„Z wyjazdu w góry wróciłam bez ukochanego. Pewnej nocy zobaczyłam coś, czego do teraz nie potrafię zapomnieć”
„Stałam w ciemnym korytarzu, nasłuchując. Próbowałam odejść, wrócić do salonu, usiąść na kanapie i wmówić sobie, że nic nie słyszałam, ale nie mogłam. Nie mogłam oderwać nóg od podłogi. Zamiast tego stałam tam, słuchając dźwięków, które mówiły więcej niż słowa”.

- Redakcja
Nie sądziłam, że coś się psuje. Naprawdę. Przez dziesięć lat uczyłam się tego człowieka — znałam jego ulubioną kawę, sposób, w jaki rozkłada ramiona, gdy chce mnie objąć, zapach jego skóry, gdy zasypiałam obok. Łukasz, mój Łukasz.
– Jedziemy w góry, pamiętasz? – powiedziałam mu któregoś wieczoru, próbując wywołać uśmiech.
– Zobaczymy – mruknął, nie odrywając wzroku od telefonu.
Zobaczymy. To słowo, które pojawiało się coraz częściej, zamiast „tak, kochanie” albo „już nie mogę się doczekać”. Jeszcze parę miesięcy temu planowaliśmy razem wszystko — nawet, który szlak wybrać, ile zabrać termosów i czy wziąć raczki. Kiedyś związek z Łukaszem dawał mi poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Teraz… on był coraz bardziej nieobecny.
Zdecydowaliśmy się na wyjazd w góry z paczką znajomych. Mieliśmy odpocząć, wrzucić luz, może znowu zbliżyć się do siebie. I pierwszego dnia naprawdę tak było. Śmiech przy ognisku, rumiane twarze po nartach biegowych, rozmowy do późna w nocy. Ale już wtedy… coś we mnie drgnęło.
Karina, nowa w ekipie. Włosy spięte w niedbały kok, wystające spod czapki, zadbane paznokcie i wieczny uśmiech. Była piękna. I była wszędzie, a zwłaszcza przy Łukaszu. Nie chciałam panikować. Przecież to ja byłam jego partnerką od dziesięciu lat. Od zawsze. Ale już wtedy czułam… chłód. I to nie z powodu temperatury.
Nie chciałam być zazdrosna
Drugiego dnia zaczęłam liczyć. Nie godziny, tylko momenty, w których Łukasz „akurat gdzieś był”. Raz z Kariną poszli sprawdzić trasę kuligu, innym razem jechali razem po coś do sklepu, chociaż wcześniej ustalaliśmy, że zakupy zrobimy wspólnie. Gdy pytałam, odpowiadał spokojnie, jakby nie rozumiał, dlaczego to w ogóle mnie interesuje.
– Gdzie byliście tak długo? – zapytałam, gdy wrócili z jakiegoś wyjścia, śmiejąc się pod nosem.
– Karina nie zna okolicy, pokazywałem jej skrót. Poza tym szukaliśmy otwartego sklepu, przecież sama mówiłaś, że chcesz więcej herbaty.
Patrzył na mnie spokojnie, ale wiedziałam, że dobrze słyszał ton mojego głosu. Odwrócił się szybko, jakby nie chciał już przedłużać rozmowy.
Przy kolacji siedzieliśmy w większej grupie. Ja, jak zawsze, między ludźmi. Łukasz też, ale nie obok mnie. Zajął miejsce naprzeciwko, Karina po jego lewej. Zaśmiał się głośno z jakiegoś jej komentarza, pochylił się, coś powiedział jej na ucho. Czułam się, jakbym patrzyła na scenę w filmie, w którym przez przypadek zostawiłam włączony dźwięk, ale obraz był mi całkowicie obcy.
– Ej, widziałaś, jak Łukasz żartuje z Kariną? – zagadnęła mnie Aneta, jedna z dziewczyn z ekipy. – Fajnie, że tak się dogadują, co?
Uśmiechnęłam się i skinęłam głową. Powiedziałam, że jasne, że super. A potem napiłam się grzańca i wróciłam do rozmowy o planach na jutro. Wszystko z zaciśniętym gardłem i ręką, która mimowolnie ściskała serwetkę pod stołem. Nie miałam dowodów, niczego konkretnego, a jednak każde ich spojrzenie, każde „przypadkowe” zetknięcie ramion, każde wspólne zniknięcie pod pozorem zorganizowania czegokolwiek sprawiało, że robiło mi się zimno.
– Muszę się ogarnąć – mówiłam sobie w myślach. – Nie będę zazdrosna. Nie będę się ośmieszać.
Ale potem on wychodził z nią znów, bez słowa do mnie, jakby zapomniał, z kim tu przyjechał. I ta myśl, że przecież mogłabym być zupełnie gdzie indziej, że mogłabym nie istnieć – wtedy czułam to już bardzo wyraźnie. Coś się działo. Coś, czego nie chciałam jeszcze nazwać.
Wszystko słyszałam
Tego wieczoru nie potrafiłam się skupić na niczym. Śmiechy, rozmowy, dźwięk łyżek w talerzach – wszystko to brzmiało jak zza szyby. Siedziałam przy stole, obok mnie Aneta i Paweł, naprzeciwko Karina i Łukasz. Miałam wrażenie, że cały wieczór kręci się wokół ich dialogów. On rzucał jakieś hasło, ona łapała je natychmiast, odgrywała swoją rolę z łatwością, jakby trenowali to wcześniej.
– Serio? Ty naprawdę boisz się koni? – zapytała Karina z udawanym zdziwieniem, a Łukasz pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko.
– A ty nie? Przecież one mają większe oczy niż moja matka, jak się wkurzy.
Stół wybuchnął śmiechem. Ja też się uśmiechnęłam, ale wymuszenie tego gestu kosztowało mnie więcej niż cały dzień chodzenia po szlaku. Ich dialogi nie były nawet wyjątkowo zabawne. Po prostu reszta chciała się śmiać. Może potrzebowali tej lekkości. Może ja też, ale nie potrafiłam.
Wyszłam wcześniej. Powiedziałam, że boli mnie głowa, że muszę się położyć. Telefon zostawiłam na stole, nieświadomie. Albo celowo – nie pamiętam. Kiedy wróciłam po niego, w domu było ciemno. Cicho. Słyszałam tylko szum wody z łazienki na piętrze. I śmiech. Cichy, przytłumiony. Znałam ten śmiech.
Podniosłam stopę, zrobiłam pierwszy krok na schodach. Stanęłam i usłyszałam odgłos klamki. Chwilowe zamieszanie, a potem ściszony głos Łukasza.
– Czekaj, nie teraz.
Potem chichot Kariny. Wyraźniejszy, swobodny. Po chwili znów cisza, aż głucha. Stałam w ciemnym korytarzu, nasłuchując. Próbowałam odejść, wrócić do salonu, usiąść na kanapie i wmówić sobie, że nic nie słyszałam, ale nie mogłam. Nie mogłam oderwać nóg od podłogi. Zamiast tego stałam tam, jak idiotka, słuchając dźwięków, które mówiły więcej niż słowa.
Nie było w nich nic romantycznego. Żadnych szeptów, żadnych prób ukrycia czegokolwiek. Tylko ciężki oddech, stłumione dźwięki, szmer rozrzucanych ubrań. Bez wstydu, bez wahania. Nie krzyczałam, nie wbiegłam na górę. Nie zrobiłam awantury, tylko słuchałam. Każdy dźwięk był jak cios.
Wróciłam na dó i wzięłam telefon. Osunęłam się na sofę w salonie, owinięta kocem, patrząc w ciemność. Nie miałam siły myśleć, co dalej.
Nie mogłam tam zostać
Nie spałam tej nocy. Leżałam na kanapie, przykryta kocem, w ubraniach, w których zeszłam z kolacji. Słyszałam kroki na schodach, ciche zamykanie drzwi na piętrze, czyjś szept. Potem zapadła cisza. Taka, która nie przynosi ulgi, tylko ciąży. Ktoś zapalił światło w kuchni. Aneta wyszła po wodę.
– Marta, czemu śpisz tu? – zapytała półgłosem, jakby bała się obudzić dom.
– Chciałam mieć spokój – odpowiedziałam. – Głowa mnie bolała.
Przyjęła to bez dalszych pytań. Zgasiła światło i zniknęła. Zostałam sama z myślami, których nie umiałam uporządkować. Wszystko we mnie było napięte, ale bez wybuchu. Jakby emocje utknęły gdzieś w gardle i nie mogły się wydostać. Nad ranem usłyszałam kroki Łukasza. Zatrzymał się obok kanapy.
– Dobrze spałaś? – zapytał normalnym tonem, takim jak zawsze.
Otworzyłam oczy i spojrzałam w sufit.
– Tak – odpowiedziałam po chwili.
Nie spojrzał na mnie dłużej. Poszedł do kuchni, jakby nic się nie wydarzyło. Jakbyśmy wczoraj nie byli w tym samym domu, w tym samym czasie, a jednak w zupełnie innych światach.
Przy śniadaniu siedziałam cicho. Jadłam mechanicznie, uśmiechałam się, gdy ktoś coś do mnie mówił. Karina była w doskonałym humorze. Opowiadała o planach na dzień, śmiała się, poprawiała włosy. Łukasz dolewał sobie herbaty, unikał mojego wzroku. To wystarczyło.
Wyszłam po śniadaniu bez pośpiechu. Spakowałam kilka rzeczy, założyłam kurtkę, buty. Na stole w salonie zostawiłam kartkę. Tylko jedno zdanie: Nie wrócę z wami. Nie byłam gotowa krzyczeć. Nie byłam gotowa tłumaczyć się, zadawać pytań, słuchać kłamstw. Ale nie mogłam też dłużej milczeć, udając, że nic się nie stało. Wyszłam, zamykając za sobą drzwi. Nie wiedziałam jeszcze, dokąd pójdę. Wiedziałam tylko, że nie mogę zostać.
Chciałam stamtąd uciec
Szłam przed siebie, początkowo bez planu, pozwalając, by nogi same wybierały kierunek. Śnieg skrzypiał pod butami, powietrze było ostre i czyste, aż szczypało w płuca. Każdy oddech bolał, ale ten ból był prosty, fizyczny, łatwiejszy do zniesienia niż to, co kłębiło się we mnie od wczoraj.
Drzewa stały nieruchomo, oblepione bielą, jakby ktoś próbował je uciszyć. Świat wyglądał na zatrzymany, zawieszony w pół ruchu. Pomyślałam, że to dobre miejsce na ucieczkę. Nikt mnie tu nie znał, nikt niczego nie oczekiwał.
Przypomniałam sobie inny spacer, sprzed lat. Też zima, też góry. Łukasz wtedy szedł obok mnie, co chwilę łapiąc mnie za rękę, żebym się nie poślizgnęła. Śmiał się, że jestem zbyt ostrożna, a ja odpowiadałam, że on zbyt pewny siebie. Tamtego dnia było mi ciepło, mimo mrozu. Wtedy myślałam, że to zawsze będzie tak wyglądało.
Teraz szłam sama. Ramiona miałam napięte, dłonie schowane głęboko w kieszeniach. Nie płakałam. Mróz mi na to nie pozwalał. Łzy zamarzłyby zanim zdążyłyby spłynąć po policzkach. Może dlatego czułam ulgę. Nie musiałam się z nimi mierzyć.
Zatrzymałam się na chwilę, spojrzałam w dół doliny. Cisza była niemal absolutna. Żadnych głosów, żadnych kroków, żadnych wyjaśnień. Pomyślałam, że mogłabym tu zostać na dłużej, po prostu iść, aż skończy się droga albo siły. Zamiast tego ruszyłam dalej, wolno, równo, jakbym uczyła się od nowa stawiać kroki.
Nie wiedziałam, czy to koniec. Nie wiedziałam, czy jeszcze kiedyś wrócę do tamtego życia. Wiedziałam tylko, że ten marsz był jedyną rzeczą, która trzymała mnie w pionie. Śnieg przyjmował każdy mój ślad bez pytań.
Nie czułam strachu
Dotarłam do małego schroniska przy granicy lasu. Drewniany budynek, nieco przekrzywiony od czasu i śniegu, wyglądał jakby zapomniał, że ma gościć ludzi. Weszłam, od razu otuliło mnie ciepło i zapach herbaty z goździkami. W środku nie było nikogo poza starszym mężczyzną za ladą.
– Dużo pani przeszła? – zapytał spokojnie, jakby nie chodziło o kilometry.
– Trochę – odpowiedziałam i nie dodałam nic więcej.
Dał mi klucz do pokoju na poddaszu. Małe łóżko, jedno krzesło, czajnik. Tyle. I właśnie tyle potrzebowałam. Usiadłam na łóżku, zdjęłam kurtkę, wyciągnęłam telefon. Przez chwilę patrzyłam na ekran. Cisza, zero wiadomości, zero połączeń. Jakby Łukasz wiedział, że nie ma już po co pisać.
Wzięłam głęboki oddech, potem drugi. Czułam, jak spokój, którego nie znałam od dawna, napływa do mnie powoli, przez palce, przez skronie, przez kark. Włączyłam czajnik. W międzyczasie napisałam jedną wiadomość. Bez ozdobników, bez żalu. „Wiem o wszystkim. Nie wracam. Nie pisz do mnie”.
Herbata parzyła w usta, ale piłam ją łyk za łykiem. Siedziałam przy oknie i patrzyłam, jak niebo nad górami zaczyna ciemnieć. Nie miałam planu. Nie wiedziałam, co będzie jutro. Ale po raz pierwszy od dawna nie czułam strachu. Nie czułam też smutku. To było moje ostatnie „razem”. Zimno mi było tylko przez chwilę.
Nie zapomnę tamtego dnia
Siedziałam w pociągu przy oknie, opierając czoło o zimną szybę. Krajobraz przesuwał się powoli, jakby świat nie chciał się spieszyć razem ze mną. Góry znikały za zakrętem, a ja nie oglądałam się za siebie. W torbie miałam kilka ubrań, książkę i dokumenty. Nic więcej nie było mi potrzebne.
Nie wróciłam do domu. Wynajęłam małe mieszkanie w mieście, w którym nikt mnie nie znał. Ściany były puste, podłoga skrzypiała, a cisza wieczorami bywała ogłuszająca, ale była moja. Każdy dzień zaczynałam od kawy wypitej w spokoju. Nikt mnie nie ignorował, nikt niczego przede mną nie ukrywał.
Myślałam o tych dziesięciu latach często, ale bez sentymentu. Bardziej jak o czymś, co się wydarzyło, a nie jak o czymś, co mnie definiuje. Nie szukałam wyjaśnień, nie czekałam na wiadomości. Gdy telefon milczał, nie czułam pustki, tylko ulgę.
Tamten zimowy wieczór pamiętałam dokładnie. Każdy szczegół. Światło na schodach, dźwięk wody, własny oddech, zbyt głośny w ciszy. Tego jednego dnia nie dało się rozmyć ani poprawić. On został we mnie jak punkt odniesienia. Granica.
Nie było przebaczenia, była cisza. Taka, która nie rani, tylko porządkuje. Dziesięć lat to dużo. Ale nie pamiętałam żadnego dnia tak wyraźnie jak tamten. Teraz nie czekałam, tylko szłam dalej.
Marta, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gdy wyszło na jaw, że mój ukochany ma żonę, załamałam się. Za 9 miesięcy znów spojrzę w jego oczy”
- „Nie było nas stać na studniówkę, ale córka i tak poszła. Załamałam się, gdy wyznała, skąd wzięła na to pieniądze”
- „W Dniu Dziadka zamiast z laurką przyszłam z kwiatami na pogrzeb. Już nad trumną zaczęła się awantura o ziemię”

