„Zabrałam wnuki na orszak Trzech Króli. Chciałam przekazać im tradycyjne wartości, ale synowa wszystko zepsuła”
„Na rynku zebrał się już tłum. Kolorowe korony, śpiewniki, ktoś rozdawał gorącą herbatę. Orszak ruszył. Kolędy, dźwięki dzwoneczków, śmiech. Zosia zaczęła śpiewać, Antek szedł poważnie, jakby czuł się częścią jakiejś ważnej misji. Czułam dumę. Taką cichą, babciną. Że się udało, że są tu razem ze mną. A potem zobaczyłam Kasię”.

- Redakcja
Zawsze starałam się być babcią z zasadami. Nie taką, co tylko piecze ciasta i daje po kryjomu cukierki, ale taką, która przekazuje coś więcej. Wartości, tradycję, rodzinne ciepło. Kiedy dowiedziałam się, że w naszym miasteczku znów organizują orszak Trzech Króli, pomyślałam, że to świetna okazja, żeby zabrać wnuki, pokazać im coś ważnego, może nawet porozmawiać o wierze, o sensie Bożego Narodzenia. Miałam wszystko zaplanowane. Tylko że zapomniałam o jednym – o mojej synowej. A ona, jak zwykle, musiała mieć swoje zdanie i swoje metody.
Miałam swój plan
Kiedy byłam dzieckiem, Trzech Króli to było wydarzenie. Mama piekła ciasto z migdałami, tata prowadził mnie do kościoła, a potem wspólnie śpiewaliśmy kolędy przy świecach. W domu pachniało goździkami i pomarańczami. I nikt nie myślał, że to przesada. To było naturalne – pielęgnować coś, co wyrosło z naszej wiary, z naszego wychowania. I chociaż czasy się zmieniły, we mnie to zostało. Nie jako obowiązek, ale jako potrzeba serca.
Chciałam, żeby Antek i Zosia też poczuli tę magię. Nie komercyjną, nie z reklam i plastikowych figurek w marketach. Chciałam, żeby wiedzieli, że święta to nie tylko Mikołaj, choinka i tablet pod poduszką. Że jest coś więcej. Coś, co łączy ludzi – śpiewanie kolęd, modlitwa, wspólne bycie razem. Orszak Trzech Króli to była szansa na pokazanie im czegoś, co mnie samą kiedyś bardzo poruszało.
Pomyślałam, że to będzie nasza mała wyprawa. Ja, babcia z dwójką wnuków. Bez pośpiechu, z drożdżówkami w plecaku, z koronami na głowach. Że będą się śmiać, zadawać pytania, może zapamiętają to na długo. Może kiedyś, jako dorośli, zrobią to samo ze swoimi dziećmi. Taki miałam plan. Naiwny? Może, ale bardzo szczery.
Nie chciałam się kłócić
Gdy zadzwoniłam do Tomka, wiedziałam, że bez konsultacji z Kasią się nie obejdzie. Odkąd są razem, każde większe „tak” musi być wspólne. Szczerze mówiąc, bywa to uciążliwe. Tym razem też musiał „zapytać Kasi”. Westchnęłam tylko i czekałam na telefon. Kasia zadzwoniła wieczorem. Już w pierwszym jej słowie słyszałam dystans. Uprzejmość, ale bez ciepła.
– Mamo, naprawdę doceniam, że chcesz zabrać dzieci, ale wiesz... Orszaki, kościół, to nie do końca nasza bajka – zaczęła i od razu wiedziałam, że idziemy w trudny teren.
Próbowałam spokojnie tłumaczyć, że nie chodzi o żadną indoktrynację, tylko o pokazanie im, że istnieją różne zwyczaje, że można uczestniczyć w czymś wspólnie. Że dzieci tego potrzebują. I że mnie – jako babci – naprawdę na tym zależy.
– Mamo, my mamy trochę inne podejście. Chcemy, żeby dzieci same decydowały, co będzie dla nich ważne. Nie chcemy im tego narzucać – mówiła z naciskiem.
– Ale żeby mogły zdecydować, trzeba im najpierw dać wybór! – wyrwało mi się. – Czy chcą wierzyć w Mędrców ze Wschodu czy w komputery i tablety?
Zawisło niezręczne milczenie.
– Jeśli będą chciały iść – niech idą. Ale proszę, żebyś nie robiła z tego katechezy, dobra?
Nie odpowiedziałam, nie chciałam się kłócić. W końcu się zgodziła, choć z dystansem. I tego się trzymałam.
To był sukces
Wstałam przed świtem. Upiekłam drożdżówki z serem i rodzynkami, zaparzyłam kakao do termosu, spakowałam chusteczki, rękawiczki na zmianę, nawet bandaż – tak, na wszelki wypadek. Czułam się jak matka małych dzieci, a nie babcia. Ale to było miłe uczucie. Troska, ciepło. Lubiłam to.
Podjechałam tramwajem pod blok Tomka. Dzieci już na mnie czekały – trochę zaspane, ale uśmiechnięte. Zosia miała na sobie legginsy i cienką kurteczkę. Antek – kurtkę rozpiętą i buty bez wkładek. Spojrzałam z niedowierzaniem.
– No pięknie... Zamarzniecie zanim dojdziemy do przystanku – mruknęłam.
Wciągnęłam im na głowy czapki, poprawiłam szaliki. W tramwaju dzieci rozmawiały o tym, jakie kolory będą mieć królowie, czy będą konie, i czy naprawdę ludzie śpiewają na ulicy. Cieszyłam się, że są zaciekawione. To był sukces.
Na rynku zebrał się już tłum. Kolorowe korony, śpiewniki, dzieci przebrane za pastuszków, ktoś rozdawał gorącą herbatę. Przyszły też dzieci z pobliskich szkół. Orszak ruszył. Kolędy, dźwięki dzwoneczków, śmiech. Zosia zaczęła śpiewać, Antek szedł poważnie, jakby czuł się częścią jakiejś ważnej misji.
Czułam dumę. Taką cichą, babciną. Że się udało, że są tu razem ze mną. A potem zobaczyłam Kasię.
Straciłam grunt pod nogami
Wyróżniała się w tłumie. Nie miała korony, nie śpiewała. Szła szybkim, zdecydowanym krokiem, rozglądając się nerwowo. W ręce telefon, na twarzy miała wypisany gniew. Wiedziałam, że będzie afera.
– Zosia! Antek! Do mnie natychmiast! – zawołała ostro.
Dzieci zamarły. Zosia ścisnęła mocniej moją rękę. Antek spojrzał na mnie z przestrachem. Nie ruszyły się.
– Mamo, dlaczego nie odbierasz telefonu?! – Kasia stanęła przede mną z wyrzutem.
– Przepraszam, miałam wyciszony. Coś się stało?
– Tak. Dzieci miały być tylko na chwilę. A są już tu godzinę! Poza tym widzę, że Antek zmarzł, a Zosia zaraz zgubi tę koronę i będzie płacz!
– Nie płaczę! – rzuciła Zosia.
– Chciały być tu dłużej, Kasiu. Śpiewały, były szczęśliwe – wtrąciłam.
– Mamo, proszę cię. Dzieci, idziemy. Dość już tych pokazówek. Idziemy na gorącą czekoladę, jak obiecałam.
Zosia zawahała się, spojrzała na mnie.
– Mogę zostać? Chcę zobaczyć jeszcze teatrzyk – szepnęła.
– Nie, Zosiu. Mówiłam, że dziś pójdziemy tylko na chwilę. Nie chcę, żebyś znowu zmarzła.
I tyle. Wzięła dzieci za ręce i odeszła. Stałam pośród śpiewającego tłumu, z pustym termosikiem i uczuciem, jakby ktoś usunął mi grunt spod nóg.
Poczułam się samotna
Wróciłam do domu zmęczona, jak po górskiej wyprawie. Mimo że była dopiero piętnasta, zapaliłam wszystkie lampki w kuchni. Tak bardzo nie chciałam tej ciszy. Włączyłam czajnik. Ugotowałam kaszę jaglaną z jabłkiem i cynamonem. Miała być dla dzieci. Miały siedzieć przy stole, parskać śmiechem i opowiadać o orszaku. Zamiast tego siedziałam sama, wpatrując się w parujący talerz. Nawet nie miałam ochoty jeść.
W tle leciało radio – ktoś śpiewał „Mędrcy świata, monarchowie…”, a ja pomyślałam, że monarchowie może i mieli złoto i mirrę, ale ja dziś mam tylko samotność i niesmak. I gorzką myśl, że chyba naprawdę nikt już nie chce tych moich opowieści o wartościach.
Telefon zadzwonił dopiero wieczorem.
– Mamo, przepraszam za Kasię – powiedział Tomek cicho. – Trochę przesadziła. Chyba się przestraszyła, że robisz z dzieci świętoszków.
– To były tylko kolędy, Anioł, dzieci z przedszkola. Nawet nie weszliśmy do kościoła – odparłam zmęczonym głosem.
– Ona po prostu... boi się, że przekażemy im coś, co potem będzie trzeba odkręcać. Taka jest. A ty... ty miałaś dobre intencje. I one to wiedzą. Wiem, że je kochasz.
– A one? – spytałam cicho.
– Też. I też cię potrzebują. Mimo wszystko.
Nie powiedziałam już nic więcej. Po prostu się rozłączyliśmy. I wtedy pierwszy raz tego dnia... popłakałam się.
Taką babcią chcę być
Minął tydzień pełen milczenia. Nie dzwoniłam, nie pisałam. Nie chciałam niczego wymuszać. Może to dziecinne, ale naprawdę nie miałam już siły na walkę. Chciałam tylko być babcią. Dopiero w czwartek po południu ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam niechętnie, z ręcznikiem w ręku. Na progu stała Zosia.
– Babciu?
Zsunęła z głowy czapkę i uśmiechnęła się niepewnie.
– Mogę wpaść na drożdżówki? I może... opowiesz mi jeszcze raz o tych trzech królach?
Zamarłam. Nie pytała, czy są jakieś bajki w telewizji. Nie mówiła o czekoladzie. Chciała opowieści. Chciała mnie.
– Pewnie, kochanie. Chodź – powiedziałam i otworzyłam jej szeroko drzwi.
Usiadła przy stole, napiła się kakao i słuchała. Opowiadałam o królach, o długiej drodze przez pustynię, o tym, że każdy niósł coś innego, ale wszyscy szli w tym samym celu. O tym, że nie trzeba być idealnym, żeby iść w stronę dobra. Nie moralizowałam, nie przekonywałam. Po prostu mówiłam. Bo może właśnie tak przekazuje się wartości – nie przez dyskusję, tylko przez obecność.
Zosia zapytała:
– Babciu, a jak myślisz, który z królów był najodważniejszy?
Zawahałam się.
– Ten, który poszedł mimo wątpliwości. Może ten, który nie był pewny, czy wierzy, ale mimo to ruszył w drogę. Może tak jak ty – odpowiedziałam z uśmiechem.
Pocałowała mnie w policzek, a potem poszła. A ja długo siedziałam przy stole, patrząc na pusty kubek i okruszki po drożdżówce. Nie wiem, co z tego zapamięta. Może nic, może tylko smak słodkiej bułki, może zapach kakao. Może tylko to, że u babci zawsze było bezpiecznie. Ale może też – kiedyś – przypomni sobie, że wiara to nie przymus, nie regułki. To coś, co się czuje przy kimś, kogo się kocha.
Może nie zmienię całego świata. Może nawet nie zmienię Kasi. Ale dziś, przez chwilę, byłam tym, kim naprawdę chcę być. Babcią, która daje coś więcej niż tylko słodycze i prezenty.
Helena, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa ostrzegała, żeby nie prać przed sylwestrem. Nie posłuchałam jej i żałuję, bo nowy rok zaczął się pechowo”
- „Kumple się śmieją, że mam 30 lat i ciągle mieszkam z rodzicami. Dla nich to totalny obciach, a dla mnie wieczne wakacje”
- „Kiedy teściowa złożyła mi życzenia noworoczne, chciało mi się płakać. W 2026 roku jej noga nie postanie w moim domu”

