Reklama

Czasami mam wrażenie, że świat zwęził się do tych czterdziestu paru metrów kwadratowych, w których mieszkam. Kuchnia, pokój, łazienka. Okno na podwórko, gdzie sąsiedzi wieszają pranie i palą papierosy, jakby nic się nie zmieniało od trzydziestu lat. Tylko ja się zmieniłam. Albo raczej — zostałam w tyle.

Każdy dzień zaczyna się tak samo

Budzę się wcześnie, choć nie muszę. Dawniej wstawałam do pracy, później do szkoły Tomka, jeszcze później, żeby zdążyć na autobus. Teraz budzę się, bo cisza jest głośniejsza niż budzik. Wstawiam wodę na herbatę, bez cukru — oszczędzam. Siadam przy stole i liczę w głowie, ile jeszcze mogę wytrzymać, zanim znów trzeba będzie coś sprzedać albo pożyczyć.

Tomek był całym moim życiem. Naprawdę. Kiedy Stanisław znikał na dni, a potem na zawsze, to ja byłam matką i ojcem. Ja pilnowałam zeszytów, ja brałam nadgodziny, ja mówiłam, że „jakoś damy radę”, choć w środku pękałam. Myślałam, że to się kiedyś zwróci. Telefon leżał na stole, ekranem do dołu. Bałam się na niego patrzeć.

Zadzwoniła sąsiadka, pani Ela z drugiego piętra. Zawsze dzwoni, kiedy jej się nudzi.

– Aniu, wszystko w porządku? Jakoś cię nie widać – zaczęła tym swoim troskliwym tonem.

– W porządku – skłamałam automatycznie.

– Słuchaj… ja mogę ci pożyczyć parę złotych. Do pierwszego. Wiesz, nie ma problemu.

Ścisnęło mnie w gardle.

– Nie trzeba – odpowiedziałam szybciej, niż pomyślałam. – Mam syna. Nie chcę brać od obcych.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

– No tak… syn – powiedziała cicho. – Jak uważasz, Aniu.

Odłożyłam telefon i poczułam wstyd. I dumę. I strach. Wszystko naraz. Wtedy jeszcze myślałam, że jeśli zadzwonię do Tomka, to… no właśnie. Że mnie uratuje.

Liczyłam na wsparcie

Trzymałam telefon go w dłoni i patrzyłam na imię syna, jakby to był wyrok, a nie zapisany kontakt. „Tomek”. Mój Tomek. Ten sam, którego kiedyś nosiłam na rękach po nocach, gdy miał gorączkę i bał się spać sam. Zadzwoniłam.

– No? – odezwał się po kilku sygnałach. Bez „cześć”, bez „co słychać”.

– Tomek… to ja – zaczęłam głupio, jakby mógł mnie nie poznać. – Ja tylko na chwilę.

– Mamo, jestem w pracy. O co chodzi?

Przełknęłam ślinę.

– Synku… ja… nie mam na chleb. Dosłownie. Brakuje mi pieniędzy na życie do końca tygodnia.

Po drugiej stronie zapadła cisza, krótka, ale lodowata.

– Mamo… – westchnął. – Ja nie jestem twoim bankomatem.

Te słowa uderzyły mnie w brzuch.

– Ja nie proszę o luksusy – wyszeptałam. – Tylko o pomoc. Przecież zawsze…

– Zawsze co? – przerwał. – Zawsze mnie stawiałaś w roli tego, który ma ratować sytuację. Może czas się ogarnąć?

Zamknęłam oczy. Zobaczyłam go małego, w za krótkiej kurtce, gdy mówiłam w sklepie: „Buty kupimy następnym razem”.

– Tomek, ja oddałam ci wszystko…

– I właśnie dlatego mam dość tego poczucia winy – odpowiedział chłodno. – Muszę kończyć.

Rozłączył się. Siedziałam z telefonem przy uchu, słysząc tylko sygnał zakończonego połączenia. Ręce mi drżały. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że nie mam już syna.

Zawsze broniłam syna

Do kościoła poszłam nie dlatego, że byłam szczególnie pobożna. Poszłam, bo tam zawsze ktoś patrzył. Nie na mnie konkretnie, ale w moją stronę. Jakby sam fakt, że istnieję, miał jeszcze jakieś znaczenie. Usiadłam w ostatniej ławce, dłonie złożone na kolanach, plecy wyprostowane.

Zamiast nich wracał Stanisław. Jego chwiejny krok, trzask drzwi. Tomek skulony w kącie pokoju, a ja przed nim, jak tarcza.

– Idź spać, synku – szeptałam. – Tata jest zmęczony.

Kłamałam. Zawsze kłamałam, żeby on mógł mieć choć odrobinę normalności.

Po mszy podeszła do mnie Iwona. Zatrzymałam się, bo nie miałam siły uciekać.

– Pani Anno… – zaczęła niepewnie. – Dawno się nie widziałyśmy.

– Iwonka – uśmiechnęłam się krzywo. – Jak się masz?

Stałyśmy pod kościołem, ludzie mijali nas bokiem.

– Słyszałam, że… że u pani ciężko – powiedziała cicho. – Tomek się zmienił. Nie wiem, co się z nim dzieje.

– Może to ja się zmieniłam – odpowiedziałam. – Może już nie potrafię być nikomu potrzebna.

Iwona spojrzała na mnie ze współczuciem, ale i z dystansem. Jak na kogoś, kogo już nie dotyczy ta historia.

Pani była dobrą matką – powiedziała na pożegnanie. – Naprawdę.

Zostałam sama. I pierwszy raz pomyślałam coś strasznego: że może bycie dobrą matką nie wystarcza na całe życie.

To mnie bolało

Nie spałam tej nocy ani minuty. Leżałam na plecach i patrzyłam w sufit, jakby miał mi coś wytłumaczyć. Zegar tykał głośniej niż zwykle. Każde tyknięcie było jak wyrzut: jeszcze jedna minuta twojego życia minęła, Anno.

Wzięłam telefon. Była druga czterdzieści. Napisałam do Tomka i skasowałam. Napisałam drugi raz. Też skasowałam. W końcu palce zaczęły pisać same.

„Nie chcę pieniędzy. Chcę tylko wiedzieć, co zrobiłam, że mnie tak traktujesz.”

Wysłałam. Serce waliło mi jak oszalałe. Patrzyłam w ekran, aż oczy zaczęły piec. Nic. Ani „przeczytano”, ani odpowiedzi.

Przypomniałam sobie, jak kiedyś mówił:

– Mamo, jak coś się stanie, zawsze do ciebie zadzwonię.

Teraz to ja dzwoniłam. I byłam nikim.

Złość zaczęła we mnie kipieć. Może wstydzi się mnie? Może jestem dla niego ciężarem? Może opowiada o mnie komuś jak o problemie?

Zadzwoniłam i nagrałam wiadomość głosową, bo włączyła się poczta.

– Tomek… – głos mi się załamał. – Czuję się jak śmieć. Jak coś, co trzeba schować pod dywan, żeby nie przeszkadzało. Nie jestem dla ciebie matką, tylko kłopotem. Jeśli mnie nienawidzisz, powiedz mi to wprost. Boli, ale przynajmniej będę wiedziała za co.

Telefon znów zamilkł. Leżałam w ciemności i pierwszy raz dopuściłam do siebie myśl, że mój syn już dawno zniknął z mojego życia. Tylko zapomniał mi to powiedzieć.

Syn ma swoje życie

Wstałam wcześnie, zanim jeszcze zdążyłam się rozmyślić. Wyjęłam z portfela ostatnie banknoty i długo na nie patrzyłam, jakby miały mnie powstrzymać. Nie powstrzymały. Kupiłam bilet autobusowy i usiadłam przy oknie. Jechałam do Tomka jak do kogoś obcego, a jednocześnie jedynego, kto jeszcze mógł mnie uratować.

Autobus trząsł się na dziurach, a ja liczyłam przystanki. Serce biło mi szybciej z każdym kolejnym. Kiedy wysiadłam, nogi miałam jak z waty. Znałam tę ulicę. Tę klatkę. To nie było obce miejsce. A jednak czułam się, jakbym stała pod cudzym domem.

Nie zadzwoniłam. Stanęłam tylko pod blokiem i spojrzałam w górę. W jednym z okien paliło się światło. Zobaczyłam sylwetki. Tomek siedział przy stole. Obok niego kobieta. Śmiała się. Dotknęła jego ramienia. A on… uśmiechał się tak, jak kiedyś do mnie.

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

– Nie teraz – wyszeptałam do siebie. – Już nie.

Odwróciłam się i ruszyłam w stronę przystanku. Po drodze spotkałam bezdomnego. Siedział na kartonie, skulony, z twarzą schowaną w kołnierzu.

– Zimno dzisiaj – powiedział, bardziej do siebie niż do mnie.

Zatrzymałam się. Wyjęłam z torby bułkę, którą kupiłam na później.

– Zimno wszędzie – odpowiedziałam cicho. – Nie tylko na dworze.

Wziął ją bez słowa. Ja ruszyłam dalej, lżejsza o jedzenie i cięższa o prawdę. Że nie mam już do kogo pukać.

Nie mam już złudzeń

Odkąd wróciłam spod bloku Tomka, wszystko robiłam na autopilocie. Nalałam sobie zupy, która wystygła zanim ruszyłam łyżką. Myśli kotłowały się. Już nie płakałam. Byłam za bardzo zmęczona.

Wieczorem, gdy w oknach powoli gasło światło, zadzwoniła do drzwi pani Ela z drugiego piętra. Ta sama, która zawsze zagaduje, przynosi gazety, czasem pożycza jajka. Stała w progu, z kubkiem herbaty w dłoniach.

Aniu, mogę wejść na chwilę?

Kiwnęłam głową. Nie miałam siły się sprzeciwiać.

Usiadła naprzeciwko mnie, spojrzała ciepło.

– Jakoś tak cicho u ciebie… Coś się stało?

Zawahałam się, ale nie wytrzymałam.

– Wiesz, Elu… Chyba już nie mam nikogo. Tomek… On już mnie nie potrzebuje. A ja… – głos mi zadrżał – ja muszę się nauczyć żyć sama. Nie mam już nikogo, kto mi poda rękę, nawet własny syn. Nawet nie wiem, kiedy tak się stało. Zawsze wierzyłam, że jak jest źle, to chociaż on…

Pani Ela położyła dłoń na mojej.

– Wiem, kochana. Ale czasem trzeba polegać tylko na sobie. Takie życie… Ja też się tego musiałam nauczyć. I czasem wcale nie jest łatwo. Ale człowiek się nie rozsypuje tak łatwo, jak myśli. Zobaczysz.

Patrzyłam na nią i pierwszy raz poczułam, jak ogromny jest ten ciężar. Bo nie umiałam już być silna. I nie umiałam już nikomu powiedzieć, jak bardzo boli ta samotność, kiedy własne dziecko odchodzi, jakby nigdy nie było blisko.

Siedziałyśmy tak w ciszy. Chciałam jej powiedzieć, że boję się jutra, ale milczałam. Próbowałam być dzielna.

Anna, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama