„Zamiast francuskich perfum na walentynki dostałam od męża tulipany z dyskontu. Naszą miłość wycenił na 9,99 zł”
„Zaczęłam szukać po mieszkaniu, rozglądać się nerwowo, czy gdzieś nie leży małe pudełeczko albo papierowa torba z perfumerii. Nic. Z każdą minutą coraz wyraźniej czułam, jak narasta we mnie irytacja. Przecież ja naprawdę zasłużyłam na coś więcej niż zwykły bukiet tulipanów”.

- Redakcja
Walentynki zawsze były dla mnie czymś szczególnym. Nawet jeśli w pracy zdarzały się ciężkie dni, a pogoda za oknem raczej zniechęcała do świętowania, ten jeden dzień w roku potrafił wywołać uśmiech. Od początku naszego związku Paweł potrafił mnie zaskoczyć – raz biletem na koncert, innym razem romantyczną kolacją poza miastem. Dlatego przez lata nauczyłam się, że Walentynki to czas, kiedy mogę spodziewać się czegoś wyjątkowego.
Im dłużej byliśmy razem, tym bardziej rosły moje oczekiwania. Zwłaszcza, że koleżanki z pracy wracały do domu z nowymi perfumami, kolczykami czy voucherami na wyjazd do SPA. Kiedy więc zbliżał się ten dzień, nie mogłam się powstrzymać przed przeglądaniem sklepów internetowych i delikatnym naprowadzaniem męża na to, o czym marzę. W tym roku naprawdę wierzyłam, że dostanę coś więcej niż tylko kwiaty. Chciałam poczuć się wyjątkowa, nie tylko jak kolejna żona z naręczem kwiatów.
Moje oczekiwania rosły
Od początku lutego nie umiałam myśleć o niczym innym niż o zbliżających się walentynkach. Co chwilę widziałam reklamy drogich zapachów i błyszczących kolczyków. W pracy koleżanki otwarcie mówiły, co chcą dostać – Iwona przebąkiwała o najnowszym flakonie z luksusowej perfumerii, a Renata o bransoletce z grawerem. Ja też nie byłam gorsza. Przez ostatnie tygodnie niby mimochodem opowiadałam Pawłowi, że kończą mi się perfumy i pokazywałam w telefonie zdjęcia biżuterii, która od dawna mi się podobała.
– Zobacz, jak ładnie się mieni, prawda? – mówiłam mu pewnego wieczoru, wyciągając telefon spod poduszki.
– No, ładne – mruknął, nie odrywając wzroku od telewizora.
– I w promocji. Może kiedyś...
Naprawdę wierzyłam, że zrozumie aluzje. Mój mąż zawsze potrafił być uważny, a ja czułam, że zasługuję na coś więcej niż tylko kwiaty kupione na szybko w supermarkecie. Wyobrażałam sobie wieczór pełen niespodzianek, czułych słów. Marzyłam o małym, eleganckim pudełeczku. Niby wiedziałam, że nie zawsze w życiu jest jak w filmach, ale przecież raz w roku każda kobieta chce się poczuć doceniona. Z każdym dniem moje oczekiwania rosły, a serce podpowiadało, że w tym roku walentynki będą inne, lepsze.
Narastała we mnie irytacja
Kiedy w końcu nadszedł ten dzień, od rana byłam podekscytowana. W pracy ledwo mogłam się skupić, bo co chwilę wyobrażałam sobie, jak wracam wieczorem do domu, a na stole czeka na mnie jakaś niespodzianka. Koleżanki już od południa chwaliły się prezentami – jedna dostała złoty naszyjnik, druga voucher do SPA. Miałam w głowie dokładnie to samo: wrócę do domu, a Paweł mnie czymś zaskoczy, przecież to oczywiste.
Weszłam do mieszkania, a w powietrzu czuć było tylko zapach obiadu. Zajrzałam do salonu – na stole leżał bukiet czerwonych tulipanów, owinięty w plastik z najbliższej kwiaciarni. Żadnej koperty, żadnej torebki. Tylko kwiaty i cichy głos Pawła:
– Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedział, wyciągając w moją stronę te nieszczęsne tulipany.
Stałam przez chwilę w miejscu, próbując się uśmiechnąć. Przez głowę przebiegały mi kolejne myśli – może jeszcze coś schował, może czeka na odpowiedni moment. Zaczęłam szukać po mieszkaniu, rozglądać się nerwowo, czy gdzieś nie leży małe pudełeczko albo papierowa torba z perfumerii. Nic. Z każdą minutą coraz wyraźniej czułam, jak narasta we mnie irytacja. Przecież ja naprawdę zasłużyłam na coś więcej niż zwykły bukiet tulipanów!
Przepełniała mnie złość
Nie potrafiłam już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku. Tulipany wyglądały pięknie, pachniały intensywnie, ale w moich oczach były tylko symbolem rozczarowania. Stawiając bukiet na stole, poczułam, jak wszystko we mnie buzowało. Paweł patrzył na mnie zdziwiony, nie rozumiejąc jeszcze, co się dzieje.
– I to wszystko? – rzuciłam w końcu, z ledwo ukrywaną pretensją w głosie.
– Przecież... są kwiaty, tak jak zawsze – odpowiedział ostrożnie, chyba już wyczuwając burzę.
– Wiesz, że koleżanki dostają na walentynki coś więcej niż kwiaty? Perfumy, biżuterię, bilet do SPA... Ty naprawdę myślałeś, że bukiet wystarczy? – wybuchłam nagle.
Paweł otworzył szeroko oczy.
– Przecież mówiłaś kiedyś, że lubisz tulipany.
– Lubiłam! Dziesięć lat temu! – odparłam, czując jak łzy wściekłości napływają mi do oczu.
Cisza rozlała się po całym mieszkaniu. Mąż patrzył na mnie, jakby pierwszy raz mnie widział. Widziałam, jak próbuje coś wymyślić, zareagować, ale tylko rozłożył ręce i spuścił głowę. Ja natomiast coraz bardziej nakręcałam się własną złością, myśląc o tym, ile razy po cichu marzyłam, żeby dostać coś, czego pragnę. Coś naprawdę wartościowego. W tamtej chwili nawet nie chciałam tych kwiatów dotykać.
Czułam się rozczarowana
Wieczór, zamiast być świętem miłości, zamienił się w milczenie i narastający chłód. Zamiast romantycznej kolacji siedzieliśmy przy stole w zupełnie obojętnej ciszy. Paweł nawet nie próbował mnie przytulić, tylko bezgłośnie jadł swoją porcję, od czasu do czasu zerkając na mnie ukradkiem. Próbował coś powiedzieć, ale chyba czuł, że każde słowo może tylko pogorszyć sytuację.
Wpatrywałam się w te tulipany, jakby miały mi dać odpowiedź, co właściwie poszło nie tak. Czułam się pusta, rozczarowana, a z drugiej strony było mi wstyd, że tak bardzo dałam się ponieść swoim oczekiwaniom. W głowie słyszałam głosy koleżanek, porównywałam siebie do nich, do ich związków, prezentów. Nagle wszystko wydawało się jałowe, jakby nasze małżeństwo stało się przewidywalne i pozbawione iskry.
Paweł w końcu wstał od stołu i bez słowa poszedł do sypialni. Zostałam sama w kuchni z talerzem, którego nawet nie ruszyłam. Czułam, że nie potrafię już nawet się rozpłakać. Te tulipany – zamiast cieszyć, zraniły mnie bardziej niż gdyby nie było ich wcale. Byłam przekonana, że tak wygląda początek końca, bo przecież kiedy dwie osoby nie potrafią się już porozumieć, coś w nich gaśnie. I wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy nie oczekuję od życia za dużo.
Musiałam być z nim szczera
Całą noc przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. W mojej głowie kłębiły się myśli – czy naprawdę wszystko sprowadza się do prezentów? Czy to ze mną jest coś nie tak, że aż tak mnie to zraniło? Rano atmosfera była jeszcze bardziej napięta. Paweł wyszedł do pracy bez słowa, a ja poczułam dziwną pustkę. Chciałam, żeby wrócił i wszystko się zmieniło, żebym nagle poczuła się kochana i zrozumiana. Wiedziałam jednak, że to nierealne bez rozmowy.
Po południu, gdy wrócił, długo kręciłam się po mieszkaniu, zanim odważyłam się wejść do salonu. On siedział na kanapie, przeglądał wiadomości na telefonie, jakby nic się nie stało. W końcu usiadłam obok niego, jeszcze niepewna, czy chcę się kłócić, czy płakać.
– Paweł, ja tylko chciałam poczuć się ważna – zaczęłam cicho, łamiącym się głosem.
– Wiem – odpowiedział bez entuzjazmu.
Przez chwilę oboje milczeliśmy, a potem wylałam z siebie wszystko: o moich oczekiwaniach, o tym, jak bardzo zabolało mnie to, że nie poczułam się w walentynki wyjątkowo. On słuchał w milczeniu, a potem tylko westchnął.
– Przepraszam. Nie wiedziałem, że to dla ciebie aż tak ważne – powiedział w końcu. – Myślałem, że wystarczy być, a nie kupować kolejne rzeczy.
Czułam żal w sercu
Siedzieliśmy długo w ciszy, każde z nas pogrążone we własnych myślach. Z jednej strony czułam się winna, że tak bardzo przywiązałam wagę do materialnych rzeczy, a z drugiej było mi żal, że mój mąż nie zrozumiał, jak bardzo pragnęłam poczuć się wyjątkowa. Może rzeczywiście nasze małżeństwo ugrzęzło gdzieś pomiędzy rutyną a przyzwyczajeniem, a może po prostu zabrakło nam szczerości w codziennych rozmowach.
Paweł próbował mnie objąć, ale ja nadal czułam w sercu żal. Przez kolejne dni unikaliśmy trudnych tematów, każde z nas zamknięte w swoim świecie. Patrząc na więdnące tulipany w wazonie, zrozumiałam, że nie o kwiaty tu chodziło, tylko o to, że w pewnym momencie przestaliśmy się dla siebie starać. Może powinnam wybaczyć, może przymknąć oko na ten jeden raz, ale zamiast tego odsunęłam się od niego jeszcze bardziej.
Z czasem zaczęliśmy rozmawiać – już nie o prezentach, ale o tym, czego naprawdę potrzebujemy. Okazało się, że nie zawsze umiemy odczytać swoje pragnienia. I nawet jeśli walentynki zostawiły po sobie gorzki posmak, to była to lekcja – że w miłości nie wystarczą gesty bez zrozumienia i szczerości.
Beata, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W szufladzie starego kredensu znalazłam testament dziadka. Nie mogłam uwierzyć w to, co kryła tajemnicza koperta”
- „Liczyłam na romantyczne walentynki z mężem, a spędziłam je w garażu teścia. Nie wiem, czy kiedyś to sobie wybaczę”
- „Zgodziłam się zawieźć babcię do notariusza, bo chciała spisać testament. Dała mi coś, czego nie kupię za pieniądze”

