„Zamiast męża mam alimenty i zasiłki na koncie. Inne matki zaglądają mi do portfela, a ja mam spokój i czas dla dzieci”
„Nie musiałam martwić się o kredyt i raty, bo spadek załatwił sprawę. Przez jakiś czas myślałam o tym, żeby w końcu znaleźć pracę, ale nigdy tego pomysłu nie zrealizowałam. Nie miałam zbyt dużego doświadczenia, a dzieci przyzwyczaiły się do tego, że mama jest w domu. Nie chciałam z tego zrezygnować”.

- Listy do redakcji
Jestem przyzwyczajona do tego, że ludzie mnie oceniają. Obcy, znajomi, rodzina… Każdy ma swoje zdanie na mój temat. Jedni chcieliby być na moim miejscu, inni mną gardzą. Dla jednych jestem wzorem sprytu i kimś, kto zawsze sobie poradzi, a dla drugich zawsze będę kimś nieporadnym, komu wciąż trzeba pomagać. Wiem, że o mnie plotkują, ale nie obchodzi mnie to.
Żadna z tych osób nie zna mojej historii. A prawda jest taka, że ja nie narzekam. Wręcz przeciwnie, jest mi dobrze. To nie znaczy, że zawsze tak było. Kiedy dzieci były małe, a ja nie miałam nikogo do pomocy, czasami płakałam ze zmęczenia. Ale teraz, gdy najmłodsze jest już w przedszkolu, korzystam z życia. I niczego nie żałuję.
Życie mnie nie oszczędzało
Mam dwójkę dzieci, każde z innym ojcem. Nie planowałam tego. Po prostu tak mi się życie potoczyło. Od początku zresztą nie było mi łatwo. W domu rodzinnym się nie przelewało. Mama mówiła, żebym skupiła się na nauce, bo tylko tak mogłam uniknąć tego, co ją spotkało. Ale nauka nigdy nie była moją mocną stroną.
Do szkoły chodziłam, bo musiałam. Maturę zdałam ledwo, a na studia nie poszłam. Nie było mnie stać. Zresztą i tak bym się nie dostała. Planowałam pójść do pracy, ale wtedy poznałam mojego pierwszego chłopaka. Moją wielką miłość. Miałam 18 lat i myślałam, że świat stoi przede mną otworem.
Wyprowadziłam się z domu i zamieszkałam z nim. Mieszkaliśmy kątem u jego rodziców. I chociaż nie była to sielanka, dobrze wspominam tamte lata. Do czasu, aż zaszłam w ciążę. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy mojej niedoszłej teściowej, gdy powiedzieliśmy jej o dziecku. Pamiętam te dzień dokładnie. Mój chłopak, Damian, starał się mnie uspokoić. Ale nikt nie przygotował mnie na to, co miało nadejść.
– Mamo, musimy ci coś powiedzieć – zaczął Damian niepewnie. – Ja… Ewelina jest w ciąży.
Jego matka wytrzeszczyła oczy, a jej twarz zrobiła się czerwona.
– A skąd wiesz, że to twoje dziecko? Synu, ostrzegałam cię przed tą dziewczyną.
Zagotowałam się.
– Nie ma pani prawa tak o mnie mówić. Będziemy mieli dziecko i pani syn jest ojcem. Czy to się pani podoba, czy nie.
– W tej rodzinie nie ma miejsca na nieślubne dziecko. Wynoś się!
To były ostatnie słowa, które od niej usłyszałam. Wyprowadziliśmy się tego samego dnia i pomieszkiwaliśmy kątem u znajomych, ale Damianowi szybko znudziło się takie życie. Wrócił do matki z podkulonym ogonem, a ja zostałam sama.
Myślałam, że wszystko się ułoży
Razem z córką długo nie mogłyśmy sobie znaleźć miejsca. Przez jakiś czas wróciłam z nią do rodzinnego domu, ale stosunki z moją matką były dalekie od ideału, a ja nie chciałam być od niej zależna. Wtedy spotkałam Wojtka.
Wojtek pochodził z mojego miasteczka, ale zaraz po szkole wyjechał za granicę. Pracował w Niemczech i ustatkował się tam. Miał nawet żonę, ale chyba im się nie układało. Tak przynajmniej twierdził, gdy spotkaliśmy się pierwszy raz po latach.
To było na rynku naszego miasteczka. Wyszłam wtedy z domu po kolejnej kłótni z matką. Musiałam się przewietrzyć. Usiadłam na ławce, podczas gdy Lenka biegała dookoła fontanny. Nagle stanął przede mną wysoki mężczyzna, przystojny, w drogich ubraniach.
– Ewelina? – Zapytał, patrząc mi prosto w oczy.
– My się znamy? – Odpowiedziałam zaskoczona.
– Chodziliśmy razem do podstawówki. Wojtek – powiedział, podając mi rękę.
Złapałam jego dłoń i przytrzymałam nieco dłużej, niż to było konieczne. Między nami od razu zaiskrzyło. Wynajęliśmy mieszkanie w sąsiednim mieście. Wojtek twierdził, że ma dość emigracji, że chce wrócić na stałe. Miał znaleźć pracę.
Byłam szczęśliwa. Myślałam, że Lenka i ja będziemy w końcu szczęśliwe. Miałyśmy gdzie mieszkać, a ja naprawdę kochałam Wojtka. Lena też za nim przepadała, ale nie trwało to długo. Trudno było mu znaleźć stałe zajęcie, coraz częściej wspominał o powrocie do Niemiec. Mówił, że tam łatwiej o pracę i można nieźle zarobić.
W końcu wyjechał. Tęskniłam za nim i codziennie dzwoniłam, ale z czasem te rozmowy stały się krótsze. Odzywał się sporadycznie, ale przelewy wysyłał regularnie. Wtedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży.
Zostałam samotną matką
– Wojtek, muszę ci coś powiedzieć… – wydukałam przez telefon. – Jestem w ciąży.
– Ewelina, ja… – Przerwał. Wiedziałam, że to milczenie nie znaczy nic dobrego. – Ja nie planuję wracać.
– Co ty mówisz? Jesteśmy razem, będziemy mieli dziecko – niemal wykrzyczałam do słuchawki.
– Tu żyje się lepiej. Nie mogę się odnaleźć w Polsce. Moje miejsce jest w Niemczech. Przepraszam cię.
Na nic więcej nie mogłam liczyć, poza pieniędzmi. Od wspólnych znajomych dowiedziałam się, że Wojtek wrócił do swojej żony. Podobno mają dziecko i są szczęśliwi. Przestało mnie to interesować.
Urodziłam syna. Lena była szczęśliwa, że ma rodzeństwo, ale mi nie było łatwo. Nieprzespane noce dawały mi się we znaki, a samotność doskwierała jak nigdy wcześniej. Z czasem jednak zaczęłam wychodzić na prostą.
Mały zaczął przesypiać noce, poszedł do żłobka, później do przedszkola. Lena zaczęła szkołę i miałam coraz mniej obowiązków w domu. Ale najważniejsze było to, że nie musiałam się martwić o pieniądze.
Kiedy matka zmarła, odziedziczyłam po niej mieszkanie. Nie było duże, ale dla naszej trójki wystarczające. Nie musiałam martwić się o kredyt i raty, bo spadek załatwił sprawę. Przez jakiś czas myślałam o tym, żeby w końcu znaleźć pracę, ale nigdy tego pomysłu nie zrealizowałam. Nie miałam zbyt dużego doświadczenia, a dzieci przyzwyczaiły się do tego, że mama jest w domu. Nie chciałam z tego zrezygnować.
Nie bałam się o przyszłość
Mam teraz swoją rutynę. Rano robię dzieciom śniadanie i odprowadzam syna do przedszkola. Lena jest już samodzielna, nawet sama robi sobie kanapki do szkoły. Po powrocie idę na zakupy, sprzątam mieszkanie i gotuję obiad. Czasem spotykam jakąś sąsiadkę.
– Dzień dobry pani Ewelino – przywitała mnie pewnego dnia pani Teresa, starsza kobieta z drugiego piętra.
– Dzień dobry – odpowiedziałam ze sztucznym uśmiechem, bo znałam reputację pani Teresy, która uchodziła za największą plotkarę na całym osiedlu.
– Dzieci rosną, widziałam, jakie już duże. Może pora coś ze sobą zrobić? Mój zięć ma dużą firmę, mogę pomóc… – pani Teresa zaczęła opowiadać, ale szybko jej przerwałam.
Pożegnałam się i wróciłam do domu. Wiedziałam, że te pozornie dobre chęci i bezinteresowna pomoc to tylko wścibstwo i paliwo dla plotek. Poza tym, nie potrzebowałam wsparcia. Miałam wszystko, co do życia niezbędne. Zdrowe dzieci, dach nad głową, jedzenie w lodówce. Rachunki były opłacone, a ja nie bałam się o przyszłość.
Dobrze mi się żyje
Któregoś dnia spotkałam przyjaciółkę jeszcze z czasów szkolnych. Usiadłyśmy w kawiarni, opowiadała mi o swoim życiu i narzekała na nieustanny pośpiech.
– Ewelina, ja nie wiem, w co ręce włożyć – mówiła wyraźnie podminowana. – Dzieciaki ciągle chorują, nie mam nikogo do opieki, a z mężem musimy pracować, bo kto rachunki zapłaci?
– Rozumiem, moje dzieci też często coś łapią – starałam się okazać współczucie, chociaż patrzyłam na to z nieco innej perspektywy.
– Ciągle jestem niewyspana, pracuję po godzinach, żeby coś odłożyć. Z mężem się mijamy. Serio, mam dość…
Milczałam, bo co miałam powiedzieć? Że też nie mam nikogo do opieki, nie mam nawet męża, ale na opłaty nie narzekam? Że radzę sobie ze wszystkim sama, mimo że od dawna nie przepracowałam nawet jednego dnia? Zamiast tego odpowiadałam wymijająco, uprzejmie potakując.
Często słyszę, jak znajomi narzekają na raty kredytów, biorą nadgodziny albo dodatkowe etaty. A ja w tym czasie gotuję dzieciom zupę i bawię się z nimi w chowanego. To dla mnie ważniejsze niż nowe auto czy większe mieszkanie. Może to nie jest życie, o którym marzyłam. Nie pławię się w luksusach, moje dzieci nie mają markowych ciuchów. Mają za to obecną i kochającą ich mamę. A że żyjemy z zasiłków i alimentów? Dla mnie to nie powód do wstydu.
Może kiedyś jeszcze znajdę pracę. Może gdy syn podrośnie, a córka się usamodzielni nie będę miała wyboru. A może jeszcze kiedyś się zakocham? Nie wykluczam niczego. Życie mnie nie oszczędzało, ale nie rozpaczam z tego powodu. Korzystam z dostępnych możliwości i z tego, że mogę być w domu. Teraz to dla mnie najważniejsza wartość. I żadne komentarze zawistnych sąsiadek czy zazdrosnych znajomych tego nie zmienią.
Ewelina, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Córka namówiła mnie na sprzedaż ukochanego domu. Gdybym wiedział, jak mnie urządzi, nigdy bym jej nie zaufał”
- „Mąż w Wielki Post przesiadywał w kościele. Myślał, że woń kadzidła zamaskuje zapach tanich perfum jego kochanki”
- „W lumpeksie znalazłam markową puchówkę. Okazało się, że to nie była zwykła kurtka, tylko skarb cenniejszy niż złoto”

