Reklama

Przez lata mówiono o nas, że jesteśmy rozsądni. Dziesięć lat małżeństwa, stabilne prace, mieszkanie w starej kamienicy, które miało być tylko przystankiem, a stało się klatką. Farba odchodziła ze ścian, szafki w kuchni skrzypiały przy każdym ruchu, a między nami rosła cisza. Coraz częściej łapałam się na tym, że bardziej niż pękniętych płytek bałam się problemów między mną a Tomkiem.

To miał być nowy początek

W banku było jasno i chłodno. Pani Ilona miała na sobie idealnie skrojony żakiet i spojrzenie osoby, która już zna zakończenie rozmowy.

– Przy państwa dochodach to naprawdę bezpieczne rozwiązanie – powiedziała, przesuwając w naszą stronę wydruk. – Rata jest przewidywalna. A remont podniesie wartość mieszkania.

Patrzyłam na liczby jak na plan ratunkowy. Nowa kuchnia. Jasne ściany. Wspólne kolacje bez pośpiechu. Tomasz siedział milczący obok mnie.

A jeśli oprocentowanie wzrośnie? – zapytał w końcu.

– Wtedy możemy reagować na bieżąco – odpowiedziała Ilona spokojnie. – Proszę pamiętać, że inwestują państwo w przyszłość.

To słowo zawisło w powietrzu. Przyszłość.

W drodze do domu nie wytrzymałam.

– Możesz powiedzieć, co naprawdę myślisz? – zapytałam, gdy wsiedliśmy do samochodu.

– Myślę, że to duże zobowiązanie – odpowiedział. – I że decyzja już zapadła, zanim tu weszliśmy.

– Nieprawda. Chciałam, żebyśmy podjęli ją razem.

– Karolina, ty już widzisz tę nową kuchnię. Ja widzę głównie raty.

Zacisnęłam dłonie na torebce.

Ktoś musi w końcu zrobić krok do przodu. Nie możemy tkwić w miejscu. W tym mieszkaniu wszystko się sypie. My też.

– Remont nie naprawi tego, że od miesięcy ze sobą nie rozmawiamy – powiedział cicho.

Te słowa zabolały, bo były blisko prawdy. Ale zamiast to przyznać, odpowiedziałam:

Może zaczniemy rozmawiać, kiedy będziemy mieli o czym marzyć.

Następnego dnia wróciliśmy do banku. Pani Ilona wskazała miejsce na podpis.

To ważny moment – uśmiechnęła się.

Długopis w mojej dłoni był cięższy, niż się spodziewałam. Podpisałam pierwsza. Tomasz zawahał się ułamek sekundy, potem złożył swój podpis obok mojego.

Kiedy wyszliśmy na ulicę, padał drobny deszcz. Spojrzałam na niego z nadzieją.

– Zobaczysz, to będzie nasz nowy początek – powiedziałam.

– Oby – odpowiedział, ale w jego głosie nie było przekonania.

Tego wieczoru siedzieliśmy w naszej starej kuchni, wśród odłażącej farby i niedomykających się szuflad. Wyobrażałam sobie, jak za kilka miesięcy wszystko będzie inne. Świeże, jasne, nasze na nowo. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że podpisaliśmy coś więcej niż umowę z bankiem. Że to był test, czy jeszcze potrafimy budować razem.

Remont osłonił nie tylko ściany

Nasz wykonawca, Rafał pojawił się punktualnie o siódmej rano. Wniósł do mieszkania energię, która na chwilę przykryła nasze napięcie.

Zrobimy z tego perełkę – powiedział, rozglądając się po kuchni. – Tylko musimy zajrzeć głębiej, niż planowaliśmy.

Pierwsze uderzenia młotka brzmiały jak obietnica zmiany. Stałam w drzwiach i obserwowałam, jak odpadają stare płytki. Wyobrażałam sobie, że razem z nimi odpada to, co między nami zastygło.

Po trzech dniach Rafał zawołał mnie do kuchni.

– Proszę zobaczyć. Instalacja jest w gorszym stanie, niż myślałem. Jeśli tego nie wymienimy, za rok będzie problem.

– Ile to będzie kosztowało? – zapytałam, choć już bałam się odpowiedzi.

Około dziesięciu tysięcy więcej.

Przez chwilę słyszałam tylko własny oddech.

Wieczorem wyciągnęłam laptopa i zaczęłam aktualizować tabelę wydatków. Czerwone liczby rosły.

Musimy dołożyć – powiedziałam, gdy Tomek wyszedł z pokoju. – Inaczej to nie ma sensu.

– Karolina, to już przekracza plan – odpowiedział zmęczonym głosem. – Mieliśmy budżet.

Budżet był na papierze. Rzeczywistość wygląda inaczej.

– Właśnie o to chodzi – podniósł wzrok. – Ty reagujesz emocjami, ja liczbami. I nikt nikogo nie słucha.

Zacisnęłam usta.

Gdybyś częściej rozmawiał z Rafałem, wiedziałbyś, co się dzieje.

– A gdybyś ty pozwoliła mi podjąć choć jedną decyzję, może czułbym, że to też mój remont.

Te słowa zawisły między nami. Zdałam sobie sprawę, że kontroluję każdy przelew, każdą fakturę. Pytałam go, czy zrobił przelew, czy sprawdził umowę, czy potwierdził dostawę. On odpowiadał coraz krócej.

Kurz osiadał na parapetach i w naszych włosach. Jedliśmy w salonie przy małym stoliku, bo kuchnia była wyłączona z użytku.

Zawsze musi być tak, jak ty chcesz – powiedział któregoś wieczoru.

– Bo ty nigdy nie mówisz, czego chcesz – odpowiedziałam natychmiast.

Zorientowałam się, że używamy słów, których kiedyś unikaliśmy: „zawsze”, „nigdy”, „mam dość”.

Rafał bywał nieprzewidywalny. Raz zapewniał, że skończą przed terminem, innym razem znikał na dwa dni bez wyjaśnienia.

– Spokojnie, ogarniemy to – rzucał z uśmiechem, który przestawał mnie uspokajać.

Tomek coraz częściej zamykał się w swoim pokoju pod pretekstem pracy. Drzwi były przymknięte, jakby symbolicznie.

Pewnego popołudnia stanęłam w rozgrzebanej kuchni i poczułam, że bardziej niż rachunki boli mnie jego obojętność. Nie pytał już, jaki kolor wybrałam. Nie komentował planów. Jakby to wszystko działo się obok niego. Zrozumiałam wtedy coś niewygodnego: remont odsłaniał nie tylko stare przewody w ścianach. Odsłaniał to, że od dawna każde z nas budowało swoją osobną przestrzeń.

Po prostu nam odmówili

List z banku przyszedł w zwykłej, białej kopercie. Bez ostrzeżeń na zewnątrz, bez dramatycznych słów. Otworzyłam go przy prowizorycznym stole w salonie, między kubkiem z zimną herbatą a katalogiem z płytkami. Rata wzrosła. Kilkaset złotych więcej miesięcznie. Zawołałam męża.

– Co się stało?

Podałam mu pismo. Czytał w milczeniu, marszcząc brwi.

Mówiłem, że to ryzykowne – powiedział w końcu.

– To nie jest moment na „mówiłem” – odpowiedziałam ostro. – Musimy coś z tym zrobić.

Zadzwoniłam do konsultantki, Ilony i umówiłam się na spotkanie. Tym razem w banku nie było już tej samej uprzejmej atmosfery. Ilona nie proponowała kawy.

Sytuacja rynkowa się zmieniła – powiedziała rzeczowo. – Nie mamy obecnie możliwości wydłużenia okresu spłaty ani obniżenia raty.

– Ale przy podpisywaniu umowy mówiła pani, że w razie czego będziemy mogli negocjować – przypomniałam.

– Każdy przypadek rozpatrywany jest indywidualnie – odpowiedziała, unikając mojego wzroku.

Poczułam, jak wzbiera we mnie bezsilność.

– Czyli mamy po prostu płacić więcej i liczyć, że damy radę?

– Taka jest konstrukcja umowy.

Wyszłam stamtąd z poczuciem, że grunt usuwa mi się spod nóg. W domu czekał na mnie Tomasz.

– I co? – zapytał.

Odmowa – odpowiedziałam krótko.

Zapadła cisza. Potem wybuchnął.

Wciągnęłaś nas w coś, czego nie kontrolujemy! – powiedział podniesionym głosem. – Najpierw remont się rozrasta, teraz rata rośnie. Co dalej?

– Wciągnęłam nas? – powtórzyłam. – Podpisałeś tę umowę razem ze mną!

– Bo nie chciałem kolejnej kłótni! – wyrzucił z siebie. – Zawsze stawiasz mnie pod ścianą. Albo idę z tobą, albo jestem przeciwko tobie.

Te słowa zabolały bardziej niż decyzja banku.

Chciałam, żebyśmy coś zrobili razem – powiedziałam ciszej. – Żebyśmy mieli wspólny cel.

– A ja chciałem, żebyś zapytała mnie, czy ja w ogóle jeszcze chcę tak funkcjonować.

Zamarłam.

– Co to znaczy? – zapytałam.

– To znaczy, że od dawna czuję się bardziej twoim współpracownikiem niż mężem – odpowiedział spokojniej. – Rozmawiamy o fakturach, terminach, przelewach. Kiedy ostatnio rozmawialiśmy o nas?

Nie potrafiłam odpowiedzieć. Wieczorem usiedliśmy naprzeciw siebie. Niedokończona kuchnia przypominała pole bitwy z porozrzucanymi narzędziami.

– Może powinniśmy sprzedać to mieszkanie – powiedział nagle Tomasz.

To słowo zawisło w powietrzu ciężko i nieodwołalnie.

To byłaby porażka – wyszeptałam.

– Może większą porażką jest udawanie, że wszystko mamy pod kontrolą.

Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że remont nie naprawi tego, co psuło się latami. Każde z nas walczy już nie o związek, tylko o to, by mieć rację. Siedzieliśmy obok siebie, a jednak jakby w dwóch różnych światach.

Maskowałam wszystko remontem

Remont przeciągał się w nieskończoność. Rafał raz zapewniał, że „jeszcze dwa tygodnie”, a potem znikał na kilka dni, tłumacząc się opóźnieniami dostaw. Kuchnia była w połowie gotowa – nowe szafki stały już na swoim miejscu, ale brakowało frontów, blat opierał się na prowizorycznych podporach, a z sufitu zwisała samotna żarówka.

Tomek coraz częściej nocował u kolegi.

Tam mam ciszę i stabilne łącze – mówił, pakując laptop do plecaka.

Nie protestowałam. Zostałam sama w mieszkaniu, które miało być naszym wspólnym początkiem. Wieczorami siedziałam na podłodze w salonie i patrzyłam na świeżo pomalowaną ścianę. Była idealnie gładka. Szkoda, że między nami nic nie było już gładkie.

Któregoś dnia Tomasz wrócił wcześniej. Usiadł przy niedokończonym blacie i długo milczał.

Nie uciekam tylko przed hałasem – powiedział w końcu. – Uciekam przed tym napięciem.

– Myślisz, że ja go nie czuję? – zapytałam spokojnie.

– Może czujesz. Ale zamiast o nim mówić, planujesz kolejny krok. Kolejny sposób, żeby coś naprawić.

Usiadłam naprzeciw niego.

– Bałam się, że jeśli przestaniemy działać, to zobaczymy, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy.

– A może już to widać – odpowiedział cicho.

Nie było w tym złości. Tylko zmęczenie. Po raz pierwszy nie próbowałam go przekonać, że jeszcze damy radę. Słowo „rozwód” nie padło, ale unosiło się nad nami jak kurz, którego nie dało się już zetrzeć.

Kilka dni później Rafał zadzwonił, że potrzebuje kolejnej zaliczki, bo „wyszły nowe sprawy”. Słuchałam go i czułam, że coś we mnie się buntuje. Już nie chodziło o ściany. Chodziło o to, że wszystko wymykało się spod kontroli. A potem ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam. Mężczyzna w ciemnym płaszczu przedstawił się spokojnym, rzeczowym tonem. Przedstawił się jako komornik i podał mi dokumenty. Świat zwęził się do kartki papieru, którą trzymałam w ręku. Podpisałam potwierdzenie odbioru. Drzwi zamknęły się cicho.

Usiadłam na podłodze w korytarzu. Patrzyłam na nowe płytki, które tak starannie wybierałam. Wszystko wyglądało pięknie. Tylko że już nie było nasze. Kiedy Tomasz wrócił, podałam mu dokument bez słowa. Przeczytał i usiadł naprzeciw mnie przy niedokończonym blacie.

Czyli to już – powiedział.

– Tak.

Milczeliśmy chwilę.

Wzięłam ten kredyt, bo myślałam, że jeśli będziemy coś budować, to przestaniemy się rozpadać – wyznałam w końcu.

– A ja się zgodziłem, bo nie miałem odwagi powiedzieć, że już wtedy czułem pustkę – odpowiedział.

Spojrzeliśmy na siebie bez gniewu. Jak dwoje ludzi, którzy wreszcie przestali udawać.

Straciłam wszystko, co ważne

Decyzja o sprzedaży mieszkania zapadła szybko. Tym razem bez sporów. Ustaliliśmy cenę, podpisaliśmy umowę z pośrednikiem, zaczęliśmy pakować rzeczy do kartonów. Rozmawialiśmy rzeczowo, niemal chłodno.

Weź proszę segregatory z dokumentami – mówił Tomasz.

– Dobrze. Ja zajmę się umową z bankiem – odpowiadałam.

Podzieliliśmy zobowiązania tak, jak kiedyś dzieliliśmy obowiązki domowe. Tylko że teraz nie było już wspólnego planu.

Kiedy oddawaliśmy klucze nowym właścicielom, spojrzałam jeszcze raz na jasną kuchnię. Była dokładnie taka, jaką sobie wymarzyłam. Nowoczesna, przestronna, dopracowana w każdym detalu. I zupełnie pusta.

Wynajęłam małe mieszkanie z jednym oknem wychodzącym na podwórko. Jest skromne, ale spokojne. Spłacam swoją część długu i uczę się nie podejmować decyzji ze strachu przed samotnością. Straciłam dom i męża w tym samym czasie. Ale pierwszy raz od lat przestałam udawać, że wszystko da się wyremontować.

Karolina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama