„Zaczęło mi się powodzić, więc rodzice założyli, że będę ich utrzymywać. Nie zamierzam być niczyją sponsorką”
„Adam popatrzył na mnie i uniósł brwi. Wiedziałam, że widzi, co się dzieje, ale milczał. Milczenie było lepsze niż kłótnia, wiedziałam to. Przez następne dni codziennie dzwonili z kolejnymi propozycjami — raz chodziło o naprawę telewizora, raz o kupno nowych butów dla mamy, bo starych nie wypada nosić na przyjęciach rodzinnych”.

Nie wiem, kiedy dokładnie rodzice przestali mnie traktować jak córkę, a zaczęli widzieć we mnie inwestycję. Może wtedy, gdy pokazałam im pierścionek zaręczynowy i wspomniałam, że Adam ma własną firmę i dom na Wilanowie. Do tej pory nie byliśmy rodziną, która opływała w luksusy. Dorastałam w bloku z wielkiej płyty, gdzie sąsiedzi podsłuchiwali przez ściany, a wakacje oznaczały co najwyżej działkę u cioci. Mimo to, byłam szczęśliwa. Teraz natomiast czuję się jak bankomat z emocjami, których nikt nie bierze pod uwagę. A najgorsze jest to, że kiedy odmawiam, czuję się jak zdrajczyni. Jakbym robiła coś złego, chcąc po prostu żyć po swojemu.
Zrobiło mi się głupio
— Taka ta nasza córka! — Ojciec rozsiadł się na kanapie, pokazując zdjęcie ze ślubu wszystkim znajomym, którzy akurat przyszli na imieniny mamy. — Złapała księcia!
Stałam w kuchni, mieszając sałatkę, i słyszałam każde słowo. Adam nawet nie chciał tu przyjeżdżać, ale dał się namówić. Wiedziałam, że rodzice będą się chwalić, tylko że to nie było już dumne „nasza córka tak dobrze sobie poradziła”, a raczej „nasza córka teraz nam coś załatwi”.
Po obiedzie mama podeszła do mnie i niby szeptem, ale wystarczająco głośno, żeby słyszeli inni, powiedziała:
— Słuchaj, córeczko, a może byście nas zabrali kiedyś do tej Grecji, tam, gdzie byliście w podróży poślubnej? Tak się zachwycaliście. My nigdy nie byliśmy.
— Mamo, nie wiem, czy to dobry pomysł... — zaczęłam ostrożnie.
— No co ty, przecież dla was to żaden wydatek! — prychnęła i poklepała mnie po ramieniu, jakby sprawa była już załatwiona.
Adam złapał mnie potem za rękę.
— Mówiłem ci, że tak będzie — wyszeptał.
Zrobiło mi się głupio. Jakbym ich sprzedała. Jakbym zawiodła jednych i drugich. I jakby nikt nie chciał zrozumieć, że ja nie jestem ich kartą przetargową.
Zaczęli przychodzić częściej
Zaczęli wpadać bez zapowiedzi. Najpierw kiedyś, w sobotę, akurat gdy planowaliśmy z Adamem spokojny wieczór z filmem. Przywieźli domowy rosół i dwa słoiki ogórków. Niby z dobrego serca.
— Tak pusto tu macie w tej lodówce — skomentowała mama, zaglądając bez pytania.
— Mamo, my zamawiamy jedzenie albo gotujemy na świeżo — odpowiedziałam, trochę speszona.
— No, no, światowi jesteście — rzucił ojciec z kanapy, jakby to była obelga.
Później zaczęli przychodzić częściej. Raz przyszli z listą rzeczy „do naprawy”, chociaż nikt ich o pomoc nie prosił. Innym razem przyszli z praniem: rzekomo ich pralka się popsuła. Adam patrzył na mnie z niedowierzaniem, ale nic nie mówił. Jeszcze.
Któregoś dnia, gdy wróciłam z pracy, zastałam ich siedzących przy stole. Pili herbatę z naszej porcelany i omawiali z Adamem… możliwość pożyczenia pieniędzy na nowy samochód.
— To nie była rozmowa — powiedział Adam, kiedy wyszli. — To był monolog z oczekiwaniem na zgodę.
Zrobiło mi się słabo. Nagle zrozumiałam, że oni nie przyszli nas odwiedzić. Oni przyszli po swoje. Tylko ja nie wiedziałam, że coś jestem im winna.
Jakbym zdradziła własną rodzinę
Kolejny weekend. Tym razem przyszli z „listą zakupów”. Mama rozłożyła notes na stole, Adam i ja siedzieliśmy naprzeciwko. Nie było wątpliwości — lista była dla mnie, choć oczywiście nie przyznali się wprost.
— No, córeczko, mogłabyś rzucić okiem, co tu jeszcze trzeba dokupić — powiedziała mama, machając długopisem, jakby podkreślała swoją władzę.
— Mamo, naprawdę nie musicie… — zaczęłam powoli, czując ucisk w żołądku.
— To drobiazg! — wtrącił ojciec. — Dla ciebie pewnie nie problem, przecież teraz wszystko macie!
Adam popatrzył na mnie i uniósł brwi. Wiedziałam, że widzi, co się dzieje, ale milczał. Milczenie było lepsze niż kłótnia, wiedziałam to. Przez następne dni codziennie dzwonili z kolejnymi „propozycjami” — raz chodziło o naprawę telewizora, raz o kupno nowych butów dla mamy, bo starych „nie wypada nosić na przyjęciach rodzinnych”. W końcu nie wiedziałam, czy to wizyta, czy egzamin z hojności. Z każdą kolejną prośbą czułam, że tracę grunt pod nogami. Miałam wrażenie, że nie mogę powiedzieć „nie”, bo wtedy spojrzą na mnie tak, że poczuję się winna. Jakbym zdradziła własną rodzinę, bo odmówiłam finansowego wsparcia, którego nigdy nie obiecywałam.
— To naprawdę nie musi być teraz — powiedziałam cicho podczas jednej z rozmów telefonicznych. — Naprawdę damy radę sami.
— Wiesz, córciu, to tylko dla twojego dobra! — usłyszałam w odpowiedzi, jakby ich listy i propozycje były aktem miłości, a nie oczekiwaniami, które mnie przytłaczały.
Słowa ugrzęzły mi w gardle
Pewnego popołudnia, gdy Adam wyszedł do biura, zadzwonił domofon. Spojrzałam przez wizjer — oczywiście rodzice. Wzięłam głęboki oddech i otworzyłam drzwi. Nie przynieśli prezentów, nie rzucili uprzejmego „cześć”. Stała tam mama z wyraźnym oczekiwaniem w oczach.
— Chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku — zaczęła mama, jakby mówiła do samej siebie.
— W porządku — odpowiedziałam krótko, próbując zachować spokój.
— Aha… No to dobrze. Ale wiesz, córciu, może mogłabyś zerknąć na nasze rachunki? — dodała bez skrępowania.
Poczułam napływ irytacji. Rachunki. Przez moment myślałam, że to żart. Chciałam powiedzieć „nie”, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Nagle wszystko stało się jasne: nie przyszli na wizytę ani na rodzinny obiad — przyszli po wsparcie, które rzekomo wynikało z mojego szczęścia.
— Mamo, to nie wchodzi w grę — wykrztusiłam w końcu.
— Co masz na myśli? — zdziwiła się, choć w jej oczach był cień pretensji.
— Nie jestem bankiem. Nie będę sponsorować waszego życia — powiedziałam zdecydowanie, choć serce waliło mi jak szalone.
Ojciec pojawił się za nią i od razu próbował łagodzić sytuację:
— To tylko propozycja, nic złego. — Uśmiechem próbował przykryć oczekiwania, które przecież sam nakręcał.
Spojrzałam na niego i poczułam ulgę, że przynajmniej w tej chwili Adam nie widzi mojej bezsilności. Zrozumiałam, że granica została przekroczona, że jeśli teraz się poddam, stracę siebie całkowicie.
Przytulił mnie mocno
Rodzice wyszli wtedy szybciej, niż przyszli. Mama trzasnęła drzwiami tak, że aż zatrzęsła się ramka ze zdjęciem ze ślubu. Zostałam sama w przedpokoju, z dłonią opartą o ścianę, jakbym musiała się czegoś trzymać, żeby nie osunąć się na podłogę. Kiedy Adam wrócił, zobaczył moją minę i od razu wiedział.
— Byli? — zapytał spokojnie.
— Tak. I już nie udawałam, że to tylko rodzinne odwiedziny — odpowiedziałam, a mój głos zabrzmiał obco nawet dla mnie.
Adam nie skomentował tego triumfalnie. Po prostu przytulił mnie mocno, jakby chciał mi powiedzieć, że mam prawo stawiać granice. Przez kilka dni rodzice milczeli. Nie dzwonili, nie pisali, nie wpadali „na chwilę”. Czułam ulgę, ale jednocześnie coś jak żałobę po wersji relacji, której już nie będzie. W końcu przyszła wiadomość od mamy. Długa. Przepełniona rozczarowaniem, pytaniami o to, „kim ja się stałam”, i zdaniem, które wbijało się w pamięć jak drzazga: My byśmy dla ciebie zrobili wszystko.
Patrzyłam na ekran telefonu, a w głowie miałam jedno: Może zrobiliby wszystko… pod warunkiem, że ja zrobię wszystko, czego oni oczekują. Odpisałam krótko, bez tłumaczeń: Kocham was, ale nie będę was utrzymywać.
To był mój świat
Decyzja zapadła. Od tamtego dnia kontakty z rodzicami stały się ograniczone. Czasami myślałam o tym, czy postąpiłam słusznie, czy może powinnam choć trochę ustąpić, żeby nie czuć ich gniewu i rozczarowania. Ale każda rozmowa, każde oczekiwanie, które przychodziło pod przykrywką troski, tylko przypominało mi, że moje granice są dla nich niezrozumiałe. Nie mogłam dłużej udawać, że ich zachcianki są moją odpowiedzialnością.
Adam był przy mnie nieustannie. Nie narzucał się, nie wymuszał mojej zgody ani nie krytykował mojej rodziny. Po prostu był wsparciem, które pozwalało mi oddychać. Wiedział, że w tej sytuacji miłość nie oznacza rezygnacji z własnych wartości ani życia na cudzy rachunek. Początkowe poczucie winy stopniowo ustępowało miejsca spokoju, którego nie czułam od lat.
Rodzice kontaktowali się sporadycznie. Wciąż pojawiały się krótkie wiadomości, pełne niedopowiedzeń i oczekiwań, których nie spełniłam. Czasami ignorowałam je całkowicie, czasami odpowiadałam zdawkowo, ale zawsze konsekwentnie. W końcu zrozumiałam, że moja miłość do nich nie wymaga finansowego spełniania ich potrzeb, że mogę kochać, nie będąc bankiem. Ten wybór kosztował mnie wiele emocji, ale przyniósł poczucie kontroli nad własnym życiem. Po raz pierwszy od dawna mogłam powiedzieć sobie szczerze, że żyję po swojemu i nikt nie narzuci mi, kim mam być. To był mój świat, moje decyzje i moja wolność, której nikt nie miał prawa podważać.
Olga, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przez zazdrość męża zerwałam kontakt z przyjaciółkami. To było za mało, by przestał myśleć, że go zdradzam”
- „Kuzynka pilnie potrzebowała pieniędzy na pogrzeb dziadka. Pożyczyłam jej ostatnie 5 tysięcy i nagle zniknęła bez śladu”
- „Po 5 latach nieobecności mąż stanął w moich drzwiach cały zmarznięty. Nie miałam serca go wyrzucić i to był błąd”

