„Zacząłem biegać dla złapania oddechu. Spotkałem kogoś, kto sprawił, że wiosna rozgościła się w moim życiu na dobre”
„Był piękny, majowy piątek. Słońce grzało już całkiem mocno, a park eksplodował zielenią i zapachem bzu. Czułem się świetnie. Nogi niosły mnie same, oddech był równy. Dobiegłem do małego placyku z fontanną, gdzie zazwyczaj kończyłem trasę i robiłem rozciąganie. Ona już tam była. Stała oparta o kamienną balustradę, próbując rozwiązać problem ze słuchawkami”.

Biegłem, żeby uciec od monotonii mojego życia, od pustego mieszkania i pracy, która przestała dawać satysfakcję. Nie mogłem dłużej patrzeć na swoją codzienność, która stała się nudna, szara i bez wyrazu. Nie wiedziałem jeszcze, że każdy krok na tej parkowej alejce zbliża mnie do rozwiązania zagadki sprzed dwudziestu pięciu lat. Czasami los daje nam drugą szansę w najmniej oczekiwanym momencie, ukrytą pod warstwą potu, zadyszki i wiosennego słońca.
Początki były koszmarne
Zawsze uważałem się za człowieka racjonalnego. Jako architekt przyzwyczajony byłem do planowania, mierzenia i przewidywania skutków. Jednak moje ciało po czterdziestce przestało współpracować z moim umysłem. Zima dała mi się we znaki bardziej niż zwykle. Długie wieczory spędzane przed monitorem komputera, projektowanie domów dla szczęśliwych rodzin, podczas gdy sam wracałem do ciszy, sprawiły, że czułem się ociężały nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.
Lustro w przedpokoju stało się moim wrogiem. Widziałem w nim zmęczonego faceta z poszarzałą cerą i kilkoma kilogramami nadbagażu, których nie było tam jeszcze rok temu. Decyzja o bieganiu nie była nagłym impulsem — raczej aktem desperacji. Musiałem coś zmienić, zanim zastygnę w tej formie na zawsze.
Początki były koszmarne. Pamiętam ten pierwszy marcowy poranek. Powietrze było jeszcze ostre, gryzące w gardło. Założyłem stare dresy, które pamiętały jeszcze czasy studenckie, i wyszedłem do pobliskiego parku. Po trzystu metrach myślałem, że wyzionę ducha. Płuca paliły, łydki protestowały, a w głowie kołatała myśl: po co ci to, wracaj na kanapę. Ale nie wróciłem. Jakiś dziwny upór, może ten sam, który kazał mi kończyć trudne projekty, pchał mnie do przodu.
Z każdym kolejnym tygodniem było odrobinę lżej. Park, który dotychczas mijałem samochodem w drodze do biura, stał się moim azylem. Zacząłem dostrzegać detale, na które wcześniej byłem ślepy. Pąki na drzewach, które z dnia na dzień stawały się większe, starszego pana karmiącego kaczki o stałej porze i światło zmieniające się wraz z nadejściem prawdziwej wiosny. Wtedy też, w tym nowym rytmie mojego życia, pojawiła się ona.
Tylko przelotne spojrzenie
Mijałem ją niemal codziennie. Zawsze biegła w przeciwnym kierunku, jakbyśmy byli wskazówkami zegara, które muszą się spotkać w określonym punkcie tarczy. Była drobna, zawsze ubrana w jasnobłękitną kurtkę, a jej włosy, spięte w luźny kucyk, podskakiwały rytmicznie przy każdym kroku. Początkowo nie zwracałem na nią większej uwagi. Skupiałem się na tym, by nie potknąć się o własne nogi i utrzymać w miarę równe tempo. Ale ludzki umysł lubi schematy. Po dwóch tygodniach jej obecność stała się dla mnie wyznacznikiem treningu. Jeśli jej nie widziałem, czułem dziwny niepokój, jakbym zapomniał kluczy do domu.
Nasza relacja, o ile można to tak nazwać, ewoluowała powoli. Najpierw było to tylko przelotne spojrzenie. Potem, gdy kondycja pozwoliła mi podnieść wzrok znad asfaltu, pojawił się nieśmiały uśmiech. Taki, jaki wymieniają między sobą ludzie połączeni wspólną męką wysiłku fizycznego. W końcu doszliśmy do etapu skinienia głową i cichego dzień dobry rzucanego w biegu.
W międzyczasie moje życie zawodowe przechodziło mały kryzys. Projektowałem właśnie osiedle domków jednorodzinnych na obrzeżach miasta. Inwestor naciskał na nowoczesność, szkło i beton, a ja czułem, że tym budynkom brakuje duszy. Siedziałem nad planami do późna, kreśląc linie, które wydawały mi się martwe. Jedyną odskocznią były te poranne wyjścia. Zauważyłem, że podczas biegu przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły. To tam, w parku, wymyśliłem, jak wpleść zieleń w surowe bryły budynków, by nadać im ludzki wymiar. I chyba podświadomie czułem, że ta kobieta w błękitnej kurtce jest częścią tej inspiracji. Była stałym elementem krajobrazu, symbolem regularności i wytrwałości, której mi brakowało.
Wyglądała na lekko zirytowaną
Był piękny, majowy piątek. Słońce grzało już całkiem mocno, a park eksplodował zielenią i zapachem bzu. Czułem się świetnie. Nogi niosły mnie same, oddech był równy. Dobiegłem do małego placyku z fontanną, gdzie zazwyczaj kończyłem trasę i robiłem rozciąganie. Ona już tam była. Stała oparta o kamienną balustradę, próbując rozwiązać problem ze słuchawkami. Kabel zaplątał się jej wokół nadgarstka i bidonu. Wyglądała na lekko zirytowaną, ale i rozbawioną własną niezdarnością.
— Technologia bywa złośliwa, zwłaszcza gdy brakuje tchu — powiedziałem, podchodząc bliżej. To było pierwsze zdanie, jakie do niej wypowiedziałem, nie licząc powitań.
Spojrzała na mnie, mrużąc oczy przed słońcem. Jej twarz była zarumieniona od wysiłku, a na czole perliły się kropelki potu.
— O tak — zaśmiała się, a ten dźwięk uderzył we mnie z siłą, której się nie spodziewałem. Był niski, gardłowy, dziwnie znajomy. — Próbuję włączyć nową playlistę, ale telefon uznał, że dzisiaj biegamy w ciszy.
— Cisza w tym parku nie jest taka zła – zauważyłem, opierając się obok. — Słychać ptaki, zamiast miejskiego szumu.
— Masz rację. Czasami za bardzo chcemy zagłuszyć własne myśli — odpowiedziała, w końcu uwalniając rękę z plątaniny kabli.
Spojrzałem jej prosto w oczy. Były brązowe, z takimi charakterystycznymi, złotymi plamkami wokół źrenic. Przez ułamek sekundy poczułem dziwne deja vu. Jakbym znał ten układ plamek, jakbym widział te oczy w zupełnie innym kontekście, w innym życiu.
— Jestem Tomek. — Wyciągnąłem rękę, czując się trochę jak nastolatek.
— Alicja. — Uścisnęła moją dłoń. Jej uścisk był pewny, mocny.
Alicja. To imię zawisło w powietrzu między nami. W mojej głowie zaczęły przeskakiwać trybiki, ale na razie nic konkretnego się nie układało. Po prostu miła kobieta z parku.
— Może w nagrodę za walkę z technologią i udany trening skusisz się na kawę? — zapytałem. — Tuż za rogiem, przy wyjściu z parku, otworzyli nową kawiarnię. Mają świetne espresso, a ja po bieganiu potrzebuję kofeiny, żeby wrócić do świata żywych.
Zabrzmiało to naturalnie, bez podtekstów. Po prostu dwójka biegaczy.
— Wiesz co? Chętnie — odparła po chwili wahania. — Ale ostrzegam, wyglądam jak po maratonie.
— Uwierz mi, ja wyglądam gorzej — zaśmiałem się.
Jej oczy się rozszerzyły
Kawiarnia była mała, przytulna i pachniała świeżo mielonym ziarnem. Usiedliśmy przy stoliku w rogu, wciąż w sportowych ciuchach, co nikogo tutaj nie dziwiło. Kiedy kelner przyniósł nasze zamówienie, Alicja zdjęła z głowy opaskę i potrząsnęła włosami. Jeden niesforny kosmyk opadł jej na policzek, a ona odgarnęła go za ucho gestem tak charakterystycznym, że aż wstrzymałem oddech.
Nagle obrazy w mojej głowie zaczęły nabierać ostrości. Liceum. Korytarz na drugim piętrze. Wycieczka w góry w drugiej klasie. Dziewczyna, która siedziała dwie ławki przede mną na historii. Alicja. Ala.
— Czekaj — powiedziałem powoli, czując, jak serce zaczyna mi bić szybciej, ale nie z powodu kofeiny. — Czy ty chodziłaś do liceum imienia Mickiewicza?
Zastygła z filiżanką w połowie drogi do ust. Jej brwi uniosły się w zdziwieniu, a potem powoli zmarszczyły w skupieniu. Przyglądała mi się uważnie, badając moją twarz, szukając w niej śladów chłopaka sprzed lat.
— Tak... — powiedziała niepewnie. — Klasa humanistyczna. Matura dziewięćdziesiąty ósmy.
— A ja byłem w mat-fizie — dokończyłem za nią. — Tomek. Ten, który zawsze nosił za dużą kurtkę dżinsową i rysował karykatury nauczycieli w zeszytach.
Jej oczy się rozszerzyły. Filiżanka z brzękiem wylądowała na spodku.
— Tomek... — wyszeptała. – Tomek G.? Boże, to ty?
— We własnej osobie. Tylko trochę starszy i bez tej dżinsowej kurtki. — Uśmiechnąłem się, choć w środku czułem totalny chaos.
Znaliśmy się. Oczywiście, że się znaliśmy. To nie była zwykła znajomość. Przez całą trzecią i czwartą klasę krążyliśmy wokół siebie jak satelity. Byliśmy parą na studniówce. Pamiętam ten wieczór jakby to było wczoraj. Jej granatowa sukienka, moja niezdarna próba tańczenia poloneza. Byliśmy nierozłączni przez ostatnie lato przed studiami. A potem... potem wszystko się rozpadło.
— Nie wierzę. — Pokręciła głową. — Mijałam cię w parku od dwóch miesięcy i nie poznałam.
— Ja ciebie też nie — przyznałem. — Ludzie się zmieniają. Ale ten gest... poprawianie włosów. To zostało.
Zapadła cisza. Nie była niezręczna — raczej pełna niewypowiedzianych pytań. Wiedziałem, o czym myśli, bo myślałem o tym samym. Dlaczego nasz kontakt się urwał? Dlaczego po tamtym lecie staliśmy się dla siebie obcy?
To był ten moment
— Pamiętasz tamten sierpień? — zapytała cicho, patrząc w fusy na dnie filiżanki. — Ostatni biwak nad jeziorem.
— Pamiętam — odparłem. — Miałaś wyjechać na medycynę do Krakowa. Ja składałem papiery na architekturę w Gdańsku.
— Mieliśmy się spotkać dzień przed moim wyjazdem. Czekałam na ciebie na dworcu, żeby się pożegnać. Żeby... ustalić, co z nami będzie.
Poczułem ukłucie w żołądku. To był ten moment. Czarna dziura w mojej pamięci, którą przez lata wypełniałem żalem.
— Nie przyszedłem — powiedziałem ciężko. — Wiem.
— Dlaczego? — W jej głosie nie było pretensji, tylko czysta ciekawość. Ciekawość, która dojrzewała przez ponad dwadzieścia lat. — Myślałam, że po prostu ci nie zależało. Że to była letnia przygoda, a studia to nowe życie, w którym nie ma dla mnie miejsca. Przez pierwszy rok w Krakowie co tydzień sprawdzałam skrzynkę na listy, licząc, że może coś napiszesz. Potem przestałam.
Spojrzałem na nią z niedowierzaniem.
— Żartujesz? Ala, ja... ja byłem przekonany, że wyjechałaś wcześniej z Pawłem.
— Z Pawłem? Z tym wysokim z klasy sportowej? — Zaśmiała się gorzko. — On tylko podwiózł mnie i moje walizki na pociąg, bo mojemu tacie zepsuł się samochód.
— Widziałem was — przerwałem jej, czując, jak absurdalność tej sytuacji dociera do mnie z całą mocą. — Przyszedłem na dworzec. Byłem spóźniony dziesięć minut, bo uciekł mi autobus. Wbiegłem na peron i zobaczyłem, jak on cię przytula przy wejściu do wagonu. Wyglądaliście na tak bliskich... A potem ktoś ze znajomych powiedział mi, że ponoć kręciliście ze sobą od dawna. Pomyślałem, że jestem naiwnym idiotą. Odwróciłem się i wyszedłem. Nie chciałem robić scen.
Alicja patrzyła na mnie z otwartymi ustami. W jej oczach zaczęły szklić się łzy.
— Paweł mnie pocieszał, bo płakałam — powiedziała cicho. — Płakałam, bo ciebie nie było. Myślałam, że mnie olałeś.
Siedzieliśmy w tej kawiarni, otoczeni gwarem rozmów innych ludzi, a nad naszym stolikiem unosił się ciężar dwudziestu pięciu lat straconych przez jedno głupie niedopowiedzenie, przez jedną niesprawdzoną plotkę i młodzieńczą dumę, która nie pozwoliła mi zadzwonić i zapytać.
— Ile razy o tobie myślałem... — zacząłem, ale głos mi się załamał. — Projektując domy, często zastanawiałem się, w jakim ty mieszkasz. Czy jesteś szczęśliwa. Czy masz kogoś, kto robi ci herbatę z miodem, kiedy jesteś przeziębiona.
— Jestem po rozwodzie — powiedziała wprost. — Od trzech lat. Mam córkę, która właśnie poszła na studia. A ty?
— Ja... byłem w długim związku, ale to nie wyszło. Praca pochłonęła mnie całkowicie. Ostatnio czułem się jak wrak. Dlatego zacząłem biegać. Żeby poczuć, że jeszcze żyję.
— I spotkałeś mnie. — Uśmiechnęła się, tym razem ciepło, bez cienia goryczy.
— I spotkałem ciebie.
Życie bywa przewrotne
Rozmawialiśmy jeszcze przez dwie godziny. O wszystkim i o niczym. O tym, jak potoczyły się nasze kariery — ona została pediatrą, co idealnie pasowało do jej opiekuńczej natury. O rodzicach, o starych znajomych, o tym, jak zmieniło się miasto. Kelnerka dwa razy pytała, czy chcemy coś jeszcze zamówić, a my braliśmy kolejne herbaty, byle tylko nie przerywać tej rozmowy. Okazało się, że mieszka dwa osiedla dalej ode mnie. Że też lubi włoską kuchnię i nienawidzi horrorów. Że też czuła w życiu pewną pustkę, której nie potrafiła nazwać.
Gdy wychodziliśmy z kawiarni, słońce chyliło się już ku zachodowi. Powietrze było ciepłe, zapowiadało zbliżające się lato.
— Wiesz co? — odezwała się Alicja, gdy staliśmy przed lokalem. — Żałuję tych lat. Żałuję, że nie miałam odwagi zadzwonić i zapytać cię wtedy wprost, dlaczego nie przyszedłeś.
— Ja też żałuję, że uwierzyłem w to, co zobaczyłem, zamiast zaufać tobie — przyznałem. — Ale wiesz, co mówią architekci? Że nie da się zbudować solidnego domu na starych, spękanych fundamentach. Czasami trzeba zacząć od nowa, na nowym gruncie.
Spojrzała na mnie z błyskiem w oku.
— Więc to jest nasz nowy grunt? Parkowa alejka i kawa po bieganiu?
— Brzmi jak całkiem niezły plan zagospodarowania przestrzeni — odpowiedziałem.
Umówiliśmy się na bieganie następnego dnia. I następnego. Nasze treningi przestały być ucieczką od rzeczywistości, a stały się jej najjaśniejszym punktem. Kondycja, którą tak bardzo chciałem poprawić, stała się tylko efektem ubocznym. Najważniejsze było to, że odzyskałem przyjaciółkę. A może nawet coś więcej. Wróciłem do domu i po raz pierwszy od miesięcy nie włączyłem komputera. Wyjąłem z szafy stare pudełko ze zdjęciami. Znalazłem to jedno, ze studniówki. Chłopak w za dużym garniturze i dziewczyna w granatowej sukience. Patrzyli w obiektyw z nadzieją. Wtedy nie wiedzieli, jak kręte będą ich drogi.
Teraz, patrząc na to zdjęcie, nie czułem już nostalgii ani żalu. Czułem spokój. Los zabrał nam młodość, ale dał nam dojrzałość, byśmy potrafili docenić to, co odnaleźliśmy. Nie da się cofnąć czasu, nie da się wymazać błędów. Ale można biec dalej, tym razem nie uciekając, ale goniąc to, co naprawdę ważne. Mój brat, który za miesiąc bierze ślub, zapytał mnie ostatnio, czy przyjdę z osobą towarzyszącą. Jeszcze miesiąc temu zaśmiałbym się gorzko i powiedział, że moją osobą towarzyszącą jest praca. Dzisiaj, myśląc o jutrzejszym poranku w parku, uśmiechnąłem się tylko do słuchawki.
— Wiesz co, Piotrek? Jeszcze nie wiem. Ale chyba jest szansa, że kogoś przyprowadzę. Kogoś, kogo właściwie znasz z opowieści.
Życie bywa przewrotne. Czasami trzeba przebiec wiele kilometrów, żeby wrócić do punktu wyjścia. Ale kiedy już tam dotrzesz, okazuje się, że to wcale nie jest to samo miejsce. To miejsce jest lepsze, bo ty jesteś mądrzejszy. I nie jesteś już sam.
Tomasz, 44 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zaprosiłam siostrę na ferie, bo jej się nie przelewa. Potraktowała mój dom jak hotel i kazała wokół siebie skakać”
- „Pewnego dnia mój mąż wrócił odmieniony i pachniał waniliowymi perfumami. Nie potrafił mi spojrzeć w oczy i wyznać prawdy”
- „Mój konflikt z teściową narastał latami. Chciała mnie ustawić do pionu, ale zapomniała, kto rozdaje karty w tym domu”

