„Z okazji walentynek mąż pomógł mi w opiece nad dzieckiem. Nie wie, że to jego obowiązek, a nie dar od losu”
„Patrzyłam na swoje dłonie, zmęczone, popękane od mycia butelek i sprzątania po dziecku. Myślałam o tych wszystkich wieczorach, kiedy marzyłam tylko o tym, żeby ktoś w końcu przejął ode mnie obowiązki choć na godzinę, ale bez oczekiwania wdzięczności”.

- Redakcja
Nie lubiłam walentynek. Zawsze uważałam je za święto wymuszone, sztuczne, wymyślone chyba tylko po to, by sprzedawać kwiaty i czekoladki. Od kilku lat, odkąd urodziła się nasza córka, walentynki stały się jeszcze bardziej niepraktyczne. Miłość schodziła na drugi plan, a pierwsze skrzypce grały nieprzespane noce, kolki, kaszel i wieczny bałagan.
Tymczasem mój mąż, jak co roku, uznał, że to doskonały czas na „coś wyjątkowego”. Zawsze oczekiwał, że będę zaskoczona i wdzięczna za najmniejszy gest, który według niego miał uchodzić za bohaterstwo. A ja? Byłam zmęczona, rozdrażniona i coraz mniej miałam ochotę na romantyczne gesty, szczególnie wtedy, gdy za ścianą spała płaczliwa dwulatka.
Wiedziałam jednak, że ten wieczór przyniesie coś, co na długo utkwi mi w pamięci. Nie sądziłam tylko, że nie będzie to powód do radości.
Mąż przejął stery
Walentynkowy poranek nie różnił się niczym od innych dni tygodnia. Wstałam pierwsza, bo Zosia już od szóstej urządzała koncert. Ledwie zdążyłam nastawić ekspres, do kuchni wparował Michał, przeciągając się z miną męczennika.
– Kochanie, dzisiaj twoje święto, mam rację? – zapytał, niby żartobliwie, ale w jego oczach widziałam oczekiwanie.
– Moje? Myślałam, że walentynki to święto zakochanych, a nie matek w dresie – odparłam, zmieniając Zosi pieluchę w biegu.
Michał westchnął teatralnie, jakby to on całą noc nie spał przy dziecku.
– No to ja dzisiaj wszystkim się zajmuję! Ty odpocznij, a ja przejmuję stery. Dziecko, obiad, sprzątanie – wyliczał z dumą, zerkając, czy jestem pod wrażeniem.
Poczułam ukłucie irytacji. Z jednej strony, faktycznie miło, że chce mi „pomóc”, ale nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że traktuje to jak jakąś bohaterską ofiarę.
– Świetnie. W takim razie zostawiam ci pole do popisu – powiedziałam z lekkim uśmiechem, chociaż w środku buzowało mi już od emocji.
Zosia natychmiast zweryfikowała plany Michała, bo zaczęła płakać z powodu przelanej kaszki. Spojrzał na mnie, oczekując instrukcji, jakby miał do czynienia ze skomplikowanym mechanizmem, nie własnym dzieckiem.
Miałam z tego satysfakcję
Michał dwoił się i troił, ale rzeczywistość szybko zweryfikowała jego entuzjazm. Zosia nie zamierzała ułatwiać mu zadania – każda czynność była dla niej okazją do protestu. Obserwowałam to wszystko z kuchni, popijając zimną już kawę i z trudem powstrzymując się od komentarzy.
– Zosiu, no proszę, otwórz buzię… – próbował, podstawiając jej łyżeczkę, którą natychmiast wytrąciła mu z ręki.
– Zawsze tak jest? – spojrzał na mnie z autentycznym zdziwieniem, jakby pierwszy raz brał udział w tym cyrku.
– A jak myślisz? – odpowiedziałam tylko, wzruszając ramionami.
Zosia rozlała mleko, Michał potknął się o klocki na podłodze, potem szukał pieluch, choć leżały na widoku. Z każdą godziną jego mina była coraz bardziej przygaszona, a ja powoli czułam, jak wraca mi humor. Było coś satysfakcjonującego w patrzeniu, jak mąż odkrywa kulisy mojego codziennego życia, które dla niego było zwykłą rutyną, a dla mnie wyczynem na miarę maratonu.
Po południu Michał przyznał się do klęski.
– Masz jakieś tajne sposoby na te wszystkie awantury? – zapytał, masując sobie skroń.
– Miłość, cierpliwość i dużo kawy – odpowiedziałam i pierwszy raz tego dnia naprawdę się uśmiechnęłam.
Kolacja była porażką
Popołudnie mijało zaskakująco spokojnie. Michał, zmęczony, ale ambitny, postanowił przygotować „romantyczną kolację” dla nas dwojga. Zosia miała iść spać wcześniej, żebyśmy mogli „poczuć magię walentynek”, jak to określił z naiwną nadzieją. Posprzątał salon, rozłożył świeczki i nawet nakrył stół tym samym obrusem, który zwykle służył do lepienia plasteliny. Z kuchni dobiegały podejrzane odgłosy – stłuczona szklanka, syk wody na gorącym oleju i ciche przekleństwa pod nosem.
– Kochanie, co robisz? – zajrzałam przez drzwi, widząc jak mąż z przejęciem kroi pomidory.
– Zaraz zobaczysz, będzie niespodzianka – oznajmił, starając się zamaskować bałagan, ale i tak sos pomidorowy już ciekł mu po blacie.
Uśmiechnęłam się pod nosem. W głębi duszy doceniałam jego wysiłki, choć efekt był do przewidzenia. Ostatecznie na stole wylądowało lekko przypalone spaghetti i surówka z ogórka, której Zosia zdążyła już spróbować palcem.
– Kolacja gotowa, możesz się odprężyć – Michał usiadł z miną zdobywcy Mount Everestu, chociaż wyglądał raczej jak turysta zabłąkany w lesie.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, próbując udawać, że to wszystko jest właśnie tym, o czym zawsze marzyliśmy.
Ogarnęła mnie złość
Zosia zasnęła później niż zwykle. Siedzieliśmy się w ciszy i chodziliśmy na palcach, próbując nie skrzypieć podłogą, a Michał zaglądał co chwilę do jej pokoju, jakby chciał mieć pewność, że nic nie zakłóci naszych planów. W końcu, kiedy dom ucichł, usiadł obok mnie na kanapie, przeciągnął się ostentacyjnie i spojrzał wyczekująco.
– To co, teraz nagroda za cały dzień? – rzucił pół żartem, pół serio, a ja poczułam, jak ogarnia mnie złość.
Oparłam łokcie o kolana i przygryzłam wargę, żeby nie wybuchnąć.
– Michał, naprawdę uważasz, że za jeden dzień z dzieckiem należy ci się medal? – zapytałam cicho.
Zrobił zdziwioną minę, jakby nie rozumiał, o co mi chodzi.
– Przecież to był prezent dla ciebie. Myślałem, że się ucieszysz, że odpoczniesz, a potem… no wiesz… – spojrzał na mnie z nadzieją.
– Odpocznę? Przez cały dzień patrzyłam, jak walczysz z rzeczami, które ja robię codziennie. A potem miałam patrzeć na twoje zmęczenie i udawać, że jestem w nastroju na cokolwiek więcej?
Nie odpowiedział. W ciszy usiadł obok, zrezygnowany. Nawet nie próbował mnie przekonywać, bo czuł, że coś ważnego właśnie mu umknęło.
Byłam rozczarowana
Siedzieliśmy długo w milczeniu. Michał wpatrywał się w telewizor, choć nie sądzę, żeby cokolwiek do niego docierało. Ja patrzyłam na swoje dłonie, zmęczone, popękane od mycia butelek i sprzątania po dziecku. Myślałam o tych wszystkich wieczorach, kiedy marzyłam tylko o tym, żeby ktoś przejął ode mnie obowiązki choć na godzinę, bez oczekiwania wdzięczności.
Tymczasem on najwyraźniej liczył na fajerwerki za jednodniową zmianę ról.
– Wiesz, co jest najtrudniejsze? – odezwałam się w końcu, łamiąc ciszę. – To poczucie, że ty traktujesz moje życie jak dodatek, a swoje jak coś ważniejszego.
Michał podrapał się po głowie, zakłopotany.
– Nie chciałem cię urazić. Myślałem, że zrobię ci prezent… Przecież się starałem – powiedział w końcu, niemrawo.
– Może właśnie w tym rzecz. Ty się starasz raz na rok. Ja się staram codziennie – wyszeptałam, nagle czując łzy napływające do oczu.
Michał podszedł, objął mnie niezgrabnie, bez słów. Było w tym coś z rezygnacji, ale i zrozumienia. Nie padły wielkie deklaracje ani obietnice poprawy. Po prostu byliśmy razem – zmęczeni, trochę rozczarowani, ale jednak blisko.
Czegoś się nauczyłam
Ta noc nie przyniosła żadnych cudów. Nie było spektakularnego pojednania ani gorącej namiętności, na którą liczył Michał. Zasnęliśmy osobno, każde w swoim kącie – on na kanapie, ja z Zosią, która w środku nocy obudziła się z płaczem i nie dała się już odłożyć do łóżeczka.
Rano Michał próbował zachowywać się zwyczajnie, jakby nic się nie wydarzyło. Przygotował mi herbatę i cicho postawił ją na stole, nie patrząc mi w oczy.
Zwykły dzień po nieudanych walentynkach. Może i czułam zawód, ale było też we mnie poczucie, że coś w nim się zmieniło – nie w złym sensie, raczej jakby dotarło do niego, że rodzicielstwo to nie jest roczny test z nagrodą na końcu. Widziałam, jak bardziej zwraca uwagę na Zosię, jak z większym respektem odnosi się do mojej codziennej pracy. Nie robił już z siebie bohatera za każdym razem, gdy posprzątał po obiedzie.
Czego się nauczyłam po tych walentynkach? Że miłość nie rodzi się w jednym spektakularnym geście, tylko w tych wszystkich drobiazgach, których nikt nie widzi. I może nie dostanę kwiatów ani kolacji przy świecach, ale wystarczy mi, jeśli zobaczę, że moje codzienne życie naprawdę się liczy.
Kinga, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żona dała mi ultimatum: ona albo moje dzieci z pierwszego małżeństwa. Dziś żałuję swojej decyzji”
- „Wstydzę się wnuków, bo są rozpuszczone i niewychowane. Czasy mamy inne, ale szacunek do babci ma być niezmienny”
- „Pojechałam do sanatorium w Ciechocinku, żeby poczuć się kobietą. Na balu mnie poniosło i narobiłam sobie wstydu”

