„Zabraliśmy teściową na ferie w góry, a ona zrobiła nam z urlopu pielgrzymkę. Zamiast term miałam kółko różańcowe”
„Zaczęłam się zastanawiać, po co ja to wszystko sobie robię. Za każdym razem, kiedy próbowałam powiedzieć, co czuję, wychodziłam na niewdzięczną. A przecież miałam prawo czuć się źle. Miałam prawo nie znosić poranków z różańcem, ciągłego strofowania, świętoszkowatych uwag i komentowania każdego mojego ruchu”.

- Redakcja
To miały być ferie marzeń. Widziałam to tak: zasypane śniegiem ścieżki, my z Markiem otuleni kocem w drewnianej chacie, gorąca czekolada z piankami i wieczorne wyjścia na termy, gdzie para unosi się nad taflą wody jak z bajki. Marzyłam o kuligu z pochodniami i o tym, że przez kilka dni zapomnę, czym są maile, zakupy i szybkie obiady z mrożonki. Mieliśmy nareszcie odpocząć. Tylko we dwoje.
I tak właśnie to sobie wyobrażałam, dopóki Marek, mój cudowny, ale kompletnie pozbawiony asertywności mąż, nie wypalił:
– A może zaprosimy też mamę? Będzie jej miło. I tak siedzi sama...
Pamiętam, że wtedy tylko się uśmiechnęłam, choć w środku coś we mnie zadrżało. Jadwiga, moja teściowa. Kobieta, która potrafi wejść w każdy temat z siłą tsunami i zostawić po sobie ślad jak pożar w lesie. Ale powiedziałam:
– Jasne. Będzie fajnie.
Bo przecież jestem „tą dobrą”. Tą, co nie robi problemów, nie unosi się dumą. Tą, która wie, że rodzina to przecież świętość, prawda?
A teraz? Teraz siedzę w kuchni i duszę w sobie kolejny atak irytacji, bo trzeci raz z rzędu dzień zaczynamy od rozmowy o porannym różańcu, a nie o tym, kiedy pójdziemy na spacer, o którym tak bardzo marzyłam.
Milczałam zbyt długo
Minęły cztery dni. Cztery dni, podczas których zdążyłam się przekonać, że ferie marzeń mogą zmienić się w maraton dyplomacji i duszenia emocji. I że chyba pierwszy raz w życiu jestem o krok od tego, by przestać być „tą dobrą”. Bo ile można siedzieć w jednym domku z kobietą, która nawet temperaturę w sypialni chce kontrolować?
Zeszłam na dół, licząc na chwilę ciszy, może wspólne śniadanie we dwoje, zanim zacznie się kolejny dzień. Marek krzątał się przy jajkach na miękko, chleb już leżał na stole. Uśmiechnęłam się, prawie zapominając, że nie jesteśmy tu sami.
– Co dzisiaj robimy? Może kulig? Albo skoczymy do Zakopanego, pójdziemy na Krupówki? – zapytałam, nalewając sobie kawy.
– No właśnie… – zaczął niepewnie Marek, ale nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie wparowała jego mama.
– O dziewiątej różaniec, potem msza. Po południu postny obiad, żadnych głupot, żadnych wyjazdów. Trzeba się skupić na tym, co naprawdę ważne – oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Spojrzałam na Marka. Milczał, jak zawsze, gdy trzeba było odpowiedzieć coś matce. A ja? Czułam, jak narasta we mnie złość, ale jeszcze próbowałam zachować spokój.
– Mamo, to nasze wakacje. Chcieliśmy dzisiaj pojechać na termy albo do Zakopanego. Obiecałeś, Marek.
Spojrzałam na niego z wyrzutem, bo wiedział, jak bardzo na to czekałam.
– Mamo, może pojedziemy na różaniec innym razem... – wymamrotał niepewnie, choć już wiedziałam, że się ugnie.
– Innym razem? Tak mówisz o modlitwie? Wstyd. W takim czasie lepiej myśleć o duszy niż się pluskać w wodzie z obcymi – odpowiedziała teściowa z pogardą, jakby powiedzenie tego głośno miało mi uświadomić, jak bardzo jestem lekkomyślna.
Zacisnęłam zęby, żeby nie powiedzieć czegoś, czego bym później żałowała. A może jednak powinnam była powiedzieć? Może właśnie to było największym błędem – że milczałam zbyt długo. Bo przecież to miał być mój urlop. Moje ferie. Tymczasem z każdej strony czułam się strofowana, kontrolowana, podporządkowywana. Nie jestem dzieckiem, które trzeba prowadzić za rękę.
Czułam, jak powietrze w kuchni robi się cięższe. Marek jadł w milczeniu. Ja odsunęłam talerz i wstałam od stołu. Nie zamierzałam tłumaczyć się z potrzeby odpoczynku przed kobietą, która najwyraźniej uważała mnie za grzeszną egoistkę. Już wtedy wiedziałam, że dzisiaj nie pojedziemy nigdzie. Byłam gościem na własnym urlopie. I nikomu to nie przeszkadzało poza mną.
Miałam tego dość
Wieczorem usiedliśmy przy stole, ja z herbatą z imbirem, Marek z grzańcem, a teściowa z modlitewnikiem. W tle grało radio maryjne, którego nikt z nas nie wyłączył z przyzwyczajenia. Przez chwilę było zaskakująco spokojnie, niemal cicho. Jadwiga spojrzała na kaloryfer i od razu wciągnęła powietrze przez zęby.
– Tu się nie da oddychać. Gorąco jak w piekle – powiedziała głośno i z naciskiem.
– W piekle to chyba teraz jestem – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Może specjalnie, może bezwiednie, ale powiedziałam to tak, żeby usłyszała. Marek uniósł brwi, uśmiechnął się nerwowo i próbował rozładować sytuację.
– Oj, może po prostu otworzymy okno, zrobi się chłodniej...
– Okna nie trzeba. Trzeba przykręcić grzejniki. To nie sanatorium, tylko dom przyzwoitych ludzi. Gorąco rozleniwia, wywołuje grzechy ciała. Człowiek się poci, robi się senny, odciąga go to od tego, co naprawdę ważne – Jadwiga mówiła jakby recytowała kazanie.
– Może właśnie o to chodzi – rzuciłam, nie patrząc na nią. – Żeby na urlopie być rozleniwionym. Żeby się w końcu nie musieć tłumaczyć z każdej decyzji, nawet z tego, że ktoś nie ma na sobie swetra.
Jadwiga wstała od stołu.
– Nie będę uczestniczyć w tej atmosferze buntu i nieposzanowania wartości. Módlcie się, żeby wam gorąco nie uderzyło do głowy – rzuciła przez ramię i wyszła do pokoju.
Zapanowała cisza. Marek siedział z pochyloną głową, jakby nagle całe zmęczenie świata spadło mu na kark. Ja nie powiedziałam nic więcej. Nie musiałam. Zaczęłam się zastanawiać, po co ja to wszystko sobie robię. Za każdym razem, kiedy próbowałam powiedzieć, co czuję, wychodziłam na niewdzięczną. A przecież miałam prawo czuć się źle. Miałam prawo nie znosić poranków z różańcem, ciągłego strofowania, świętoszkowatych uwag i komentowania każdego mojego ruchu.
Następnego dnia nie powiedziałam nic nikomu. Po cichu wyjęłam ręcznik, spakowałam strój kąpielowy i kosmetyczkę. Wyszłam z domku przed siódmą. Zostawiłam na stole kartkę. Kilka słów wystarczyło.
Wolałam spędzać czas osobno
Wstałam wcześniej niż zwykle. Wzięłam prysznic w ciemnościach, żeby nie obudzić nikogo. Ubrałam się, spakowałam ręcznik, strój kąpielowy i książkę. W kuchni zaparzyłam herbatę, zostawiłam ją na blacie. Na stole położyłam kartkę: „Jestem na termach. Wrócę wieczorem”.
Zamknęłam drzwi najciszej, jak się dało. Szłam przez ośnieżone pobocze w stronę przystanku. Nikt mnie nie zatrzymał, nikt nie wołał. I dobrze. Kiedy wsiadłam do busa, wyłączyłam telefon. Za szybą migały zaśnieżone dachy, pola, drewniane płoty. Czułam, jak z każdą minutą zrzucam z siebie napięcie, jakby powoli przestawało mnie obchodzić, co wypada, a co nie.
Na termach byłam przed dziewiątą. W kasie młoda dziewczyna spojrzała na mnie z uśmiechem.
– Sama? – zapytała.
Kiwnęłam głową.
– Najlepszy wybór – powiedziała cicho i podała mi opaskę.
Zanurzyłam się w wodzie, która otuliła mnie jak kokon. Przez chwilę tylko siedziałam i patrzyłam na parę unoszącą się nad powierzchnią. Obok mnie jakaś para szeptała coś do siebie, obejmowali się, całowali nieśmiało. Nie czułam zazdrości. Patrzyłam na nich z jakimś spokojem. Wiedziałam, że jestem tu, gdzie powinnam być.
Zamknęłam oczy i pozwoliłam, żeby cisza i ciepło zrobiły w mojej głowie porządek. Po raz pierwszy od wielu dni nie musiałam się tłumaczyć. Nikt nie mówił mi, co mam robić, nikt nie komentował mojego wyglądu, planów ani tego, czy się modlę.
Wróciłam po siedemnastej. Weszłam do środka spokojna, trochę zmęczona, ale inna. Marek siedział przy kuchennym stole, sam, z kubkiem herbaty. Na stole leżała moja kartka.
– Wreszcie wyglądasz na zadowoloną – powiedział cicho.
– Bo dziś nikt nie decydował za mnie – odpowiedziałam, siadając naprzeciwko niego.
Nie spojrzał mi w oczy. Pokiwał tylko głową. I znowu zapadła cisza. Ale ta cisza była inna niż te poprzednie. W niej nie było napięcia. Była decyzja. „Może urlop spędzony osobno byłby lepszy niż spędzony razem, ale w napięciu” – pomyślałam. I pierwszy raz od dawna poczułam, że to w porządku.
Oboje coś zrozumieliśmy
Z samego rana zaczęliśmy pakować rzeczy. Nikt się nie spieszył, ale nikt też nie mówił zbędnych słów. Jadwiga owijała starannie różańce w chusteczkę i szeptała coś pod nosem. Marek znosił torby do samochodu. Ja zamknęłam walizkę, wrzuciłam do niej strój kąpielowy i ręcznik, schowałam książkę.
Ruszyliśmy przed dziesiątą. Jadwiga siedziała z tyłu i już po kilku kilometrach zasnęła, z ustami lekko otwartymi, z dłonią zaciśniętą na torebce. Marek prowadził, patrząc prosto przed siebie, obie ręce na kierownicy. Ja patrzyłam w boczne okno. Śnieg sypał leniwie. Droga biegła przez lasy, pola, ciche wsie. Milczeliśmy.
W tej ciszy coś się zaczęło zmieniać. Nie było już w niej tej codziennej duszności, którą znałam od lat. Była jak wstęp do rozmowy, która jeszcze się nie odbyła, ale wisiała w powetrzu. W pewnym momencie Marek lekko chrząknął i powiedział:
– Na wakacje jedziemy tylko we dwoje.
Spojrzałam na niego, ale nie odpowiedziałam od razu. Słowa ważyły się we mnie przez chwilę.
W końcu zapytałam:
– Tylko na wakacje? A reszta czasu?
Nie odpowiedział, ale nie musiał. Wystarczyło, że nie zaprzeczył. Cisza, która zapadła, nie była już obojętnością. Była znakiem, że oboje coś zrozumieliśmy. Coś się kończyło, ale nie tak zupełnie. Raczej odsuwało się na bok, robiąc miejsce czemuś nowemu. Nie wiadomo jeszcze czemu.
Byłam zmęczona. Ale w środku czułam się spokojniejsza niż przez wszystkie ostatnie dni.
Coś się we mnie zmieniło
Wróciliśmy późnym popołudniem. Śnieg już się topił, na ulicach było mokro, szaro, zwyczajnie. Weszliśmy do mieszkania, rozpakowałam walizki, powkładałam rzeczy do szaf. Pustą lodówkę obejrzałam obojętnie – zakupy mogły poczekać. Zgarnęłam przewodnik po termach, który leżał na komodzie, i schowałam go na dno szuflady razem z folderami z gór.
Marek poszedł pod prysznic. Jadwiga zamknęła się w pokoju i włączyła jakąś transmisję z sanktuarium. Z kuchni dobiegł mnie szum czajnika, ale nie poszłam robić herbaty. Usiadłam przy stole i zamknęłam oczy. Wróciłam do tej chwili, kiedy stałam w gorącej wodzie pod otwartym niebem. To nie była ucieczka. To był powrót do siebie.
Czasem trzeba zniknąć, żeby w ogóle móc wrócić. Żeby nie wracać do roli, tylko do własnej skóry, własnych myśli, własnych potrzeb. Nie do obowiązków, nie do wyobrażeń innych ludzi. Do siebie.
Nie wiem, co dalej z moją relacją z Jadwigą. Pewnie długo jeszcze będzie wchodziła w każdy szczegół naszego życia, udając, że robi to z troski. Marek stał się jakiś cichszy, mniej obecny. Ale może to dobrze. Może on też coś musi sobie poukładać.
Ja nie zamierzam już walczyć o zadowolenie wszystkich dookoła. Jedno wiemy na pewno: latem jedziemy sami. I nie chodzi tylko o to, że nie zabierzemy jego matki. Chodzi o to, żeby wreszcie nie zabierać ze sobą tego, co „wypada”.
Katarzyna, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W mroźny dzień zacięłam się w windzie z sąsiadem. Weszliśmy jako obcy, a godzinę później znaliśmy się aż za dobrze”
- „Pojechałam do teściowej na Dzień Babci i straciłam głowę dla jej gościa. Teraz nie wiem, jak spojrzeć mężowi w oczy”
- „Myślałem, że na emeryturze czeka mnie spokojne życie u boku żony. Nie sądziłem, że na stare lata wywinie mi taki numer”

