Reklama

Zima w Zakopanem miała być dla nas czymś więcej niż tylko wyjazdem. W kieszeni płaszcza nosiłem pudełko, które ciążyło mi bardziej niż plecak w górach. Wyobrażałem sobie rozmowy do późna, spacery po Krupówkach, ciszę między nami pełną znaczeń. Już pierwszego wieczoru zrozumiałem jednak, że te walentynki potoczą się inaczej, niż planowałem.

Zaczęło się już na początku

Zakopane przywitało nas migającymi lampkami i skrzypiącym śniegiem pod butami. Wysiedliśmy z busa tuż przy Krupówkach, a ja odruchowo chwyciłem Martynę za rękę. Była ciepła, ale jakby nieobecna. Rozglądała się wokół z uśmiechem dziecka wpuszczonego do sklepu z zabawkami.

Popatrz, jak tu pięknie – powiedziała, wskazując na stragany. – Jak z filmu.

– Właśnie dlatego chciałem tu przyjechać – odpowiedziałem, trochę ciszej, niż planowałem.

Zatrzymaliśmy się przy stoisku z oscypkami. Sprzedawca, wysoki, z szerokim uśmiechem, zagadał pierwszy.

– Dla takiej pani to i serce bym oddał, a co dopiero ser – rzucił żartobliwie.

Martyna zaśmiała się głośno.

– O, widzisz? Już mnie tu kochają – powiedziała, puszczając do mnie oko.

Uśmiechnąłem się, choć coś mnie ukuło. Ruszyliśmy dalej, a ja opowiadałem jej o pensjonacie, który wybrałem, o kolacji, którą zarezerwowałem na wieczór. Kiwała głową, ale co chwilę jej uwaga uciekała. A to ktoś ją zaczepił, a to sama zagadywała.

W kawiarni przy stoliku obok usiedli dwaj górale w regionalnych swetrach. Jeden z nich skinął w jej stronę.

– Pani to chyba pierwszy raz w Zakopanem?

– Skąd! Ale za każdym razem czuję się jak pierwszy – odpowiedziała, nachylając się w ich stronę.

– Martyna – wtrąciłem – może zamówimy coś ciepłego?

Zaraz, Robert, rozmawiamy – rzuciła bez złości, jakby to było oczywiste.

Siedziałem z menu w dłoni, czując, że robi się między nami jakaś dziwna przestrzeń. Górale opowiadali anegdoty, ona śmiała się, dopytywała, a ja coraz częściej zerkałem na zegarek. Nie dlatego, że się spieszyłem. Chciałem tylko, żeby znów spojrzała na mnie tak, jak w busie, zanim dotarliśmy na miejsce.

Gdy w końcu wyszliśmy, było już ciemno.

Fajni ludzie – powiedziała z entuzjazmem. – Tu jest taka energia!

– A my? – zapytałem nagle. – My też tu jesteśmy. We dwoje.

Zatrzymała się, zaskoczona.

O co ci chodzi?

Nie odpowiedziałem od razu. Śnieg skrzypiał pod nogami przechodniów, a ja po raz pierwszy pomyślałem, że ten wyjazd może być próbą, której się nie spodziewałem.

Kolacja miała być tylko nasza

Kolację zaplanowałem z dokładnością do minuty. Restauracja była niewielka, z drewnianymi belkami i ciepłym światłem świec. Idealne miejsce na rozmowę, na spokojne bycie razem. Kiedy kelner zaprowadził nas do stolika przy oknie, poczułem ulgę. W końcu usiądziemy naprzeciwko siebie.

Ale tu klimatycznie – powiedziała Martyna, zdejmując płaszcz. – Czuję się jak w jakiejś opowieści.

– Właśnie o to mi chodziło – odpowiedziałem. – O naszą opowieść.

Uśmiechnęła się, ale zaraz jej wzrok powędrował gdzieś za moje ramię. Odwróciłem się. Przy barze stał mężczyzna w regionalnym stroju, rozmawiał z obsługą. Gdy zauważył, że Martyna na niego patrzy, uniósł brwi i skinął głową.

– Oni są tu wszędzie – zaśmiała się. – Tacy… naturalni.

– Martyna – powiedziałem ostrożnie – to są nasze walentynki.

– Wiem, Robert. Nie przesadzaj – machnęła ręką.

Zamówiliśmy kolację. Próbowałem opowiedzieć jej o drodze, o tym, jak długo wybierałem to miejsce. Słuchała, ale przerywała, komentując wystrój, muzykę, ludzi. W pewnym momencie kelner przyniósł dania, a wraz z nim podszedł ten sam góral.

– Przepraszam, że przeszkadzam – zwrócił się do Martyny – ale musiałem powiedzieć, że ma pani bardzo dobry gust. Mało kto wybiera to danie.

– Naprawdę? – rozpromieniła się. – To chyba intuicja.

Spojrzałem na niego chłodno.

– Dziękujemy, damy sobie z nim radę sami – powiedziałem.

Odszedł, ale niesmak pozostał. Martyna spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Po co to było?

A po co on się wtrącał? – odpowiedziałem. – Czuję się, jakbym był tu dodatkiem.

Zapadła cisza. Przez chwilę słyszeliśmy tylko muzykę i rozmowy innych gości.

Zawsze wszystko bierzesz do siebie – powiedziała w końcu. – Przecież tylko rozmawiam.

– Właśnie – odparłem. – Tylko nie ze mną.

Nie odpowiedziała. Jadła powoli, jakby nagle straciła apetyt. A ja, zamiast myśleć o pudełku w kieszeni marynarki, zacząłem się zastanawiać, czy dobrze znam kobietę siedzącą naprzeciwko mnie.

Było mi za nią wstyd

Po kolacji wyszliśmy na mróz bez słowa. Krupówki były nadal pełne ludzi, muzyki i świateł, ale ja miałem wrażenie, jakby ktoś nagle przyciszył dźwięk świata. Szliśmy obok siebie, nie razem. Martyna co chwilę poprawiała szalik, ja trzymałem ręce głęboko w kieszeniach.

– Zawsze musisz psuć takie chwile – odezwała się nagle. – Nie potrafisz się wyluzować.

– A ty nie potrafisz być skupiona na mnie – odpowiedziałem spokojniej, niż się czułem. – Przyjechaliśmy tu razem.

– Jestem tu – prychnęła. – Idę obok ciebie.

Zatrzymałem się. Ludzie omijali mnie szerokim łukiem.

– Fizycznie tak. Ale cały czas uciekasz wzrokiem, uwagą, śmiechem. Jakby mnie tu w ogóle nie było.

Odwróciła się do mnie gwałtownie.

– Przesadzasz. Lubię ludzi, rozmowy. To chyba nic złego?

– W walentynki? Kiedy planowałem coś ważnego? – wyrwało mi się.

Zamilkła. Spojrzała na mnie uważnie, jakby po raz pierwszy tego wieczoru.

Coś ważnego? – powtórzyła ciszej.

Nie odpowiedziałem. Ruszyliśmy dalej, skręcając w mniej uczęszczaną uliczkę. Śnieg leżał tam nietknięty, latarnie rzucały miękkie światło. Idealne miejsce na moment, który nosiłem w sobie od miesięcy. A jednak nie potrafiłem się zatrzymać.

– Wiesz – zaczęła po chwili – ja nie chcę być zamykana w jakimś scenariuszu. Wyjazd, kolacja, wielkie rozmowy. To mnie przytłacza.

– A mnie przytłacza to, że czuję się zbędny – odpowiedziałem. – Jak widz, a nie partner.

Zwolniła. Jej głos stracił lekkość.

– Może po prostu różnie przeżywamy takie rzeczy.

– Może – przyznałem. – Tylko że ja chciałem przeżyć to z tobą, a nie obok ciebie.

Stanęliśmy naprzeciwko siebie. W jej oczach zobaczyłem coś, czego wcześniej nie było. Nie bunt. Wahanie.

– Nie wiedziałam, że to dla ciebie aż tak ważne – powiedziała cicho.

Wtedy zrozumiałem, że cały ten wyjazd nie był testem miłości. Był lustrem. Zobaczyłem w nim rzeczy aż nazbyt wyraźnie.

Lepiej wiedzieć teraz niż później

Wróciliśmy do pensjonatu w ciszy. W pokoju było ciepło, pachniało drewnem i herbatą, którą ktoś zostawił na stoliku. Martyna zdjęła buty, usiadła na łóżku i długo wpatrywała się w podłogę. Ja stałem przy oknie, patrząc na oświetlone zbocze, jakby odpowiedź miała przyjść z zewnątrz.

– Robert… – zaczęła w końcu. – Chyba naprawdę się rozmijamy.

Usiadłem naprzeciwko niej. Wyjąłem z kieszeni pudełko i położyłem je między nami, bez otwierania.

To miało być dziś – powiedziałem. – Ale nie będzie.

Spojrzała na pudełko i cofnęła rękę, jakby parzyło.

– I właśnie dlatego… – urwała. – Ja nie jestem gotowa na takie kroki. Na obietnice, które mają uspokoić jedną stronę, a drugą zamknąć.

Nie było krzyku. Nie było łez. Było tylko poczucie, że wszystko stało się nagle bardzo jasne.

Dziękuję, że powiedziałaś to teraz – odpowiedziałem po chwili. – Później byłoby gorzej.

Spakowaliśmy się rano. Śniadanie zjedliśmy osobno. Przed pensjonatem pożegnaliśmy się krótko, bez planów na kolejne spotkanie. Gdy odchodziła w stronę busa, nie obejrzała się ani razu.

Zostałem jeszcze chwilę. Zakopane budziło się do życia, turyści śmiali się, robili zdjęcia. A ja poczułem ulgę, której się nie spodziewałem. Straciłem wyobrażenie o przyszłości, ale odzyskałem spokój. Zrozumiałem, że romantyczny wyjazd nie ratuje relacji, jeśli dwoje ludzi idzie w innym kierunku. Wyjechałem stamtąd sam, ale z poczuciem, że nie przegrałem. Po prostu w porę przestałem udawać.

Robert, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama