„Z zazdrości o moją żonę sam wepchnąłem ją w ramiona innego. Podejrzewałem zdradę tak długo, aż stała się faktem”
„Wreszcie poczułem coś na kształt satysfakcji. Myślałem, że jeśli jest niewinna, to będzie walczyć o nas mocniej. A jeśli ma coś na sumieniu, zacznie uciekać. Analizowałem jej gesty, ton głosu, nawet to, jak odkłada telefon. Zwiększałem presję”.

Zawsze potrzebowałem dowodów. W pracy to była zaleta – liczby nie kłamały. W domu próbowałem stosować tę samą zasadę, jakby uczucia dało się zamknąć w tabeli. Z Moniką tworzyliśmy spokojne małżeństwo, przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz. A jednak od kilku miesięcy obserwowałem ją jak podejrzany przypadek. Późne powroty, uśmiechy do telefonu, zamyślenie. Zamiast zapytać, zacząłem planować. Chciałem prawdy. Nawet jeśli miałbym ją sam sprowokować.
Specjalnie ją prowokowałem
Pierwszy raz zacząłem ją wypytywać zupełnie bez przygotowania. Stała przy zlewie i wycierała talerze, kiedy powiedziałem to tonem chłodniejszym, niż zamierzałem.
– Znowu wróciłaś po dziewiętnastej.
– Miałam spotkanie z klientem, mówiłam ci rano – odpowiedziała spokojnie.
– Oczywiście. Ostatnio tych spotkań jest wyjątkowo dużo.
Odłożyła ścierkę. Patrzyła na mnie przez chwilę, jakby próbowała zrozumieć, czy żartuję.
– Damian, o co ci chodzi?
Wzruszyłem ramionami.
– O nic. Po prostu zauważam fakty.
To słowo zawisło między nami. Fakty. Jakbym prowadził dochodzenie, a nie rozmowę z żoną.
Przez kolejne dni podkręcałem napięcie. Krytykowałem drobiazgi – że zapomniała kupić pieczywa, że rachunki leżały nieopłacone jeden dzień dłużej, że coraz rzadziej jemy razem kolację.
– Może dom przestał być dla ciebie ważny – rzuciłem kiedyś przy stole.
– To nieprawda – odpowiedziała cicho. – Staram się jak zawsze.
– Nie wygląda na to.
Widziałem, jak zaciska palce na kubku z herbatą. Była zraniona, ale jeszcze próbowała.
– Jeśli coś podejrzewasz, powiedz wprost – poprosiła któregoś wieczoru, siadając naprzeciwko mnie. – Nie umiem walczyć z twoim milczeniem.
A ja milczałem. Uznałem, że brak konkretów będzie bardziej skuteczny. Niech sama zacznie się tłumaczyć. Zamiast tego zaczęła się wycofywać. Przestała inicjować rozmowy. Gdy wracałem z pracy, nie opowiadała już o swoim dniu. Kiedyś próbowała objąć mnie od tyłu, gdy stałem przy oknie.
– Brakuje mi ciebie – powiedziała szeptem.
Odsunąłem jej dłonie.
– Może powinnaś zastanowić się, dlaczego.
Odskoczyła, jakby dotknęła czegoś gorącego.
– Nie rozumiem, co się z tobą dzieje.
Wtedy poczułem coś na kształt satysfakcji. „Jeśli jest niewinna”, pomyślałem, „będzie walczyć mocniej. Jeśli ma coś na sumieniu, zacznie uciekać”. Analizowałem jej gesty, ton głosu, nawet to, jak odkłada telefon na stół.
Zacząłem też celowo wracać później z pracy. Chciałem, żeby poczuła niepewność. Kiedy pytała, gdzie byłem, odpowiadałem zdawkowo.
– Miałem swoje sprawy.
– Jakie sprawy?
– Takie, o których nie muszę raportować.
Patrzyła na mnie wtedy z niedowierzaniem.
– To nie jest wyścig, Damian. Dlaczego robisz ze mnie przeciwnika?
Nie odpowiedziałem. W głowie miałem już gotowy plan: zwiększyć presję, sprawdzić, jak daleko się posunie. Byłem przekonany, że kontroluję sytuację. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że każdy chłodny gest jest jak kolejna cegła w murze między nami. Po dwóch tygodniach w domu zapanowała cisza, która bolała bardziej niż krzyk. Monika przestała pytać. Zaczęła żyć obok mnie, a nie ze mną. A ja, zamiast się zatrzymać, uznałem to za potwierdzenie swoich podejrzeń.
Coś było na rzeczy
Monika przestała się tłumaczyć. To było gorsze niż kłótnie. Wracała z pracy, odkładała torebkę, pytała mechanicznie, czy zjem kolację, a potem zamykała się w sypialni z laptopem. Kiedyś siadała obok mnie i opowiadała o ludziach z biura. Teraz słyszałem tylko pojedyncze zdania.
Pewnego wieczoru sama wspomniała nowe imię.
– Pracuję teraz blisko z Tymonem. Przejął część projektu, jest bardzo dokładny.
Skinąłem głową, jakby mnie to nie obchodziło.
– Rozumiem, że skoro jest taki dokładny, to spędzacie razem sporo czasu.
Westchnęła.
– To tylko współpracownik.
„Na razie” – dopowiedziałem w myślach.
Kilka dni później zobaczyłem, jak w kuchni uśmiecha się do telefonu. Delikatnie, niemal nieśmiało. Takiego uśmiechu od dawna nie widziałem skierowanego do mnie.
– Co cię tak bawi? – zapytałem.
– Nic szczególnego. Żart z pracy.
– Od Tymona?
Zamarła na sekundę.
– Tak. Ale to naprawdę nic takiego.
Przytaknąłem, choć w środku mnie narastało napięcie. Zamiast jednak wybuchnąć, zmieniłem taktykę. Stałem się jeszcze chłodniejszy. Krótkie odpowiedzi, brak spojrzeń, żadnego zainteresowania.
Któregoś wieczoru usiadła naprzeciwko mnie przy stole.
– Damian, ja już nie mam siły. Jeśli uważasz, że cię zdradzam, powiedz to wprost.
Patrzyłem na nią długo.
– Może powinnaś wreszcie przyznać się do tego, o co cię podejrzewam. Przynajmniej przestalibyśmy udawać.
Jej twarz pobladła.
– Ty słyszysz, co mówisz?
– Mówię tylko, że twoje zachowanie jest jasne.
– Jasne dla kogo? Dla ciebie?
Wstała gwałtownie, ale po chwili opadła z powrotem na krzesło.
– Wiesz, co jest najgorsze? – zapytała. – Że ja naprawdę nic nie zrobiłam. A czuję się, jakbym już była winna.
Nie odpowiedziałem. W głowie miałem tylko jedną myśl: jeśli jest lojalna, będzie walczyć. Jeśli nie – podda się.
Tydzień później zauważyłem zmianę. Przestała reagować na moje zaczepki. Gdy rzucałem kolejną aluzję, wzruszała ramionami. Gdy wracała późno, nie tłumaczyła się już. Cisza stała się jej tarczą.
Pewnego popołudnia odebrałem ją z pracy, bo mieliśmy jechać do mojej matki. Wyszła z budynku w towarzystwie mężczyzny, którego od razu rozpoznałem. Musiał to być Tymon. Rozmawiali swobodnie. On coś powiedział, a ona się roześmiała – tak naturalnie, jak kiedyś przy mnie.
Gdy wsiadła do samochodu, zapytałem:
– Miło było?
– Co masz na myśli?
– Towarzystwo.
Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.
– To jest właśnie problem. Cokolwiek zrobię, ty widzisz w tym zdradę.
– A nie powinienem?
Zamilkła. Przez resztę drogi nie odezwała się ani słowem. Tamtego wieczoru po raz pierwszy poczułem niepokój, który nie był zimną satysfakcją. Ona już nie walczyła. Nie próbowała mnie przekonać. Jakby coś w niej naprawdę zgasło. Zrozumiałem, że wymyka mi się spod kontroli. A ja przecież chciałem tylko jednego – mieć rację i kontrolę.
Nie uciekała już od tematu
Od chwili, gdy zobaczyłem ją śmiejącą się z Tymonem, przestałem spać spokojnie. W głowie odtwarzałem tamtą scenę jak nagranie. Analizowałem każdy gest, każde spojrzenie. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej byłem przekonany, że mam rację.
Zacząłem sprawdzać jej telefon. Robiłem to metodycznie. Gdy brała prysznic, gdy wynosiła śmieci, gdy schodziła do sklepu po coś drobnego. Serce biło mi szybciej, ale tłumaczyłem sobie, że to konieczne. Szukałem prawdy.
Na początku nie znalazłem nic poza służbowymi wiadomościami. Potem trafiłem na rozmowę zapisaną pod imieniem „T.”.
– „Dziękuję, że dziś mnie wysłuchałeś. To było dla mnie ważne”.
– „Nie musisz dźwigać wszystkiego sama”.
– „Przy tobie czuję spokój”.
Czytałem te zdania kilka razy. Nie było tam wielkich deklaracji. Była czułość, której ja jej odmawiałem od miesięcy. Zrobiłem zdjęcia ekranowi. Następnego dnia w pracy wydrukowałem rozmowę. Kartki trzymałem w teczce jak trofeum.
Wieczorem położyłem je na stole.
– Możesz mi wyjaśnić, co to jest? – zapytałem chłodno.
Spojrzała na kartki, potem na mnie. Nie zaprzeczyła.
– Czytałeś moje wiadomości?
– Odpowiedz na pytanie.
Usiadła powoli.
– Tak. Rozmawialiśmy. Zbliżyłam się do niego.
Czekałem na usprawiedliwienia, na próbę umniejszania sprawy. Nic takiego nie nastąpiło.
– Dlaczego? – zapytałem.
Uśmiechnęła się smutno.
– Bo przy nim nie czułam się oskarżona. Kiedy mówiłam, że jest mi trudno, on nie odpowiadał milczeniem. Damian, ja od miesięcy próbowałam do ciebie dotrzeć.
– Czyli to moja wina? – podniosłem głos.
– Nie chodzi o winę. Chodzi o to, że przestałeś ze mną być. Zamknąłeś się i obserwowałeś mnie jak podejrzaną. Ty zacząłeś mnie zdradzać pierwszy – emocjonalnie.
Te słowa uderzyły mocniej niż wszystkie wiadomości.
– Czy ty go kochasz? – zapytałem po chwili.
– Nie wiem. Wiem, że przy nim nie czuję samotności.
Nagle zrozumiałem, że triumf, którego się spodziewałem, nie nadchodzi. Miałem dowód. Miałem rację. A jednak czułem tylko pustkę.
– Jak długo to już trwa? – zapytałem ciszej.
– Od kiedy przestałeś ze mną rozmawiać.
W tym zdaniu zawierało się wszystko. Każda moja aluzja, każdy chłodny gest, każde celowe milczenie. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak obcy ludzie. Kartki z wiadomościami leżały między nami jak granica, którą sam wyznaczyłem. Zrozumiałem wtedy coś, czego nie brałem pod uwagę: ten dowód nie był odkryciem. Był efektem.
Wreszcie miałem rację
Po tamtej rozmowie w domu zapanowała cisza, która miała zupełnie inny ciężar niż wcześniej. To nie była już gra ani próba sił. To było zmęczenie. Monika spakowała torbę następnego ranka. Stałem w przedpokoju i patrzyłem, jak składa swetry z dokładnością, która mnie bolała.
– Wyprowadzasz się do niego? – zapytałem.
– Nie – odpowiedziała spokojnie. – Do Karoliny. Potrzebuję przestrzeni. Nie uciekam do Tymona. Uciekam od tego, co tu się stało.
Chciałem powiedzieć, że to ona zniszczyła nasze małżeństwo. Słowa jednak nie przeszły mi przez gardło. Widziałem, że nie ma w niej triumfu ani buntu. Było zmęczenie. Zostałem sam w mieszkaniu, które nagle wydało się zbyt duże. Przez kilka godzin chodziłem z pokoju do pokoju, jakbym szukał czegoś, co wypadło mi z kieszeni.
Zadzwoniłem do mojej siostry, Lidki.
– Ona mnie zdradziła – powiedziałem bez wstępu.
– A ty co zrobiłeś wcześniej? – zapytała spokojnie.
Opowiedziałem jej wszystko. O prowokacjach, o sprawdzaniu telefonu, o wydrukowanych wiadomościach. Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Wiesz, jak to brzmi? – odezwała się w końcu. – Jakbyś budował scenariusz i dopilnował, żeby się spełnił. Bałeś się, że cię zostawi, więc zrobiłeś wszystko, żeby miała powód.
– Chciałem tylko znać prawdę.
– Nie. Chciałeś mieć rację.
Te słowa bolały, bo były trafne.
Przez kolejne dni analizowałem każdy etap wydarzeń. Przypominałem sobie momenty, gdy mogłem wybrać inaczej. Kiedy mogłem powiedzieć: „Boję się, że cię tracę”, zamiast: „Masz podwójne życie”. Kiedy mogłem przyjąć jej uścisk, zamiast się odsunąć.
Po czterech dniach Monika wróciła. Usiadła naprzeciwko mnie przy stole, przy którym kilka dni wcześniej położyłem wydruki.
– Rozmawiałam dużo. Z Karoliną, z samą sobą – zaczęła mówić. – I wiem jedno na pewno: nie potrafię wrócić do tego, co było.
Serce zabiło mi szybciej.
– Chcę zakończyć tę relację – powiedziała spokojnie. – Nie dlatego, że pojawił się ktoś trzeci. Tylko dlatego, że przestałam czuć się twoją żoną. Czułam się oskarżoną, którą trzeba obserwować.
– A Tymon? – zapytałem cicho.
– To nie jest rozwiązanie. On był odpowiedzią na pustkę. Ale ta pustka powstała tutaj.
Nie płakała. Ja też nie. Może dlatego, że oboje byliśmy już po drugiej stronie emocji.
– Nie będę z nim – dodała po chwili. – Ale nie będę też z tobą. Potrzebuję zacząć od nowa. Sama.
Wtedy dotarło do mnie, że przegrałem nie z innym mężczyzną. Przegrałem z własnym lękiem. Nie było wielkiej sceny ani trzaskania drzwiami. Pomogłem jej znieść walizkę. Kiedy zamknęły się drzwi, w mieszkaniu zrobiło się cicho jak nigdy wcześniej.
Nie było triumfu
Dziś potrafię już nazwać to, czego wtedy nie umiałem przyznać. Bałem się zdrady tak bardzo, że zacząłem traktować ją jak coś nieuniknionego. Każdy jej uśmiech interpretowałem jako zagrożenie. Każde milczenie jako dowód winy. Chciałem mieć kontrolę. Chciałem udowodnić, że mam rację. I rzeczywiście – zdobyłem dowód. Tylko że ten dowód był skutkiem moich działań. Sprowokowałem dystans, potem samotność, a na końcu decyzję.
Najtrudniejsze było uświadomienie sobie, że Monika nie odeszła do innego mężczyzny. Odeszła ode mnie – tego, którym się stałem. Nie ma już powrotu do naszego małżeństwa. Podpisaliśmy dokumenty rozwodowe kilka miesięcy później, spokojnie, bez wzajemnych oskarżeń. Ona zaczęła nowe życie w innym mieszkaniu. Ja zostałem z ciszą i z lekcją, której długo nie chciałem przyjąć.
Największym paradoksem jest to, że przez całe życie bałem się, że ktoś mnie zrani, więc sam wyprzedziłem cios. Tyle że ten cios wymierzony był w nas oboje. Nie przegrałem z kimś innym. Przegrałem z własną potrzebą pewności i zazdrością.
Damian, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie wzięliśmy rozwodu, by nie rozbijać rodziny. To był największy błąd, jaki popełniliśmy w życiu”
- „Mój mąż wrócił z delegacji w Warszawie bez obrączki. Wmawiał mi, że ją zgubił, ale prawda wyszła na jaw przez 1 SMS”
- „Wyjeżdżając w góry, chciałam tylko odrobiny spokoju. Jedno spotkanie z nieznajomym wywołało prawdziwą lawinę uczuć”

