Reklama

Cisza po rozwodzie miała smak poranków bez pośpiechu i wieczorów, w których nikt na mnie nie czekał. Nauczyłam się tej ciszy, oswoiłam ją jak stały element dnia. Praca porządkowała tygodnie, a rozmowy z córką wypełniały wolne miejsca. Myślałam, że tak właśnie wygląda spokój. Nie przypuszczałam, że jedno spotkanie sprawi, iż ten porządek zacznie mnie uwierać, a ja sama zacznę się bać słów, które wcześniej brzmiały niewinnie.

Poznaliśmy się w sanatorium

Po rozwodzie każdy krok niósł się echem, zegar w kuchni tykał zbyt głośno, a wieczorami łapałam się na tym, że włączam radio tylko po to, żeby ktoś mówił. Rano wstawałam wcześnie, parzyłam kawę w tym samym kubku i patrzyłam przez okno na ludzi, którzy gdzieś się spieszyli. Ja nigdzie nie musiałam. I to było jednocześnie ulgą i ciężarem.

Ireneusza poznałam zupełnie zwyczajnie w sanatorium. Bez żadnych znaków, bez przeczucia, że coś się zmieni. Podszedł i zapytał, czy napiję się herbaty. Nasze spotkania nie miały w sobie nic z pośpiechu. Spacerowaliśmy po bocznych ulicach, siadaliśmy na ławkach, które omijały rodziny z dziećmi. Rozmawialiśmy o drobiazgach, o książkach, o tym, co nas drażni i co męczy. Ireneusz potrafił słuchać w sposób, który onieśmielał. Nie przerywał, nie poprawiał, nie dawał rad.

– Dobrze, że mówisz – powiedział kiedyś, gdy urwałam w pół zdania.

– Co takiego?

– To, co zwykle ukrywasz.

Zawstydziłam się wtedy bardziej, niż chciałam przyznać. Nikt od dawna nie mówił do mnie w ten sposób. A jednocześnie gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że to wszystko dzieje się jakby obok mojego życia. Jakby nie miało prawa istnieć w pełnym świetle.

Nie mówiłam o nim nikomu. Nawet sobie samej długo nie pozwalałam nazwać tego, co się między nami rodziło po powrocie z sanatorium. Mieszkaliśmy w jednym mieście i mogliśmy kontynunować naszą znajomość. Gdy wracałam do domu po spotkaniu, zdejmowałam płaszcz wolniej, jakbym chciała zatrzymać ten stan na dłużej. A potem siadałam w ciszy i zastanawiałam się, dlaczego coś, co daje mi tyle spokoju, budzi we mnie niepokój. Jakby radość po latach była czymś niestosownym, na co nie do końca zasługuję.

Córka ciągle mnie potrzebowała

Kalina dzwoniła często. Zawsze „na chwilę”, a rozmowy kończyły się po godzinie. Znałam już ten rytm, odkładałam wszystko i siadałam na kanapie, jakby to było nasze stałe miejsce spotkań.

– Mamo, jesteś? – zapytała pewnego wieczoru, a ja po głosie poznałam, że znów jest rozbita.

– Jestem. Co się stało?

– Sama nie wiem… Wszystko naraz. Studia, ludzie, to ciągłe udawanie, że jest okej.

Słuchałam, przytakując, wtrącając krótkie „rozumiem” i „to minie”, choć sama nie byłam tego pewna. Kalina potrzebowała mnie całej, bez reszty. Zawsze tak było. Po rozwodzie jeszcze bardziej.

– Dobrze, że mam ciebie – powiedziała nagle. – Nie wiem, co by było, gdybyś miała teraz jakieś… swoje życie.

Zamilkłam.

– Dlaczego tak mówisz? – zapytałam ostrożnie.

– Bo rodzina powinna trzymać się razem. Po tym wszystkim, co było z tatą… – urwała. – Chyba nie wyobrażam sobie, żebyś teraz z kimś była.

Te słowa nie zabrzmiały jak zarzut. Raczej jak stwierdzenie faktu. A jednak poczułam, jak coś we mnie się kurczy.

– Każdy ma prawo do swojego świata – powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do niej.

– Może. Ale dorośli często myślą tylko o sobie – odparła. – A potem dzieci muszą to wszystko dźwigać.

Po rozmowie długo siedziałam bez ruchu. Telefon leżał obok, a ja wpatrywałam się w ciemne okno. Myśli zaczęły układać się w oskarżenia, których nikt nie wypowiedział wprost. Przypomniałam sobie, jak Ireneusz śmiał się dzień wcześniej, opowiadając o drobnym niepowodzeniu, i jak bardzo chciałam wtedy oprzeć głowę na jego ramieniu.

Tego wieczoru nie napisałam do niego. Po raz pierwszy poczułam, że moja bliskość z nim ma swoją cenę. I że być może to ja będę musiała ją zapłacić.

Próbowałam się zdystansować

Zaczęłam od drobiazgów. Nie odbierałam od razu. Odpisywałam po kilku godzinach, krócej niż zwykle. Kiedy Ireneusz proponował spotkanie, mówiłam, że jestem zmęczona albo że mam coś pilnego do załatwienia. To nie były kłamstwa, raczej wygodne półprawdy.

– Coś się dzieje? – zapytał w końcu, gdy spotkaliśmy się po dłuższej przerwie.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie w małej kawiarni, tej samej, do której kiedyś wchodziliśmy bez zastanowienia. Teraz czułam napięcie w ramionach.

– Nic konkretnego – odpowiedziałam zbyt szybko. – Po prostu ostatnio wszystko mnie przerasta.

Przyglądał mi się uważnie, jakby próbował odczytać coś między słowami.

– Renata, ja czuję, że jesteś myślami gdzieś indziej – powiedział spokojnie. – I nie wiem, czy mam o to pytać.

Spuściłam wzrok.

Nie chcę cię wciągać w swoje sprawy – wymamrotałam.

– A ja nie chcę być trzymany na dystans – odparł. – Jeśli to dla ciebie za dużo, powiedz.

To „powiedz” zawisło między nami. Chciałam wtedy krzyknąć, że się boję. Że każdy krok w jego stronę oddala mnie od córki, od roli, którą grałam przez lata. Zamiast tego tylko skinęłam głową.

– Muszę to sobie poukładać – powiedziałam w końcu.

Po powrocie do domu wzięłam do ręki zdjęcie Kaliny sprzed kilku lat. Uśmiechała się szeroko, trzymając mnie pod ramię. Pomyślałam, że bycie dobrą matką zawsze oznaczało dla mnie rezygnację. Z Ireneuszem zaczęło mnie boleć to, co wcześniej było oczywiste.

Każda wspólna chwila z nim zamieniała się w wyrzut sumienia. Jego troska, jego cierpliwość, wszystko to zaczęło mnie przygniatać. Zamiast ciepła czułam ciężar. I wiedziałam, że długo tak nie wytrzymam.

Miałam mętlik w głowie

Im bardziej odsuwałam się od Ireneusza, tym częściej wracały wspomnienia, które wydawały się dawno zamknięte. Wojciech pojawiał się w nich nie jako konkretny człowiek, ale jako ciąg decyzji, w których mnie było coraz mniej. „Dla dobra domu”, „żeby było spokojnie”, „bo tak trzeba” – te zdania brzmiały znajomo aż do bólu.

Pamiętałam wieczory, kiedy rezygnowałam z własnych planów, bo on był zmęczony. Rozmowy, których nie podejmowałam, żeby nie prowokować napięcia. Zawsze tłumaczyłam sobie, że robię to dla rodziny, dla Kaliny. Teraz widziałam wyraźnie, że ten mechanizm wrócił, tylko w innej formie.

– Czemu jesteś taka nieobecna? – zapytała mnie Kalina podczas jednej z wizyt.

– Jestem – odpowiedziałam automatycznie.

– Ciałem może tak – westchnęła. – Ale myślami ciągle gdzie indziej.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam okazać. Uświadomiłam sobie, że niezależnie od tego, co zrobię, ktoś i tak poczuje brak. A ja odruchowo wybierałam to, co znałam najlepiej – bycie tą, która się dostosowuje.

Wieczorami siadałam sama w kuchni i analizowałam każde zdanie Ireneusza z ostatnich tygodni. Jego cierpliwość, jego milczenie. Wiedziałam, że on czeka, ale ja coraz wyraźniej czułam, że nie mam w sobie odwagi, by zawalczyć. Nie o niego nawet, tylko o siebie.

Bałam się, że jeśli postawię na własne uczucia, zostanę uznana za egoistkę. A to słowo było dla mnie cięższe niż samotność. W ciszy mieszkania dojrzewała decyzja, której jeszcze nie chciałam nazwać. Ale już wiedziałam, w którą stronę zmierzam. I że tym razem znów zapłacę sobą.

Podjęłam decyzję

Zdecydowałam się na spokojną rozmowę, bo tylko na taką było mnie stać. Spotkaliśmy się w miejscu, które wcześniej kojarzyło mi się z ulgą. Teraz czułam, jakby powietrze było gęstsze.

– Chciałaś porozmawiać – powiedział Ireneusz, siadając naprzeciwko. – Domyślam się, o czym.

Pokiwałam głową. Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu.

– To nie jest dobry moment – zaczęłam w końcu. – Mam inne priorytety. Sprawy rodzinne.

– A ja? – zapytał cicho. – Byłem w ogóle czymś więcej niż przelotną znajomością?

Zabolało mnie to pytanie, ale nie zaprzeczyłam.

– Byłeś… ważny – odpowiedziałam. – Właśnie dlatego muszę to zakończyć.

Nie próbował mnie przekonywać. Skinął tylko głową, jakby od dawna wiedział.

– Szkoda – powiedział. – Myślałem, że dorośli mają jeszcze prawo do własnego szczęścia.

Pożegnaliśmy się bez dramatów. Bez podniesionych głosów. A jednak czułam, jakby coś we mnie pękło. Wracając do domu, nie płakałam. Płacz przyszedł później, już w ciszy, tej samej, którą znałam tak dobrze.

Relacja z Kaliną uspokoiła się. Dzwoniła, śmiała się, planowała przyszłość. Ja znów byłam dostępna, obecna, przewidywalna. Dokładnie taka, jakiej potrzebowała. Tylko że wieczorami coraz częściej zadawałam sobie pytanie, czy miłość naprawdę musi oznaczać egoizm. I czy fakt, że czegoś pragnęłam, naprawdę czynił mnie kimś, kto powinien się wstydzić. Do dziś nie wiem, czy cena, którą za to zapłaciłam, była właściwa.

Renata, 60 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama