„Zachowanie teściowej mnie zdziwiło. Bardziej spodziewałam się wizyty Trzech Króli, niż tego, że zna słowo przepraszam”
„– Naprawdę się starałaś. Widać to w twoim domu, w tym, jak zajmujesz się moim wnukiem, jak dbasz o wszystko. A ja… – tu przerwała na chwilę, jakby zbierała się na największy wysiłek – …ja nigdy ci tego nie powiedziałam. Wręcz przeciwnie. I za to… przepraszam”.

Zawsze miałam z nią trudny kontakt. Teściowa – dystyngowana, wiecznie poprawna, z wiecznie zaciśniętymi ustami. Nawet gdy milczała, jej spojrzenie potrafiło zranić bardziej niż słowa. Od początku nie pasowałam jej do syna. W mojej pracy widziała stratę czasu, a w naszym mieszkaniu – bałagan, mimo że lśniło. Nie chodziło o otwarte konflikty, raczej o ten nieznośny, ciągły chłód. Gdy przychodziła, napięcie można było kroić nożem. Mąż udawał, że nie widzi, a ja… starałam się znosić to wszystko dla świętego spokoju. Do czasu. Bo to, co się wydarzyło, przerosło moje najśmielsze przypuszczenia.
Chłodne spojrzenia teściowej
Była sobota, końcówka listopada, i już od rana czułam dziwny ucisk w żołądku. Mąż powiedział, że jego mama wpadnie „na chwilę”, co w jej języku oznaczało minimum dwie godziny milczącego oceniania. Zdążyłam jeszcze przetrzeć kuchenny blat i wyciągnąć jej ulubioną filiżankę, choć od dawna miałam ochotę ją roztrzaskać.
Gdy weszła, przywitała mnie uśmiechem, który nigdy nie sięgał oczu.
– Dzień dobry – rzuciła, jakby mówiła do pani z urzędu, nie do synowej.
– Cześć, zaparzyłam herbatę, owocową, taką jak lubisz – odpowiedziałam spokojnie.
Usiadła przy stole, spojrzała na kubek i nie dotykając go, zapytała:
– Nie miałaś kiedyś zamiaru zapisać się na jakiś kurs gotowania? Takie rzeczy się przydają kobiecie w domu.
Przełknęłam ślinę, chociaż chciałam powiedzieć coś ciętego. Zamiast tego uśmiechnęłam się sztucznie i zająłam się nalewaniem zupy dla naszego syna. Mój mąż siedział w salonie i udawał, że nie słyszy. Nie chciałam awantury. Wiedziałam, że znowu wyjdę z tego spotkania z bolącą głową i jeszcze większą irytacją.
– Dobrze wyglądasz – dodała po chwili, ale zabrzmiało to bardziej jak zaskoczenie niż komplement.
Chyba naprawdę mnie nie znosiła.
Złośliwa uwaga przy stole
Wigilia zawsze była dla mnie ważna. Od dziecka kochałam ten dzień – zapach pierników, dźwięk kolęd w tle, świece na stole. W tym roku pierwszy raz mieliśmy gościć u siebie całą rodzinę, w tym oczywiście moją teściową. Zaczęłam przygotowania dwa dni wcześniej. Mój barszcz był idealny, uszka – ręcznie lepione, a stół nakryty tak, jak uczyła mnie babcia. Chciałam, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Przyszli punktualnie. Ona jak zawsze w beżowym płaszczu, szminka idealnie dopasowana do lakieru na paznokciach. Pocałowała wnuka w policzek i skinęła mi głową.
– Cicho tu jakoś – mruknęła. – Myślałam, że będzie bardziej... świątecznie.
Zignorowałam to. Po kolacji, kiedy siedzieliśmy przy cieście, powiedziała z pozornym rozbawieniem:
– Twoje uszka trochę się rozlepiły. Ale pewnie wszyscy mamy jakieś słabości, prawda?
Zrobiło mi się gorąco. Mąż znów milczał. Syn bawił się samochodzikiem pod choinką. Przez chwilę miałam ochotę wyjść z własnego domu. Zamiast tego nalałam sobie kompotu i odparłam:
– Zawsze można przynieść swoje, jeśli moje nie smakują.
Spojrzała na mnie chłodno, jakby nie przywykła, że ktoś jej odpowiada. W tym spojrzeniu było coś więcej niż zwykła irytacja. Jakby walczyła z samą sobą.
Unikamy siebie wzajemnie
Po tamtej Wigilii coś się zmieniło. Nie było wielkiej kłótni, trzaskania drzwiami ani dramatycznych wyjść. Była tylko cisza. Z jednej i z drugiej strony. Przez kolejne tygodnie nie odbierała moich telefonów. Nie pisała, nie dzwoniła. Nawet do wnuka – a to już naprawdę było nie w jej stylu. Myślałam, że się obraziła. Mąż stwierdził, że „może po prostu potrzebuje przestrzeni”, ale brzmiało to bardziej jak usprawiedliwienie niż diagnoza.
Nie tęskniłam. Było mi lżej. Dom zrobił się spokojniejszy, mniej napięty. Nawet mój syn zauważył:
– Mama, babcia nie przychodzi już z torbą.
– Może zapomniała, jak się tu idzie – odpowiedziałam pół żartem.
I choć był spokój, nie umiałam pozbyć się uczucia, że to wszystko jest zawieszone. Jakby miało się jeszcze coś wydarzyć. Mąż unikał tematu, a ja nie naciskałam. Bałam się odpowiedzi. W międzyczasie wróciłam do pracy, zaczęłam chodzić na basen. Skupiłam się na sobie i dziecku. Przestałam obsesyjnie analizować każdą jej uwagę i próbować się domyślić, co zrobiłam źle. Może wcale nie byłam taka beznadziejna, jak próbowała mi wmówić. Tylko jedno mnie dziwiło – dlaczego milczy tak długo? To do niej niepodobne.
Niespodziewana wizyta
Była środa, końcówka stycznia. Padał śnieg, a ja byłam po pracy, zmęczona i lekko zakatarzona. Mały siedział przy klockach, ja kończyłam herbatę z miodem, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Nie spodziewałam się nikogo. Otworzyłam i aż mnie zatkało. Stała tam. Moja teściowa. Z torbą w jednej ręce i… kwiatkiem w drugiej. Malutka doniczka z fiołkiem afrykańskim. Bez słowa podała mi roślinę i weszła do środka. Wyglądała inaczej niż zwykle – jakby mniej sztywno. Może to przez brak makijażu, a może przez coś jeszcze.
– Mogę usiąść? – zapytała.
Skinęłam głową, jeszcze oszołomiona. Usiadła w kuchni. Po chwili ciszy, która trwała dłużej niż powinna, wyjęła z torby termos.
– Zrobiłam ci rosół. Pomyślałam, że przy tym katarze dobrze ci zrobi.
Zamurowało mnie. Nie wiedziałam, czy to jakiś żart, czy może sen.
– Dziękuję… – wydusiłam.
– I dla małego też coś mam. Jego ulubione ciasteczka. Pamiętam, jak jadł je u mnie i zawsze prosił o więcej.
Włożyła paczkę na blat i spojrzała na mnie inaczej niż dotąd. Jakby pierwszy raz coś zobaczyła. Albo uznała, że warto spróbować inaczej. I wtedy zrozumiałam, że to nie była zwykła wizyta.
Słowo, którego nie znała
Siedziałyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole, który tyle razy wcześniej był areną napięć i nieprzyjemnych komentarzy. Tym razem jednak było inaczej. Teściowa wzięła łyk herbaty, spojrzała w okno, potem na mnie i… spuściła wzrok.
– Chciałam coś powiedzieć – zaczęła cicho. – I nie do końca wiem, jak. Nigdy nie byłam w tym dobra.
Nie przerywałam. Nie chciałam jej wystraszyć.
– Myślę, że byłam dla ciebie niesprawiedliwa. Od początku. Widziałam tylko to, co chciałam widzieć. A powinnam była po prostu… poznać cię taką, jaka jesteś.
Zaniemówiłam. To było więcej niż się spodziewałam.
– Naprawdę się starałaś. Widać to w twoim domu, w tym, jak zajmujesz się moim wnukiem, jak dbasz o wszystko. A ja… – tu przerwała na chwilę, jakby zbierała się na największy wysiłek – …ja nigdy ci tego nie powiedziałam. Wręcz przeciwnie. I za to… przepraszam.
To słowo. To jedno, krótkie słowo, którego byłam pewna, że nie zna. A jednak wypowiedziała je. Bez wymuszenia. Bez ironii. Prawdziwie. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Czułam, jak napięcie, które we mnie siedziało od lat, powoli zaczyna puszczać. Nic nie odpowiedziałam. Nie trzeba było. W tym „przepraszam” było więcej niż w setkach rozmów, których nigdy nie odbyłyśmy.
Zaczynamy od nowa
Po tamtej rozmowie coś się rzeczywiście zmieniło. Nie od razu. Nie stałyśmy się najlepszymi przyjaciółkami, nie chodziłyśmy razem na kawę i nie wysyłałyśmy sobie serduszek na Messengerze. Ale relacja, która do tej pory była jak zimna wojna, zaczęła przypominać coś bardziej ludzkiego. Coś, co można było znieść bez ściskania szczęki.
Zaczęła zaglądać raz na jakiś czas – już nie z kontrolą, ale z autentyczną chęcią pobycia z wnukiem. Czasem nawet ze mną. A ja – chociaż długo miałam dystans – powoli zaczęłam ją dostrzegać nie tylko jako teściową, ale jako kobietę. Może i surową, może niełatwą w obyciu, ale próbującą. Po swojemu, trochę niezgrabnie, lecz jednak.
Najbardziej zapamiętałam moment, gdy któregoś dnia, przy herbacie, powiedziała:
– Dobrze, że jesteś z moim synem. Widzę, że jesteście szczęśliwi. A to najważniejsze.
Nie odpowiedziałam od razu. Po prostu uśmiechnęłam się i odparłam:
– Dobrze, że to mówisz.
To był mały cud. Wciąż nie wiem, co ją do tego wszystkiego skłoniło. Może samotność. Może wnuk. A może po prostu serce, które w końcu nauczyło się mówić. Czasem cuda przychodzą wtedy, gdy najmniej się ich spodziewamy. Nawet od teściowej.
Milena, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam spędzić sylwestra z byłym dla dobra dziecka. Nie przypuszczałam, że to może być tak cudowna noc”
- „Kiedy żona bierze moją kartę, mogę pożegnać się z wypłatą. Wydaje pieniądze na takie bzdury, że włos się jeży”
- „Teściowa myślała, że po ślubie będę żyć pod jej dyktando. To moja sprawa, jak dbam o męża i swój dom”

