„Z pensji sprzątaczki musiałam utrzymać dom i leniwego męża. To był jego plan idealny”
„Wracałam wykończona, brudna, z odciskami na dłoniach i plecami obolałymi od dźwigania wiader. A Robert? Najczęściej czekał już na mnie, z kawą i nowym pomysłem. – Wpadłem na coś genialnego! Musimy tylko zainwestować w sprzęt. Może pożyczyłabyś pieniądze od swojej siostry?”.

Nigdy nie wyobrażałam sobie, że moje małżeństwo zamieni się w opowieść, którą wstydziłabym się opowiedzieć komukolwiek. Zawsze myślałam, że związek to partnerstwo, a miłość polega na wspieraniu się w trudnych chwilach. Niestety, rzeczywistość pokazała mi zupełnie inną stronę życia. Zamiast bezpieczeństwa i oparcia, zyskałam męża, który żył w świecie własnych wyobrażeń, a mnie zostawił z całą odpowiedzialnością za codzienność. Ja pracowałam po kilkanaście godzin dziennie, sprzątając cudze domy, a on tylko snuł kolejne bajkowe plany i liczył na cud, który nigdy nie nadszedł.
Byłam ślepa na prawdę
Kiedy poznałam Roberta, od razu przyciągnął mnie swoją charyzmą. Opowiadał o życiu jak o wielkiej przygodzie, miał pełno planów na przyszłość, których nie byłam w stanie sobie nawet wyobrazić.
– Kiedyś będziemy podróżować, zobaczysz – mówił, a ja śmiałam się z jego entuzjazmu, nie myśląc, że to tylko słowa.
W tamtym czasie pracowałam już jako sprzątaczka, ale nie wstydziłam się tego – dawałam z siebie wszystko, żeby mieć na rachunki i coś odłożyć. On za to nieustannie zmieniał zajęcia, rzucał się na pomysły, które kończyły się szybciej, niż się zaczynały.
Z początku traktowałam to jako przejaw odwagi – miałam go za człowieka, który nie boi się marzyć, próbować, ryzykować. Myliłam się. Z czasem coraz częściej zauważałam, że Robert właściwie nie potrafi zagrzać miejsca nigdzie na dłużej.
– To nie jest praca dla mnie, oni się nie znają na zarządzaniu – tłumaczył kolejną porażkę.
Czas mijał, a on z każdym dniem stawał się bardziej bierny. Przestał nawet udawać, że szuka pracy. Ja wracałam wieczorami zmęczona, a on czekał na mnie z głową pełną nowych wizji na „lepsze jutro”.
– Kochanie, wytrzymaj jeszcze trochę. Już za chwilę wszystko się zmieni, obiecuję – mówił cicho, gdy widział moje łzy. Wtedy jeszcze wierzyłam, że rzeczywiście się zmieni.
Tylko puste słowa
Każdy kolejny dzień z Robertem był jak powtarzający się sen, z którego nie umiałam się obudzić. Rano wstawałam, zanim jeszcze słońce pojawiło się na horyzoncie. Cicho wychodziłam z domu, żeby nie budzić męża. Pracowałam w trzech miejscach: rano biura, potem dwa mieszkania, a wieczorami czasem jeszcze domy na obrzeżach miasta.
Wracałam wykończona, brudna, z odciskami na dłoniach i plecami obolałymi od dźwigania wiader. A Robert? Najczęściej czekał już na mnie, z kawą i nowym pomysłem.
– Wpadłem na coś genialnego! Musimy tylko zainwestować w sprzęt. Może pożyczyłabyś pieniądze od swojej siostry? – zaczynał, jakbyśmy byli bogaczami.
Nie miałam siły kłócić się z nim, tłumaczyć, że nie mamy nawet na czynsz.
– Robert, proszę cię, nie rozumiesz, że nie stać nas na żadne inwestycje? – rzucałam w przestrzeń, ale jego to nie obchodziło.
Czasami myślałam, że jest głuchy na wszystko, poza własnymi wizjami. Nawet gdy w sklepie odmawiałam sobie bułki, by wystarczyło na opłaty, on potrafił zamawiać jedzenie na dowóz i traktować to jak „inspirację do pracy”. Coraz częściej łapałam się na tym, że przestaję wierzyć w jakiekolwiek zmiany. Każdego dnia odkładałam pod dywan własne potrzeby i marzenia, żeby on mógł dalej żyć w swojej bajce.
Coraz mniej złudzeń
Z czasem między nami rosła cisza, która bolała bardziej niż jakiekolwiek kłótnie. Przestaliśmy rozmawiać o rzeczach ważnych – nie dlatego, że nie mieliśmy nic do powiedzenia, ale dlatego, że każde słowo tylko pogłębiało przepaść. Ja coraz częściej zamykałam się w łazience, udając, że sprzątam, a tak naprawdę płakałam, żeby nie musiał widzieć moich łez. On coraz dłużej spał, coraz rzadziej wychodził z domu, jakby świat go nie obchodził.
– Może byś się zatrudnił chociaż na pół etatu? – zaproponowałam pewnego wieczoru, kiedy widziałam, jak bezczynnie przewija strony na laptopie. Spojrzał na mnie z wyrzutem.
– Przecież ci mówiłem, mam plan, tylko muszę wszystko dobrze przemyśleć. Nie będę harował za grosze, jak ty – syknął, jakby moja praca była czymś gorszym. Te słowa bolały mnie mocniej, niż chciałam się przyznać.
Wtedy zrozumiałam, że mój mąż nie chce dorosnąć. On naprawdę wierzył, że bajka, którą sobie wymyślił, kiedyś się ziści. Ja za to przestawałam już wierzyć w cokolwiek. Z każdym dniem było mi coraz trudniej patrzeć mu w oczy i wmawiać samej sobie, że jeszcze coś nas łączy. Cisza stała się naszym domem.
Moje ostatnie złudzenie
Któregoś dnia wróciłam do domu wcześniej niż zwykle. Usłyszałam przez drzwi cichy śmiech i zapach świeżo parzonej kawy. Weszłam do środka – Robert siedział przy stole, rozmawiając przez telefon, wyraźnie zadowolony. Nie zauważył mnie od razu.
– Tak, kochanie, musisz mi zaufać, niedługo się odkuję... – słowa cięły mnie jak nóż.
Poczułam, jak wszystko się we mnie przewraca.
– Z kim rozmawiasz? – zapytałam chłodno, choć głos mi drżał. Robert zerknął na mnie z irytacją.
– Z kimś, kto wierzy we mnie bardziej niż ty – odpowiedział, odkładając telefon.
Przez moment staliśmy naprzeciw siebie jak obcy ludzie. Wtedy wybuchłam.
– Dość tego! – powiedziałam głośniej, niż zamierzałam. – Ja haruję, żebyśmy mieli na chleb, a ty żyjesz, jakby świat istniał tylko dla ciebie. Ile jeszcze mam czekać na cud, który się nie wydarzy? – głos mi się załamał, ale nie cofnęłam się ani o krok.
Robert zbył mnie machnięciem ręki, jakby nie rozumiał, że to nie jest już zwykła kłótnia. Po raz pierwszy od lat poczułam, że już nie jestem tylko widzem w jego bajce. Mój bunt nie był gwałtowny, ale był prawdziwy. Wiedziałam, że to początek końca naszej wspólnej opowieści.
Koniec iluzji
Następne dni były inne niż wszystkie wcześniejsze. Czułam w sobie ciężar, ale i dziwną ulgę. Robert udawał, że nic się nie stało – żył swoim rytmem, ignorował moją obecność i milczenie. Ja coraz bardziej skupiałam się na pracy, brałam dodatkowe zlecenia, żeby wieczorami wracać do pustego, cichego domu i nie musieć z nim rozmawiać. Coraz częściej myślałam o tym, co by się stało, gdyby mnie nagle zabrakło – czy w ogóle by to zauważył?
Jednej nocy, kiedy nie mogłam zasnąć, usłyszałam, jak Robert wychodzi z domu. Nie powiedział ani słowa. Rano zobaczyłam tylko pustą filiżankę po kawie i rozładowany telefon na stole. Nie próbowałam go zatrzymać, nie dzwoniłam. Po raz pierwszy to on wrócił później ode mnie – zmęczony, zamknięty w sobie, obcy. Przestał mówić o planach, przestał nawet udawać, że czegoś szuka.
Między nami nie zostało już nic prócz pustki i żalu. Zaczęłam poważnie myśleć o rozstaniu, choć przerażała mnie perspektywa samotności. Wiedziałam jednak, że życie z człowiekiem, który mnie nie widzi i nie szanuje, jest gorsze niż życie samej. W końcu powiedziałam to na głos.
– Nie chcę tak żyć, Robert. Nie umiem już wierzyć w twoje bajki.
Zaczęłam żyć własnym życiem
Po tamtym wieczorze już nic nie było takie samo. Nie było żadnej dramatycznej sceny ani łez. Robert po prostu spakował swoje rzeczy i wyszedł. Nawet się nie pożegnał. Zostałam w pustym mieszkaniu, patrząc na ściany, które przez lata były świadkami mojej pracy, zmęczenia i łez. Przez pierwsze dni bałam się tej ciszy, ale z czasem zaczęłam ją doceniać. Wreszcie mogłam usłyszeć własne myśli, poczuć siebie, nie będąc już tylko dodatkiem do czyichś marzeń.
Nie było łatwo. Samotność bolała, zwłaszcza gdy wracałam późnym wieczorem z pracy i nie miałam do kogo się odezwać. Zaczęłam jednak odkrywać, że mogę polegać na sobie. Znalazłam dodatkową pracę w pralni, potem odważyłam się zapisać na kurs dla osób, które chcą się przekwalifikować. Powoli budowałam swoje życie od nowa, bez złudzeń, ale też bez strachu, że ktoś znowu wmówi mi, że jestem winna jego porażkom.
Czasem jeszcze mijam Roberta na ulicy. Nie zatrzymuje się, nie patrzy mi w oczy. Ja też nie muszę już nic mówić. Wiem, że to, co najtrudniejsze, mam już za sobą. Z bajki zostały mi tylko blizny – ale są moje i nikt mi ich nie odbierze.
Justyna, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na walentynki pojechałam do sanatorium. Liczyłam na romantyczne randki z seniorami i może jakiś romans”
- „Uważałam, że synowa nie pasuje do naszej rodziny. Dopiero zdrada mojego syna otworzyła mi oczy na prawdę”
- „Podarowałem bestsellerowe perfumy żonie i mamie na walentynki. Chciałem dobrze, a wyszło jak zawsze”

