Reklama

Ten dzień miał być moim małym triumfem. Miał być słodką wisienką na torcie mojej trzymiesięcznej walki o awans. Zamiast tego stał się koszmarem, który będzie mi się śnił po nocach do końca życia. Wystarczyła jedna kłamliwa decyzja, chwila paniki i pudełko, które nigdy nie powinno trafić na stół prezesa. Myślałam, że nikt nie zauważy różnicy, ale los bywa przewrotny i ma wyjątkowo gorzkie poczucie humoru, nawet w najsłodszy dzień w roku.

Miałam sprytny plan

Wszyscy kochają tłusty czwartek, prawda? Kolejki przed cukierniami ciągnące się kilometrami, zapach smażonego ciasta unoszący się w powietrzu od bladego świtu i to powszechne, społeczne przyzwolenie na obżarstwo. W naszej korporacji ten dzień był czymś więcej niż tylko okazją do zjedzenia pączka. To była tradycja. A w tym roku, ten rytuał spoczywał na moich barkach.

Byłam główną kandydatką na stanowisko Senior Project Managera. Moja rywalka, Paulina, to typ kobiety, która nawet o siódmej rano wygląda jak z okładki magazynu. Perfekcyjna, zorganizowana, z przyklejonym uśmiechem. Kiedy szefowa administracji zachorowała tydzień temu, zgłosiłam się na ochotnika, żeby zorganizować catering na czwartkowe spotkanie zarządu. To miało być moje „pięć minut”. Chciałam pokazać, że potrafię zadbać o każdy detal, że jestem proaktywna i niezastąpiona.

Plan był prosty: zamówić pączki z małej, rzemieślniczej cukierni na drugim końcu miasta, o której wszyscy mówi. To ulubione miejsce naszego nowego prezesa, pana Marka. Człowieka, który o jedzeniu potrafi mówić z większą pasją niż o słupkach sprzedaży. Wiedziałam, że jeśli postawię przed nim te konkretne pączki z konfiturą z płatków róży, awans mam w kieszeni.

Byłam tak pewna siebie, że... zapomniałam potwierdzić zamówienie.

Serce podeszło mi do gardła

Zorientowałam się w czwartek o 7:15 rano. Stałam w kuchni, dopijając kawę, kiedy zadzwonił telefon z cukierni. Byłam pewna, że dzwonią z informacją, iż kurier już jedzie.

– Dzień dobry, pani Agato. Dzwonimy, bo nie otrzymaliśmy wczoraj potwierdzenia przelewu, a przy takim obłożeniu, system automatycznie anulował rezerwację o północy. Przykro nam, ale pączków nie będzie.

Zrobiło mi się zimno, a potem gorąco. Poczułam, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł.

Jak to anulował? – wykrztusiłam, czując, jak panika ściska mi krtań. – Proszę pani, to sprawa życia i śmierci. Zapłacę podwójnie! Potrójnie!

– Przykro mi, wszystko wyprzedane. Ostatnia partia wyszła pięć minut temu. Do widzenia.

Rozłączyła się. Stałam na środku kuchni w szlafroku, patrząc na telefon jak na narzędzie zbrodni. O 9:00 zaczynało się spotkanie zarządu. Prezes Marek, dyrektor finansowy i kluczowi inwestorzy. Miałam wejść tam z tacą najlepszych pączków w mieście i zebrać laury. Jeśli przyjdę z niczym, wyjdę na niekompetentną idiotkę, która nie potrafi zamówić jedzenia, a co dopiero zarządzać budżetem projektu na dwa miliony złotych.

Wtedy wpadłam na ten szatański pomysł. Pomysł, który wydawał się ratunkiem, a okazał się gwoździem do mojej trumny.

Czułam się jak oszustka

Wiedziałam, że w szafce mam stare, eleganckie pudełka z logo tej luksusuwej cukierni, które zachowałam po moich urodzinach miesiąc temu. Były w idealnym stanie – gruba tektura, złote tłoczenia, prestiż bijący z każdego centymetra.

Plan był prosty: pojechać do najbliższego dyskontu, kupić najlepiej wyglądające pączki, jakie znajdę, przełożyć je do ekskluzywnych pudełek, posypać świeżym cukrem pudrem (żeby wyglądały na dopiero co zrobione) i modlić się, żeby nikt nie zauważył różnicy. W końcu ciasto to ciasto, prawda? Cukier, mąka, dżem. Kto by się poznał?

Wpadłam do marketu jak burza. Ludzie tłoczyli się przy stoisku z pieczywem, walcząc o ostatnie tacki. Czułam się jak w dżungli. Wyrwałam jakiejś starszej pani z rąk ostatnie dwa opakowania pączków typu premium (co w języku marketu oznaczało, że kosztowały 2 złote zamiast 90 groszy) i pognałam do kasy. W samochodzie, na parkingu podziemnym biurowca, wcieliłam swój plan w życie.

Ręce mi się trzęsły, gdy przekładałam wciąż lekko ciepłe od marketowych lamp grzewczych pączki do złotych pudełek. Wyglądały... okej. Może nie były tak idealnie wyrośnięte jak te rzemieślnicze, może lukier był trochę bardziej popękany, ale uznałam, że to dodaje im „domowego” charakteru.

Wjechałam windą na siódme piętro. Czułam się jak oszustka, ale tłumaczyłam sobie, że to zaradność. W korporacji ceni się „kreatywne rozwiązywanie problemów”, a nie narzekanie, prawda? Właśnie rozwiązałam problem.

Kłamałam jak z nut

Spotkanie już trwało. Weszłam cicho, niosąc tacę z dumnie wyeksponowanymi pudełkami. Zapach, mimo że marketowy, był słodki i kuszący.

– O! Nasza wybawicielka! – zawołał prezes Marek, rozpromieniając się na widok złotego logo. – Wiedziałem, że na tobie można polegać, Agata. To ta cukiernia, tak?

– Oczywiście, panie prezesie – skłamałam gładko, choć w środku dygotałam. – Stałam w kolejce od piątej rano, żeby mieć pewność, że będą najświeższe.

– To się ceni! – Marek zatarł ręce. – Państwo pozwolą, że zrobię honory. Te pączki to poezja. Płatki róży ucierane ręcznie, ciasto wyrastające na żółtkach od szczęśliwych kur... Paulina, musisz spróbować.

Spojrzałam na Paulinę. Siedziała naprzeciwko prezesa, z tym swoim idealnym kokiem i notesem pełnym notatek. Patrzyła na mnie podejrzliwie. Czyżby coś wiedziała? Nie, to niemożliwe. Uśmiechnęłam się do niej najszczerszym uśmiechem, na jaki było mnie stać. Prezes otworzył pudełko i wyjął pączka. Wyglądał chyba trochę gorzej niż w jego wspomnieniach, co zauważyłam po lekkim zmarszczeniu brwi, ale zrzucił to pewnie na transport.

No to próbujemy! – zakrzyknął i wziął potężny kęs.

Czas zwolnił. Widziałam, jak jego zęby zatapiają się w cieście. Widziałam, jak lukier kruszy się na jego nieskazitelny krawat. I widziałam moment, w którym jego wyraz twarzy zmienił się z ekscytacji w czyste, nieskażone zdumienie, a potem w obrzydzenie.

Chciałam zapaść się pod ziemię

W pokoju zapadła cisza. Prezes przeżuwał powoli, jakby analizował truciznę.

– Róża? – zapytał cicho, ale w jego głosie brzmiała groźba.

– Słucham? – pisnęłam.

– To nie jest róża – powiedział, odkładając nadgryzionego pączka na porcelanowy talerzyk. – To jest... co to u diabła jest? To smakuje jak zmielone żelki rozpuszczone w occie.

Sięgnął po serwetkę i wytarł usta z nienaturalną wręcz dokładnością.

– I dlaczego to ciasto jest takie gumowate? Ta mała cukiernia słynie z tego, że ich pączki rozpływają się w ustach. To smakuje jak gąbka do mycia naczyń nasączona starym olejem.

Poczułam, jak pot spływa mi po plecach.

– Może... może zmienili recepturę? – próbowałam ratować sytuację, kopiąc sobie jeszcze głębszy dół. – Wie pan, kryzys, inflacja...

– Zmienili recepturę? – Marek wstał. Był czerwony na twarzy. – Mój szwagier jest właścicielem tej cukierni. Jadłem tam śniadanie w zeszłą niedzielę. Nic nie zmieniali.

W tym momencie Paulina, moja rywalka, sięgnęła po pudełko. Obróciła je w dłoniach, przyglądając się z uwagą.

– Panie prezesie – odezwała się tym swoim spokojnym, anielskim głosem. – Czy to nie dziwne, że na spodzie pudełka jest data przydatności... sprzed miesiąca? To pudełko z twoich urodzin, Agata, prawda? Pamiętam, bo sama składałam na nie pieniądze w biurze.

Chciałam zapaść się pod ziemię. Chciałam, żeby podłoga się rozstąpiła i pochłonęła mnie razem z tymi przeklętymi pączkami z dyskontu. Wszyscy patrzyli na mnie. Inwestorzy, dyrektor finansowy, Paulina z tym swoim triumfalnym błyskiem w oku i prezes, który wyglądał, jakby ktoś właśnie obraził jego matkę.

– Kupiłaś pączki w supermarkecie i przełożyłaś je do starych pudełek, żeby nam zaimponować? – zapytał Marek. To nie było pytanie. To było stwierdzenie faktu.

To był ostateczny cios

Nie miałam wyjścia. Mogłam iść w zaparte i zrobić z siebie wariatkę, albo przyznać się i zrobić z siebie oszustkę. Wybrałam to drugie, licząc na litość.

– Zapomniałam złożyć zamówienie – wydukałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Nie chciałam nikogo zawieść. Myślałam, że to uratuje sytuację. Przepraszam.

Cisza, która nastała po moim wyznaniu, była gorsza niż krzyk. Prezes usiadł ciężko na krześle.

– Nie chodzi o pączki, Agata – powiedział cicho, co zabolało bardziej niż gdyby krzyczał. – Chodzi o zaufanie. Jeśli jesteś w stanie kłamać i fabrykować rzeczywistość w tak błahej sprawie, tylko po to, żeby dobrze wypaść... Jak mam ci powierzyć projekt, w którym błąd kosztuje firmę miliony? Jak mam wierzyć w twoje raporty?

To był koniec. Wiedziałam to ja, wiedziała to Paulina, wiedzieli wszyscy w sali. Wyszłam stamtąd bez słowa. Zostawiłam pączki na stole. Słyszałam za sobą szmer rozmów, ale nie odróżniałam już słów.

Resztę dnia spędziłam przy biurku, próbując udawać, że pracuję, ale czułam na sobie wzrok każdego współpracownika. Plotki w korporacji rozchodzą się błyskawicznie. W ciągu godziny wszyscy wiedzieli o „aferze pączkowej”. Słyszałam chichoty w kuchni. Widziałam, jak ludzie wskazują na mnie palcami, gdy szłam do toalety. „To ta od dyskontowych smakołyków” – szeptali.

Najgorsze było to, że Paulina przyszła do mnie później. Nie, żeby się naśmiewać. Przyszła z prawdziwym pączkiem z rzemieślniczej piekarni.

– Kupiłam rano kilka dodatkowych, na wszelki wypadek, bo wiem, że masz dużo na głowie i mogłaś zapomnieć – powiedziała, kładąc go na moim biurku. – Miałam ci go dać przed spotkaniem, ale... spóźniłaś się, a potem weszłaś z tymi pudełkami, więc myślałam, że ogarnęłaś.

To był ostateczny cios. Jej perfekcja kontra moja improwizowana katastrofa. Jej przewidywalność kontra moje kłamstwo.

Moja reputacja legła w gruzach

Teraz siedzę w domu. Jest wieczór. Awans dostała Paulina – ogłoszono to mailowo godzinę temu. Oficjalny powód: „wyjątkowe umiejętności organizacyjne i etyka pracy”. A ja? Ja zostałam wezwana na rozmowę dyscyplinarną w poniedziałek. Nie wiem, czy mnie zwolnią, ale wiem jedno – moja reputacja w tej firmie leży w gruzach, oblepiona tanim lukrem i kłamstwem.

Patrzę na pączka, którego dała mi Paulina. Wciąż leży nieruszony. Nie mam ochoty na słodycze. Mam mdłości na samą myśl o cukrze. Tłusty czwartek miał być dniem radości, a stał się dniem, w którym zrozumiałam, że droga na skróty prowadzi donikąd.

Chciałam być sprytna. Chciałam być zaradna. A wyszłam na tanią podróbkę – dokładnie taką, jak te pączki, które próbowałam sprzedać jako luksusowy towar. Jeśli jeszcze kiedyś będę miała ochotę skłamać w pracy, żeby zatuszować błąd – nie zrobię tego. Prawda i tak wyjdzie na jaw, a smak wstydu jest znacznie gorszy niż przyznanie się do porażki. I zostaje w ustach znacznie dłużej niż najgorsza marmolada.

Agata, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama