Reklama

Czułam, że w małżeństwie córki źle się dzieje, ale odsuwałam te myśli od siebie. Kiedy ponad 40 lat temu wychodziłam za Czesława, byłam pewna, że to będzie ten jedyny. Życie zweryfikowało moje przekonanie, bo po 28 latach małżeństwa mój mąż zmarł. Ku mojemu zaskoczeniu rok później poznałam mężczyznę, za którego wyszłam za mąż i jeszcze przez kolejnych osiem lat cieszyłam się życiem rodzinnym, wspólnymi wyjazdami, czułością...

Ale choć ani z pierwszym ani z drugim mężem nie było idealnie i czasem się kłóciliśmy, nie wyobrażałam sobie rozwodu. To nie wchodziło w grę. Uważam, że jeśli komuś przysięgało się przed Bogiem dozgonną miłość, to trzeba tej obietnicy dotrzymać, choćby nie wiem co. Wydawało mi się, że takie wartości przekazałam mojej córce, a przede wszystkim, że byłam dla niej wzorem.

Majka wyszła za mąż

Lubię Jędrzeja, bo jest zaradny, pracowity, zawsze chętny do pomocy, zawsze pamięta o kwiatach na Dzień Kobiet... Dobrze wychowuje też mojego wnuka Tomka, a przecież z nastolatkiem nie zawsze łatwo jest się porozumieć.

Cieszyłam się, że córka z zięciem potrafili stworzyć kochającą się rodzinę, że dobrze im się powodzi. Wybudowali dom, jeździli na wakacje, uprawiali sporty... Majka zresztą stale trenuje. Kiedyś pływała zawodowo, a teraz jest nauczycielką wychowania fizycznego i prowadzi w szkole sportowej kółko pływackie. Osiągnęła już nawet ze swoimi młodymi zawodnikami pierwsze sukcesy.

Od pewnego czasu podejrzewałam jednak, że moja córka realizuje się kosztem rodziny. Nie dopytywałam zbytnio, ale wydawało mi się dziwne, że z jednej szkoły biegła do drugiej, gdzie ma dodatkowy etat, a wieczorami jeszcze sama chodziła na basen. Po drodze zdarzało jej się też wpadać do mnie. Po śmierci drugiego męża mieszkam sama, więc bardzo się cieszyłam, że mam z kim porozmawiać, dla kogo coś ugotować.

Miałam swoje podejrzenia

Miałam wrażenie, że Majce się po prostu nie chce wracać do domu. Pewnego razu zdarzyło się coś, co niemal upewniło mnie, że w małżeństwie mojej córki źle się dzieje. Akurat był u mnie Jędrzej, kiedy zadzwoniła moja koleżanka z zaproszeniem na następny dzień do teatru.

Zgodziłam się chętnie, ale zaraz sobie przypomniałam, że miałam zaopiekować się Tomkiem. Powiedziałam więc Jędrzejowi, że muszę zmienić plany. Byłam pewna, że ta wiadomość dotrze do córki. Jakież było moje zdziwienie, kiedy ledwie zasiadłam z koleżanką na widowni, rozdzwonił się mój telefon.

To była Majka.

– Co z tobą, mamo? – pytała zdenerwowana. – Zapomniałaś, że miałaś zostać dziś wieczorem z Tomkiem.

– Córeczko, przecież Jędrzej wiedział, że wychodzę do teatru – zaczęłam się tłumaczyć. – Nie powiedział ci?

– Nie, ale mogłaś mnie uprzedzić – akcent na słowo „mnie” był bardzo wyraźny.

„Oni chyba ze sobą nie rozmawiają” – pomyślałam wtedy. „Biedni, tacy zabiegani” – litowałam się, ale wciąż chyba nie chciałam dopuścić do siebie prawdy.

Mijały kolejne miesiące, moja córka nie skarżyła się ani na swoje życie, ani na męża. A ja tak bardzo chciałam wierzyć, że wszystko między nimi jest dobrze i nawet jeśli mieli jakiś kryzys, to na pewno chwilowy, więc na wszelki wypadek o nic jej nie pytałam. Myślę, że nawet jeśli wtedy były jakieś symptomy, że ich małżeństwo zmierza w niewłaściwym kierunku, ja nie chciałam ich zauważać.

Przyjaciółka mogła mieć rację

Krysię znam od prawie pięćdziesięciu lat. To bardzo miła, pogodna i zawsze życzliwa mi kobieta. Jak co roku odwiedziła mnie w imieniny, a ja podjęłam ją obiadem.

Przyszła też Majka z Jędrkiem i Tomkiem. Atmosfera była bardzo przyjemna. A gdy moja córka i jej chłopaki wyszli, siedziałyśmy jeszcze z Krysią przy kieliszeczku nalewki i wymieniałyśmy wrażenia. I wtedy właśnie pokłóciłyśmy się po raz pierwszy od pięćdziesięciu lat. A to dlatego, że moja przyjaciółka miała odwagę zauważyć to, o czym ja bałam się nawet pomyśleć.

– Lidka, oni się rozwiodą – powiedziała w pewnym momencie Krysia na temat mojej córki i jej męża.

– Co? – oburzyłam się. – Ty chyba zwariowałaś, to najlepsza, najbardziej kochająca się para ludzi, jakich znam. Rozwód, nigdy! – podniosłam głos.

– Kobieto, otwórz oczy – Krysia jak zawsze była szczera. – Oni w ogóle ze sobą nie rozmawiają, nawet na siebie nie patrzą, to nie jest normalne.

Nie wytrzymałam:

– Jesteś zazdrosna, bo twoja Kaśka nigdy nawet narzeczonego nie miała – wygarnęłam przyjaciółce.

Tego z kolei Krysia nie wytrzymała. Wyszła i do dziś się do mnie nie odzywa. Najgorsze jest jednak to, że słowa Krysi zaczęły się sprawdzać.

Córka była uparta

Wieczorem przy kieliszku nalewki pękła i powiedziała, że ma zamiar się rozwieść, bo mąż ją ogranicza.

– Ciągle tylko słucham jego narzekań, że za mało bywam w domu – mówiła.

Zdobyłam się na szczerość:

– Dziecko, ale ciebie przecież rzeczywiście ciągle nie ma, twoi chłopcy mogą się czuć zaniedbywani. Może zrezygnuj z jednego etatu – zaproponowałam.

– Co? A dlaczego mam z czegoś rezygnować? – wykrzyknęła. – Jak mój mąż chce mieć codziennie dwudaniowy obiad, to niech się nauczy gotować, albo niech wraca do rodziców, tam dostanie wszystko pod nos. U nas miało być partnerstwo i...

– Spokojnie – przerwałam jej. – A może powinniście więcej czasu spędzać tylko we dwoje. My z twoim ojcem wędrowaliśmy po górach, pływaliśmy kajakiem, chodziliśmy na potańcówki – rozmarzyłam się na te wspomnienia.

Majka była już chyba jednak zdecydowana, bo żadne argumenty do niej nie trafiały. Coś czuję, że to jednak skończy się rozwodem, ale w tej sytuacji wcale nie żal mi córki. Żal mi zięcia.

Lidka, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama