„Marzłam na stacji, bo pociąg miał opóźnienie. Dobrze, że znalazł się ktoś, kto rozgrzał chociaż moje serce”
„Ludzie wokół nas zaczęli przeklinać, jeden mężczyzna rzucił plecakiem o ziemię. Kobieta obok mnie złapała się za głowę i zaczęła rozmawiać przez telefon, nerwowo masując skroń. Ja stałam w miejscu, jakbym właśnie usłyszała coś zupełnie nieistotnego. Zamiast paniki, którą powinnam poczuć, bo przecież nie miałam gdzie nocować, ani planu B, poczułam tylko pustkę”.

Wieczór. Luty. Temperatura spada do minus osiemnastu. Stoję na stacji kolejowej w Zakopanem, owinięta szalikiem tak mocno, że ledwie mogę ruszyć głową. Mimo to czuję, jak mróz wdziera mi się pod kurtkę, ścina palce u stóp i ślizga się po kręgosłupie. Z głośników dobiega trzask, po czym suchy głos zapowiada kolejne opóźnienie pociągu do Krakowa. Już ponad dwie godziny.
Wokół mnie ludzie mruczą, narzekają, przeklinają pod nosem. Nikt nie patrzy sobie w oczy. Każdy ma dość.
— I to ma być państwowy transport?! — warczy ktoś.
— Dobrze, że chociaż nie pada — odpowiada mu kobieta w czerwonej czapce. — Jeszcze tylko śniegu tu brakuje…
Ściskam termos. Jedyna ciepła rzecz, jaką mam przy sobie. W środku herbata z maliną — robiłam ją rano w schronisku. Pachnie jak dom, jak coś znajomego, jak... mama. Łzy cisną mi się do oczu, ale nie płaczę. Już nie. Wypłakałam się w górach. W pustym pokoju z widokiem na zaśnieżone szczyty. Po rozstaniu, które przyszło bez ostrzeżenia, zostawiając po sobie jedynie lukę w klatce piersiowej.
— Ej… Masz tam coś gorącego? — słyszę męski głos.
Odwracam się. Facet w ciemnym polarze patrzy na mnie z uśmiechem. Ma rumiane policzki i oddech zamieniający się w parę.
— Bo jeśli tak, to może się podzielisz?
Patrzę na niego bez słowa. Nie wiem, czy chcę rozmawiać. Ale termos trzymam już w jego stronę.
Spojrzał na mnie kątem oka
Nie wiem, dlaczego się zgodziłam. Może naprawdę przez ten mróz, może dlatego, że od kilku dni nie odezwałam się do nikogo więcej niż do pani w sklepie z serkiem. Może przez jego spojrzenie — nie było nachalne, tylko... zwyczajne. Normalne. Jakbyśmy się znali, a on tylko przypomniał mi, że zamarzam z termosikiem. Usiedliśmy razem na drewnianej ławce pod wiatą. Miał koc. Wyciągnął go z plecaka i zarzucił na nasze kolana. Pachniał dymem i mrozem. Mój termos krążył z ręki do ręki.
— Dobra herbata — powiedział i zaciągnął się zapachem. — Z maliną?
Kiwnęłam głową. Nie chciało mi się tłumaczyć, że zapomniałam dodać cukru.
— Marek jestem. Z Warszawy. Wracam po tygodniu łażenia po śniegu.
— Basia — odpowiedziałam. — Też wracam.
Spojrzał na mnie kątem oka.
— Też ucieczka?
Wzruszyłam ramionami. Miał rację, ale nie musiał tego mówić głośno.
— Chyba tak. A ty?
— Uciekałem przed ludźmi, a teraz wracam między ludzi. Głupie, nie?
Zaśmiałam się cicho.
— Ja uciekłam przed jednym człowiekiem. Ale jakby wziąć pod uwagę, że przez niego miałam wszystkiego dosyć, to też chyba przed wszystkimi.
— No to mamy remis.
Siedzieliśmy w ciszy. Przechodził obok konduktor z latarką, ktoś przy peronie wrzasnął, że mu nogi odpadną od czekania. Marek podał mi termos z powrotem i oparł się o ścianę wiaty.
— Czasem sobie myślę, że trzeba zrobić coś głupiego, żeby coś zrozumieć. Samotny wyjazd w góry w środku zimy to chyba się kwalifikuje?
— Jak najbardziej.
Uśmiechnął się. Ja też. I pierwszy raz od dawna nie czułam się jak ktoś, kto musi udawać, że sobie radzi.
Nie zadał więcej pytań
Głośnik zaskrzypiał i znów rozległ się ten sam głos. Informował, że pociąg do Krakowa został odwołany z powodu awarii sieci trakcyjnej. Ludzie wokół nas zaczęli przeklinać, jeden mężczyzna rzucił plecakiem o ziemię. Kobieta obok mnie złapała się za głowę i zaczęła rozmawiać przez telefon, nerwowo masując skroń. Ja stałam w miejscu, jakbym właśnie usłyszała coś zupełnie nieistotnego. Zamiast paniki, którą powinnam poczuć, bo przecież nie miałam gdzie nocować, ani planu B, poczułam tylko pustkę.
— No to pięknie — mruknęłam.
Marek spojrzał na mnie z boku.
— Masz jakiś nocleg?
— Nie. Miałam mieć pociąg.
Nie zadał więcej pytań. Po prostu podniósł się, otrzepał spodnie i powiedział:
— Chodź, idziemy się ogrzać. Pensjonat jest jakieś pięć minut stąd. Mają kominek. Nawet jeśli nie zostaniemy na noc, to przynajmniej się rozgrzejemy.
Wahałam się. Nie znałam go. Był obcy. Ale w tej chwili cała reszta świata też była mi obca, a on przynajmniej podał mi ciepłą herbatę i nie zadawał zbyt wielu pytań. Skinęłam głową.
W pensjonacie pachniało drewnem i czymś słodkim. Może ciastem. Kominek trzaskał cicho w kącie, a za oknem śnieg osiadał na szybie. Usiadłam w fotelu, a Marek zamówił dwie herbaty.
— Nie jesteś jedyną osobą, która ucieka w góry przed życiem — powiedział po chwili, kiedy wrócił i usiadł naprzeciwko.
— Może właśnie dlatego tu się spotkaliśmy — odpowiedziałam.
Popatrzył na mnie tak, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale milczał. I dobrze. Nie potrzebowałam kolejnej opowieści o tym, jak bardzo komuś się nie ułożyło. Potrzebowałam obecności. Kogoś, kto wie, jak to jest mieć wszystko i nagle nie mieć nic.
— Myślisz, że jeszcze dzisiaj ruszy jakiś pociąg?
— Wątpię — odparł. — Ale w sumie… nie szkoda. Tu jest ciepło.
Uśmiechnęłam się i pierwszy raz od dawna pomyślałam, że może jednak nie wszystko jest stracone.
Wystarczy, że tu jestem
Następnego dnia nie śpieszyliśmy się nigdzie. Obudziłam się wcześnie, ale nie chciałam wychodzić spod kołdry. Ciepło, którego nie czułam od tygodni, objęło mnie z każdej strony. Nie fizyczne — raczej to inne. Kiedy człowiek wie, że nie jest sam. Choćby tylko na chwilę. Zeszliśmy na śniadanie, usiedliśmy przy oknie. Za szybą błyszczał świeży śnieg, jakby w nocy wszystko zaczęło się od nowa. Marek zaproponował spacer w dolinę. Zgodziłam się bez wahania. Nie chciałam wracać do rzeczywistości. Tam nie czekało nic poza ciszą mieszkania i przejrzałymi mandarynkami na stole.
Szliśmy w milczeniu. Skrzypiący śnieg pod butami wypełniał przestrzeń między nami. Czasem coś mówił — że tu był kiedyś latem, że widział kozice, że kiedyś zabłądził w podobnej dolinie. A ja słuchałam i po raz pierwszy od dawna niczego nie analizowałam. Nie musiałam wiedzieć, co dalej.
Kiedy wróciliśmy do pensjonatu, przed wejściem stał właściciel. Trzymał w ręku kartkę.
— Pociąg do Krakowa odjechał przed godziną — powiedział do nas. — Był podstawiony na bocznicy.
Poczułam, że powinnam się zdenerwować. Miałam wracać. Miałam obowiązki. Egzaminy. Puste mieszkanie. Ale nic nie czułam. Spojrzałam na Marka. Patrzył na mnie z tym samym spokojem, z jakim podał mi wczoraj termos.
— Pociąg już pojechał — powiedziałam, bardziej do siebie niż do niego.
— Może i dobrze — odpowiedział. Uśmiechnął się.
Wróciliśmy do środka. Usiadłam znów w fotelu przy kominku. Herbata była gorąca, w dłoniach czułam puls. I pierwszy raz od miesięcy pomyślałam: nie muszę nigdzie jechać. Nigdzie uciekać. Wystarczy, że tu jestem. Teraz.
Wiedziałam, o czym mówi
Wieczorem znów zasiedliśmy przy kominku. Światło ognia tańczyło po ścianach, a herbata parowała w kubkach. Na zewnątrz panowała cisza, przerywana tylko odległym szczekaniem psa i szelestem wiatru. Było w tym coś dziwnie kojącego. Nikt nic od nas nie chciał, nikt niczego nie wymagał.
Siedzieliśmy w milczeniu przez dłuższą chwilę. Ja, zawinięta w koc, Marek oparty o poręcz fotela, z nogami wyciągniętymi w stronę ognia. W końcu odezwał się, jakby myślał nad tym od dawna:
— Czasem się zastanawiam, co by było, gdybyśmy się nie spotkali. Gdyby ten pociąg jednak przyjechał na czas.
— Pewnie wróciłabym do Krakowa — odpowiedziałam cicho. — Zjadłabym coś z mikrofalówki. Otworzyła laptopa. Poszła spać. I tyle.
— A rano poszła na uczelnię?
— Nie wiem. Może tak. Może nie.
Spojrzał na mnie.
— Nie planuję niczego. Po raz pierwszy od dawna. I to mi się podoba.
Pokiwałam głową. Wiedziałam, o czym mówi. Przez ostatni rok planowałam każdy dzień z wyprzedzeniem, próbując nie dopuścić do myśli, że wszystko się sypie. Że ktoś, kto obiecywał, że zostanie, odszedł tak po prostu, bez słowa wyjaśnienia. A teraz… siedziałam tu. Z kimś, kogo znałam od doby, a kto wiedział o mnie więcej, niż tamten chłopak przez cały nasz związek.
— Nie wiem, co dalej — powiedziałam w końcu.
— Możemy jeszcze trochę poczekać. Nigdzie się nie spieszymy — odpowiedział spokojnie.
I ta jego odpowiedź rozlała się we mnie jak ciepło. Nie musiałam już nic udawać. Nie musiałam się spieszyć.
Nie potrzebowaliśmy więcej słów
Obudziłam się wcześnie. Pokój był cichy, a przez firankę wpadało blade światło. Podniosłam się powoli i usiadłam na łóżku. Było coś dziwnie lekkiego w tej chwili — jakby świat przestał mnie gonić. Wsunęłam stopy w kapcie, podeszłam do okna i odsunęłam firankę. Śnieg wciąż leżał równą warstwą na dachach, a niebo miało kolor rozcieńczonego mleka. Drzewa na wzgórzu stały bez ruchu. Cisza. Bez telewizora, bez powiadomień, bez ludzi pytających, co teraz, co dalej.
Kiedy zeszłam na dół, Marek już siedział przy stoliku z dwoma filiżankami kawy. Uśmiechnął się lekko i podsunął jedną w moją stronę.
— Myślałem, że może jeszcze jeden dzień.
Usiadłam naprzeciwko i wzięłam łyk. Czarna, gorzka, ale dobra.
— Może — odpowiedziałam.
Nie potrzebowaliśmy więcej słów. Nikt nie nalegał. Nikt nie robił planów. Marek wyjął z kieszeni kurtki mapę, rozłożył ją na stole i palcem pokazał ścieżkę przez las, która kończyła się przy jakimś starym młynie.
— Podobno tam jest dobry rosół. I kominek. Możemy pójść. Albo nie.
Popatrzyłam na niego i kiwnęłam głową. Nie miałam nic przeciwko. Nie chciałam myśleć, czy zostaniemy tydzień, czy wrócimy jutro. W tamtej chwili wiedziałam tylko jedno – można po prostu być. Razem. Bez wyjaśnień, bez oczekiwań.
Świat się nie zawalił
Nie wiem, co będzie dalej. Nie umiem przewidzieć, czy Marek zostanie w moim życiu na dłużej, czy wrócimy do swoich miast, opowiadając potem znajomym o dziwnej znajomości ze stacji w górach. Może jeszcze się spotkamy. A może nie. Może to wszystko było tylko przystankiem — chwilą, w której dwoje obcych ludzi zatrzymało się w tym samym miejscu i czasie, żeby złapać oddech.
Nie szukałam wielkiej historii. Nie planowałam niczego. Po prostu chciałam uciec od siebie, od wspomnień, od pustki, która przez ostatnie miesiące rozlewała się we mnie jak cień. A potem ktoś usiadł obok mnie na ławce. Podał mi herbatę. Rozłożył koc. I nie musiał nic mówić — wystarczyło, że był. Pociąg, na który czekałam, odjechał beze mnie. Nawet nie zauważyłam, kiedy. I nie było w tym żadnej straty. Świat się nie zawalił. Zamiast powrotu do zimnego mieszkania miałam śnieg skrzypiący pod butami, rozmowę przy kominku, spacer bez celu. I Marka, który nie chciał ode mnie nic, oprócz obecności.
Może to wszystko potrwa tylko kilka dni. Może znikniemy z życia drugiego tak samo cicho, jak się w nim pojawiliśmy. Ale zostanie coś więcej niż wspomnienie. Zostanie ten spokój, który poczułam pierwszy raz od bardzo dawna. Nie zdążyliśmy na pociąg, ale może właśnie dlatego ja w końcu ruszyłam z miejsca.
Basia, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż ma 2 oblicza i nigdy nie wiem, czym mnie zaskoczy. Raz jest cudownym gentelmanem, kiedy indziej skończonym gburem”
- „Kolejny Dzień Babci znów spędzam sama w kapciach przed telewizorem. Niedługo całkiem zapomnę, jak wygląda mój wnuk”
- „W Dzień Babci dowiedziałam się, że wnuki się mnie wstydzą, bo nie udaję nastolatki. Obejdę się bez ich łaski i badyli”

