„Zacząłem pracę zdalną i utknąłem w domu. Myślałem, że mam wszystko pod kontrolą, ale się pomyliłem”
„W ciągu dnia niby coś klikałem, coś pisałem, coś analizowałem, ale nie pamiętam, kiedy ostatni raz naprawdę mnie to obchodziło. Czułem się jak maszynka do wypełniania czasu, której nie trzeba oliwić ani naprawiać, dopóki się jakoś kręci. Wieczorem zamykałem komputer i zostawałem z uczuciem, że nic się nie wydarzyło”.

Nie od razu się sypiesz — to się dzieje powoli, prawie niezauważalnie, a ty tylko się temu przyglądasz. Biernie. Jeszcze dwa lata temu moje życie miało strukturę — nie, więcej: miało formę. Było zorganizowane i poukładane. Codziennie wstawałem o 6:30, brałem szybki prysznic, piłem kawę w ulubionym kubku z napisem „#1 Dad”i przygotowywałem kanapki dla syna. Żona siedziała z gazetą w kuchni, ja w koszuli, spodniach od garnituru i z teczką, wychodzący na tramwaj 18. Pamiętam nawet zapach jesiennych poranków: mokrych liści i papierosów sąsiada z pierwszego piętra. Pamiętam nawet to, że byłem wtedy… jakoś obecny.
Praca? Lubiłem ją. Nie kochałem, ale była jak stare małżeństwo — przewidywalna, spokojna, czasem irytująca, ale nie chciało się jej rzucać. Pomiędzy kawą a spotkaniami było życie. A potem przyszedł wirus, lockdown, biuro się zamknęło, a ja… zostałem w dresie. Nie musiałem wychodzić z domu, więc nie wychodziłem. Najpierw było miło: oszczędność czasu, żarty na Zoomie, praca z kanapy. A potem... przestałem golić się co rano, kupować nowe ubrania, dbać o to, co jem. Właściwie… przestałem dbać o cokolwiek. Znikałem — po trochu. Codziennie nieco mniej mnie było przy stole, mniej w łóżku, mniej w oczach syna.
— Kochanie, idziesz z nami do kina? — spytała mnie ostatnio Basia, moja żona, wkładając płaszcz.
— Znowu? Może następnym razem, muszę dokończyć projekt… — rzuciłem bez przekonania.
— Jasne — skwitowała chłodno i wyszła. Nawet nie zapytała, o jaki projekt chodzi.
A ja nie miałem żadnego projektu — tylko dres, który miał już lekko przetarte kolana, ale... jeszcze się trzymał.
Zostałem w ciszy
Wstawałem późno. Budzik dzwonił o ósmej, ale najczęściej go wyłączałem i przekładałem w nieskończoność. Nie miałem po co się śpieszyć. Laptop leżał obok łóżka, otwierałem go więc jeszcze zanim zdążyłem się przeciągnąć. Sprawdzałem maile, ale nic nie wymagało natychmiastowej uwagi. Wszystko mogło poczekać.
Siadałem do pracy w tym samym dresie, co dzień wcześniej. Był trochę za duży i wytarty, ale wygodny. Nie musiałem się przebierać, nie musiałem niczego udowadniać. Siedziałem przy stole, piłem zimną kawę i udawałem, że jestem zajęty. Czasem dla samego siebie. Syn przechodził obok, rzucał tylko krótkie "cześć" i znikał z piłką. Nawet nie czekał na moją odpowiedź. Zdarzyło się raz, że zapytałem, czy mogę pójść z nim na boisko.
— A czemu mnie nie zapraszasz? — odezwałem się bez przekonania, bardziej z poczucia obowiązku niż z prawdziwej chęci.
— Bo i tak byś nie poszedł — powiedział, nie patrząc mi w oczy, i wyszedł.
Zostałem w ciszy. Przez chwilę tylko wpatrywałem się w drzwi, za którymi zniknął. Może i bym nie poszedł, ale... że tak wprost? Bez żalu? Czy ja już naprawdę stałem się tylko tłem dla własnej rodziny?
Basia też jakby zniknęła. Fizycznie była obecna, ale coraz częściej wracała wieczorami, pachnąca perfumami i świeżym powietrzem. Mówiła, że spotkała się z koleżanką, że były w kinie, że spacerowały. I ja jej wierzyłem. Ale przestała pytać, czy chcę iść z nimi. Nie czekała, aż skończę. Nie sprawdzała, co robię. Byłem dla niej jak cichy domownik, który siedzi w kącie i nie przeszkadza. Po prostu jest.
W ciągu dnia niby coś klikałem, coś pisałem, coś analizowałem, ale nie pamiętam, kiedy ostatni raz naprawdę mnie to obchodziło. Czułem się jak maszynka do wypełniania czasu, której nie trzeba oliwić ani naprawiać, dopóki się jakoś kręci. Wieczorem zamykałem komputer i zostawałem z uczuciem, że nic się nie wydarzyło. Nie pozostawał żaden ślad, nie pojawiała się żadna myśl — nic, co miałoby znaczenie. Tylko kolejny dzień, który się rozlał jak ta zimna kawa i wsiąkł w kanapę.
Spojrzałem sobie w oczy
Był jeden z identycznych, nudnych i nic nieznaczących poranków. Schyliłem się po ładowarkę, która spadła pod stół. Kiedy się podniosłem, poczułem dziwne szarpnięcie w okolicy kolana. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, że materiał się rozszedł. Powstała niewielka dziura, którą jednak od razu zauważyłem. Przez moment tylko patrzyłem na nią, jakby to było coś obcego. Coś, co mnie nie dotyczy.
Nie zrobiłem nic. Nie wstałem, nie przekląłem, nie poszedłem się przebrać. Zostałem tak, z ładowarką w ręce, z jedną nogawką dresu lekko rozdartą i z uczuciem, jakbym właśnie coś przegapił. Jakby moje ciało próbowało mi coś powiedzieć, ale mówiło za cicho.
W końcu poszedłem do łazienki. Lustro na ścianie pokazywało człowieka, którego znałem tylko z rozmazanych odbić w ciemnym ekranie komputera. Włosy przyklapnięte, z kilkoma siwymi pasmami, twarz opuchnięta, skóra ziemista, jakby przez wiele miesięcy nie widziała słońca. Spojrzałem sobie w oczy. Nie było w nich nic poza zmęczeniem.
— To ja? Serio, to jestem ja? — zapytałem cicho. Głos miałem chropowaty, jakby odwykł od mówienia.
Z salonu dobiegały znajome kroki — Basia szykowała się do wyjścia. Nie czekała, aż się odezwę.
— Idę, nie czekaj z kolacją — rzuciła z przedpokoju i zamknęła za sobą drzwi.
Nie odpowiedziałem. Stałem jeszcze chwilę przy lustrze, nie wiedząc, co mam zrobić z własną twarzą, ze sobą i z tą pustką, która osiadła we mnie jak kurz. Przez resztę dnia nie potrafiłem już wrócić do pracy. Wpatrywałem się w ekran, ale nic nie klikałem. Dziura w spodniach była jak znak. Jakby coś w końcu puściło, nie tyle w materiale, co we mnie. I nagle pojawiło się coś, czego nie czułem od bardzo dawna — niepokój. Nie wiedziałem jeszcze, co z nim zrobić, ale po raz pierwszy od miesięcy coś się we mnie poruszyło.
Poczułem cokolwiek
Następnego dnia po prostu wstałem rano, włożyłem stare dżinsy, które ledwo zapiąłem, i wytartą koszulkę sprzed kilku lat. Zgoliłem zarost, spojrzałem w lustro raz jeszcze i pierwszy raz od dawna nie odwróciłem wzroku. Wyszedłem z domu. Nie miałem celu, nie zabrałem telefonu, słuchawek, w ogóle niczego. Ruszyłem przed siebie i po chwili zacząłem biec. Powoli, niezdarnie, bo nogi ciążyły, oddech rwał się już po kilkudziesięciu metrach. Mimo to nie przestawałem. Każdy krok był jak pchnięcie, jak wyrwanie się z czegoś lepkiego, co trzymało mnie w miejscu.
Minąłem sąsiada, którego od miesięcy nie widziałem.
— O, Marcin! Ty biegasz? — zawołał zaskoczony.
— Sam nie wiem… chyba tak — odpowiedziałem i uśmiechnąłem się niepewnie.
Po powrocie byłem zmęczony, spocony, zgrzany. Nie poczułem się od tego lepiej, ale poczułem cokolwiek. A to już było dużo. Nie wiedziałem, co robię, ale rozumiałem już, że jeśli nic nie zrobię, to zniknę. Zostanie po mnie tylko puste miejsce na kanapie i para dresów z dziurą na kolanie.
Bałem się, że ma rację
Biegałem codziennie — czasem dziesięć minut, czasem trzydzieści. Nie po to, żeby coś osiągnąć, ale żeby po prostu wyjść, pooddychać, zmusić ciało do ruchu. Przez pierwsze dni nic się nie zmieniało. Wracałem, pracowałem, milczałem. Ale któregoś ranka zauważyłem, że znowu się golę bez przymusu. Że jem śniadanie przy stole, nie przy laptopie. Że umyłem okna sam z siebie.
Próbowałem też mówić. Z synem rozmawialiśmy krótko — o szkole, o meczu. Patrzył na mnie ostrożnie, jakby nie ufał, że zostanę, jakby podejrzewał, że znowu zniknę. Bałem się, że ma rację.
Z Basią było trudniej. Kiedyś wszystko potrafiłem wyczytać z jej spojrzenia, a teraz... Teraz niby była obok, ale zdawała się jakby przezroczysta.
— Chciałbym… nie wiem… może pójdziemy razem na spacer? — zapytałem któregoś wieczoru.
— Zobaczę, czy mam czas — odpowiedziała bez złości, ale i bez cienia radości.
Nie naciskałem. Wyszedłem sam. Wiedziałem, że będzie trudno, ale nie sądziłem, że aż tak. Straciłem ich nie w jednej chwili — to był powolny, stopniowy proces. I teraz musiałem to równie powoli odkręcać.
Te dwa lata uleciały
Któregoś popołudnia syn wszedł do mojego pokoju bez pukania. Trzymał piłkę pod pachą, wyglądał, jakby nie wiedział, gdzie podziać wzrok.
— Tata… Kuba nie może iść na mecz. To… mogę iść z tobą? — zapytał, jakby przepraszał za samo pytanie.
— Jasne — odpowiedziałem szybciej, niż zamierzałem. Próbowałem się uśmiechnąć, ale czułem, że wyszło mi to niezgrabnie.
Na boisku prawie w ogóle do mnie nie mówił. Siedział obok, zerkając w stronę kolegów i trenera. Wydawał się spięty, jakby to był jego pierwszy raz ze mną. A przecież kiedyś chodziliśmy tu co tydzień. Po meczu ruszyliśmy powoli w stronę domu. Szuraliśmy po liściach i przez dłuższą chwilę żaden z nas nic nie mówił. Dopiero przy przejściu dla pieszych odezwał się cicho:
— Fajnie, że przyszedłeś.
— Serio? — zapytałem, bo brzmiał tak, jakby mówił coś, czego sam nie jest pewien.
— No… fajnie, ale wiesz, to już nie to samo — mruknął. — Kiedyś chodziłeś zawsze. Teraz… nie wiem, jak z tobą rozmawiać.
Zatrzymałem się na sekundę. Coś ścisnęło mnie w środku, bo... on nie miał do mnie pretensji, nie krzyczał — po prostu mówił, jak jest. Prosto, bez owijania w bawełnę, tak jak tylko dzieci potrafią, sprawiając mnóstwo bólu. I miał rację: te dwa lata uleciały, a ja uleciałem razem z nimi. Zniknąłem z jego życia bez słowa, bez pożegnania, z myślą, że wrócę jutro. Tyle że jutro nie nadeszło. Zastanawiałem się, jak długo trzeba biec, żeby to nadrobić. I czy w ogóle da się to zrobić.
Idę w dobrą stronę
Nie czekałem na żaden przełom. Nie wierzyłem w cudowne przemiany, w wielkie gesty czy nagłe olśnienia. Znałem siebie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że jeśli coś ma się zmienić, to tylko małymi krokami — po cichu, w naszej codzienności.
Dres wyrzuciłem do kosza. Nie zszyłem go, choć mógłbym — po prostu go wyniosłem i zamknąłem klapę, zanim zdążyłem się rozmyślić. Wróciłem do mieszkania i poczułem, że zrobiłem coś ważniejszego, niż na to wyglądało. Codziennie wychodziłem pobiegać, nawet jeśli było zimno, nawet jeśli padało. Nie miałem ambicji ani planu treningowego, ale miałem potrzebę. I to wystarczało.
Starałem się być obecny — nie nachalnie czy na siłę: po prostu starałem się być tam, gdzie powinienem. Odbierałem syna z treningu, pytałem Basię, czy potrzebuje czegoś ze sklepu. Nie budowałem na nowo małżeństwa w jeden weekend. Próbowałem jedynie nie znikać. Któregoś wieczoru Basia przyszła do mnie do kuchni. Stałem przy zlewie, myłem naczynia.
— Biegasz codziennie — powiedziała spokojnie, jakby nie była pewna, czy to pytanie, czy stwierdzenie.
— Staram się — przyznałem.
Skinęła tylko głową i wyszła. Nie posłała mi żadnego uśmiechu, nie zdobyła się na żaden dotyk ani obietnicę, ale pierwszy raz od wielu miesięcy poczułam, że mnie zauważyła. Chociaż przez sekundę. Nie miałem złudzeń. Naprawa wszystkiego, co się posypało, nie będzie łatwa. Mogło się nie udać. Mogło być za późno. Mogło boleć bardziej, niż przypuszczałem. Ale wiedziałem jedno: nie chciałem wracać do tamtego stanu. Do człowieka, który siedział przy stole, wpatrzony w ekran, w wyciągniętych, zniszczonych dresach.
Nie wiem, czy odzyskam rodzinę. Nie wiem, czy potrafię być znowu ojcem, mężem, kimś, kogo się potrzebuje. Na pewno jednak muszę odzyskać siebie. Bo bez siebie nie stanę na żadnym boisku, nie pójdę na żaden spacer, nie powiem żadnego ważnego zdania. Bez siebie mogę tylko być, a to za mało. I choć nie jestem bohaterem i nie mam spektakularnego finiszu, czuję, że idę w dobrą stronę. Powoli, czasem prawie niezauważalnie, ale idę.
Marcin, 43 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wyjechałam do Szczyrku, żeby spędzić trochę czasu z siostrą. Ale to szwagier umilał mi mroźne wieczory w górach”
- „Mąż na oczach całej firmy podrywał moją najlepszą przyjaciółkę. Nigdy w życiu nie wybaczę mu takiego upokorzenia”
- „Na emeryturze doskwierała mi samotność. Aż nagle pojawił się ktoś, dla kogo mogę upiec sernik i zaparzyć herbatę”

