie zarobi na pieluchy, nie zda matury za ciebie!
Wstałam i zaczęłam krążyć po pokoju, jakby to mogło rozładować złość.
– Myślałam, że jesteś rozsądna. Że tej jednej rzeczy nie zawalisz. A ty, zamiast dojrzeć, wybrałaś najgorszą możliwą drogę. Jeszcze w liceum! Nawet nie zaczął się egzamin maturalny, a ty już masz egzaminy z pieluszek i kolki!
Iza uciekła do swojego pokoju. Trzasnęła drzwiami. Zostałam w salonie i poczułam, jak gniew zamienia się w rozpacz. Miałam prawo być zła. Tylko czemu tak bardzo bolało?
Nic nie rozumieli
Minęły dwie godziny. Przez ścianę słyszałam tylko ciche szlochy. Nie wchodziłam. Nie byłam jeszcze gotowa, żeby przepraszać. Może dlatego, że nadal byłam zła – i na nią, i na Bartka, którego coraz trudniej mi było nazywać po prostu „kolegą Izy”.
Zresztą sam Bartek pojawił się popołudniu kolejnego dnia. Bez zapowiedzi, z rękami w kieszeniach, z głupim uśmiechem.
– Dzień dobry, pani Marysiu. Czy Iza jest w domu?
Stałam w drzwiach, nie wpuszczając go.
– A ty co tu robisz?
– Przyszedłem porozmawiać.
– Dopiero teraz? Od tygodnia wiecie, że jesteście w ciąży, a ty pierwszy raz się pojawiasz, żeby pogadać? – spojrzałam mu prosto w oczy. – Gdzie byłeś, kiedy moja córka płakała mi w poduszkę?
Zaczerwienił się. Chyba pierwszy raz ktoś nie traktował go jak „fajnego chłopaka z klasy”.
– Bałem się... – wydukał. – Nie wiedziałem, co powiedzieć.
– To może trzeba było się nie zabierać za dorosłe sprawy, skoro jeszcze nie wiesz, jak się zachować jak dorosły? – syknęłam.
W tym momencie w drzwiach stanęła Iza. Spuchnięta od płaczu, ale stanowcza.
– Mamo, proszę. Daj nam chwilę.
Zacisnęłam usta. Przeszłam do kuchni, ale słyszałam wszystko. Jak mówi, że ją kocha, że nie ucieknie. Że porozmawiał z ojcem i chce podjąć pracę. Obietnice. Zaparzyłam herbatę i spojrzałam przez okno. Śnieg padał, cicho i bezszelestnie. Za kilka miesięcy w tym domu pojawi się nowy człowiek. A ja muszę przestać być tylko matką. Muszę przygotować się na nową rolę – babci. A może jednak matki po raz drugi.
Uczę się być babcią
Siedzę na kanapie z notesem na kolanach. Spisuję terminy badań, listę rzeczy dla noworodka, przypomnienia, by zapisać Izę na szkołę rodzenia. Powinnam być spokojna – przecież wszystko zaczyna się układać. Bartek, choć wciąż chłopak w ciele mężczyzny, robi co może. Jego ojciec załatwił mu pracę w warsztacie. Iza chodzi jeszcze do szkoły, chociaż widzę, jak coraz częściej przykłada rękę do brzucha i przerywa pisanie.
Nie pytam, czy żałuje. Widzę to w jej oczach każdego ranka, kiedy patrzy na plecak i na zdjęcie z balu. Ale widzę też coś innego – siłę. Której nie miałam pojęcia, że tyle jej ma.
Dziecko przyjdzie na świat latem. Może w lipcu, może wcześniej. Na pewno za wcześnie – dla niej, dla mnie. Ale już nie ma odwrotu. Widzę to oczami wyobraźni: pranie małych ubranek suszy się na kaloryferze. Smoczek leży na kuchennym stole. Zaczęłam się łapać na tym, że nie myślę już tylko o katastrofie. Myślę o tym, czy to będzie dziewczynka czy chłopiec. I czy będzie miało oczy Izy.
Przyłapuję się na przeglądaniu w internecie prezentów dla dzieci. Nie tak miało być. Jednak może właśnie tak musi być? Zamiast płakać, uczę się kochać to dziecko, zanim jeszcze się urodzi. Skoro ono już tu jest, nie mogę pozwolić, by czuło się niechciane. Będę babcią. Trochę za wcześnie, zbyt niespodziewanie. Ale może... w samą porę?
Marysia, 45 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Podczas ferii odkryłam, że jestem w ciąży. Ojciec dziecka uznał, że wybrałam kiepski moment”
- „Myślałam, że po powrocie z ferii mąż będzie czekał na mnie z ciepłą herbatą. Drań przygotował jednak inną niespodziankę”
- „Po feriach syn zapytał, czy tata nas jeszcze kocha. Boję się, że karmię swoją naiwnością nas oboje”

