„Z okazji walentynek dałam mamie czekoladowe serce. Zamiast podziękować za pamięć, znów mnie wyśmiała”
„Przez kilka dni nie dzwoniłam. To było nowe. Zwykle to ja łamałam ciszę, jakby brak kontaktu był moją winą. Tym razem jednak coś we mnie stwardniało. Czekoladowe serce wracało w myślach częściej, niż chciałam. Nie jako prezent, ale jako symbol wszystkiego, co zawsze było niewystarczające. Mama zadzwoniła w sobotę rano”.

Stałam w kolejce w małym sklepie z upominkami, ściskając w dłoni czekoladowe serce owinięte w czerwony papier. Wydawało mi się banalne, ale szczere. Nie uważałam, żeby to, co wymyślne, stanowiło zawsze najlepsze rozwiązanie — zwłaszcza na rodzinnym gruncie. Walentynki zawsze były dla mnie pretekstem, żeby powiedzieć „pamiętam”. Zwłaszcza jej. I chociaż znałam mamę na wylot, wciąż łudziłam się, że tym razem będzie inaczej.
Spojrzała na mnie krótko
Weszłam do mieszkania mojej matki chwilę po siedemnastej. Zawsze pilnowała godzin, jakby spóźnienie było osobistą zniewagą. Zdjęłam buty, poprawiłam włosy i przez moment stałam w przedpokoju, ściskając prezent w torbie. Z kuchni dochodził dźwięk odkładanej filiżanki.
— Już jesteś? — rzuciła bez odwracania się.
— Tak, mamo. Pomyślałam, że wpadnę na chwilę — odpowiedziałam i podałam jej torbę. — To na walentynki.
Spojrzała na mnie uważnie, jakby próbowała odgadnąć moje intencje. Rozchyliła papier, wyciągnęła czekoladowe serce i uniosła brew.
— Czekolada? — zapytała tonem, który znałam aż za dobrze. — Przecież wiesz, że nie powinnam jeść słodkiego wieczorem.
Zrobiło mi się gorąco. Jeszcze nawet nie zdążyła się uśmiechnąć.
— Pomyślałam, że to symboliczne. Lubiłaś kiedyś takie… — zaczęłam, ale weszła mi w słowo.
— Kiedyś. Teraz już nie jestem dzieckiem. — Odłożyła serce na blat, jakby było problemem do rozwiązania. — I mogłaś wybrać coś porządniejszego. Kwiatka chociaż.
Usiadłam przy stole, czując, jak w żołądku zbiera się znajome napięcie. Przez chwilę słuchałyśmy tylko tykania zegara.
— To tylko drobiazg — powiedziałam ciszej. — Chciałam sprawić ci przyjemność.
— Przyjemność to nie wszystko — westchnęła. — Trzeba też pomyśleć.
Patrzyłam, jak poprawia serwetki, jakby one były ważniejsze od tej rozmowy. Wtedy dotarło do mnie, że znów staram się zasłużyć na coś, co nigdy nie przychodziło łatwo. Na aprobatę.
— Zrobiłam to z serca, mamo — dodałam po chwili.
Spojrzała na mnie krótko.
— Wiem. Ale serce to za mało w życiu.
Te słowa zawisły między nami ciężkie i niewygodne. A czekoladowe serce leżało na blacie.
Zawsze coś było nie tak
Zostałam jeszcze chwilę, choć każda minuta wydawała się decyzją podjętą wbrew sobie. Mama krzątała się po kuchni, a ja udawałam, że wszystko jest w porządku. Zaparzyła herbatę, podała mi kubek bez spojrzenia.
— Jak w pracy? — zapytała, siadając naprzeciwko.
— Normalnie. Sporo obowiązków — odpowiedziałam ostrożnie.
— Zawsze tak mówisz — westchnęła. — A potem się dziwisz, że stoisz w miejscu.
Rozjuszył mnie ten ton. Spokojny, rzeczowy, a jednak podszyty czymś, co znałam od lat. Jakby każde moje zdanie było zaproszeniem do poprawki.
— Nie stoję w miejscu — odparłam szybciej, niż planowałam. — Staram się.
— Staranie to jedno, a efekty drugie — odpowiedziała bez wahania. — W twoim wieku powinnaś mieć już bardziej poukładane życie.
Poczułam, jak ściskam dłonie pod stołem. Chciałam powiedzieć, że mam swoje tempo. Że nie wszystko da się odhaczyć jak listę zakupów. Ale zamiast tego zapytałam:
— A co z prezentem? Naprawdę tak bardzo ci nie pasuje?
Spojrzała na blat, na którym wciąż leżało czekoladowe serce.
— Pasuje… jako gest — powiedziała po chwili. — Tylko ty zawsze robisz wszystko tak na pół gwizdka. Dobre intencje, ale brak wyczucia.
To zabolało bardziej, niż się spodziewałam. Przypomniałam sobie inne sytuacje: świadectwa, decyzje, wybory. Zawsze coś było nie tak. Zawsze można było lepiej.
— Wiesz, że to nieprawda — powiedziałam cicho. — Naprawdę się staram.
— Wiem, że tak myślisz — odpowiedziała. — Ale ja mówię, jak jest.
Wstałam od stołu. Krzesło zaskrzypiało głośniej, niż powinno.
— Chyba już pójdę — rzuciłam, sięgając po kurtkę.
— Obraziłaś się? — zapytała z nutą zdziwienia. — Zawsze taka wrażliwa.
Zatrzymałam się w przedpokoju.
— Nie. Po prostu jestem zmęczona słuchaniem, że ciągle robię za mało.
Nie odpowiedziała od razu. Gdy zamykałam drzwi, usłyszałam tylko:
— Kiedyś to zrozumiesz.
Schodząc po schodach, poczułam, że łzy same napływają do oczu. Nie przez czekoladę. Przez to, że znów wyszłam z poczuciem winy, choć przyszłam z czymś dobrym.
Nie planowałam tego wyznania
Przez kilka dni nie dzwoniłam. To było nowe. Zwykle to ja łamałam ciszę, jakby brak kontaktu był moją winą. Tym razem jednak coś we mnie stwardniało. Czekoladowe serce wracało w myślach częściej, niż chciałam. Nie jako prezent, ale jako symbol wszystkiego, co zawsze było niewystarczające. Mama zadzwoniła w sobotę rano.
— Przyjedziesz dziś? — zapytała, jakby między nami nic się nie wydarzyło.
— Nie wiem — odpowiedziałam zgodnie z prawdą. — Muszę chwilę odpocząć.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Znowu przesadzasz — powiedziała w końcu. — Ja tylko mówię, co myślę.
— Właśnie o to chodzi — odparłam, czując, że serce bije mi szybciej. — Ty zawsze mówisz. A ja zawsze mam słuchać.
Westchnęła ciężko.
— Chcę dla ciebie dobrze.
— Wiem. Ale twoje „dobrze” sprawia, że czuję się, jakbym ciągle była nie taka.
Nie planowałam tego wyznania. Wyszło samo, nagłe i nieodwracalne.
Spotkałyśmy się jednak po południu. W jej mieszkaniu było cicho. Na stole stała herbata i… to samo czekoladowe serce, już rozpakowane, z odłamanym kawałkiem.
— Spróbowałam — powiedziała, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. — Dobra była.
Usiadłam naprzeciwko niej. Przez chwilę milczałyśmy.
— Mamo — zaczęłam, patrząc jej w oczy. — Ja nie przychodzę do ciebie po ocenę. Tylko po bliskość.
Zmarszczyła brwi, jakby to słowo było obce.
— Nigdy nie byłam dobra w takie rzeczy — przyznała cicho. — Moja matka też tylko krytykowała. Myślałam, że tak trzeba.
To było jak pęknięcie w ścianie, której nigdy wcześniej nie widziałam naruszonej.
— Ja nie chcę tak dalej — powiedziałam spokojniej. — Chcę móc coś dać, bez strachu, że to znów będzie za mało.
Skinęła głową. Powoli.
— Postaram się… mniej mówić. Więcej słuchać — dodała niepewnie.
Nie było wielkich przeprosin ani nagłej czułości. Ale było coś nowego. Przestrzeń. Czekoladowe serce leżało między nami, nadgryzione, nieidealne. I po raz pierwszy pomyślałam, że może właśnie takie wystarczy.
Zapadła cisza
Zmiana nie przyszła od razu. Chyba nawet się tego nie spodziewałam, ale jakaś część mnie liczyła, że po tamtej rozmowie wszystko magicznie się ułoży. Tydzień później spotkałyśmy się u mnie. Mama przyszła z własnym ciastem, bo „nie była pewna, czy mam składniki”. Uśmiechnęłam się tylko, choć poczułam lekkie ukłucie.
— Ładnie tu masz — powiedziała, rozglądając się po salonie. — Tylko te zasłony są trochę za ciemne.
Zacisnęłam palce na kubku z herbatą. Przez sekundę walczyły we mnie dwa odruchy: przemilczeć albo wybuchnąć. Zrobiłam coś innego.
— Mamo — odezwałam się spokojnie. — To właśnie o to mi chodzi.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
— O co?
— O te drobne uwagi. One się odkładają. I potem czuję się, jakbym znowu była małą dziewczynką, którą ciągle poprawiają.
Usiadła ciężko na krześle.
— Ja naprawdę nie chcę cię ranić — powiedziała wolniej niż zwykle. — Nawet nie zauważam, kiedy to robię.
— Wiem — odpowiedziałam. — Ale ja już nie chcę tego dźwigać.
Zapadła cisza. Tym razem inna niż wcześniej. Nie lepka, nie napięta. Bardziej niepewna.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Spróbuję. Jak znowu zacznę… możesz mi przerwać.
To było więcej, niż kiedykolwiek wcześniej obiecała. Rozmawiałyśmy jeszcze długo. O zwyczajnych rzeczach: o pracy, o jej sąsiadce, o moich planach. Kilka razy widziałam, jak otwiera usta, by coś skomentować, po czym je zamyka. Nie było idealnie, ale było inaczej. Gdy wychodziła, zatrzymała się w drzwiach.
— Wiesz… to serce z czekolady — powiedziała nagle. — Długo o nim myślałam. Chyba nigdy nikt mi nic nie dał tylko po to, żebym wiedziała, że jest ważna.
Poczułam, jak coś mięknie mi w środku.
— Dlatego je kupiłam — odpowiedziałam.
Uśmiechnęła się niepewnie. Bladym, prawdziwym uśmiechem.
Zaśmiałam się cicho
Po tamtym spotkaniu nie stałyśmy się nagle idealne. Mama wciąż czasem mówiła za dużo, a ja wciąż byłam zbyt czujna, gotowa na krytykę nawet wtedy, gdy jej nie było. Ale coś się przesunęło. Jakbyśmy obie zrobiły krok w tył i pierwszy raz naprawdę na siebie spojrzały. Kilka tygodni później zadzwoniła sama z siebie.
— Byłam dziś w sklepie — powiedziała. — I zobaczyłam te walentynkowe czekolady przecenione. Pomyślałam o tobie.
Zaśmiałam się cicho.
— I skrytykowałaś w myślach wybór?
— Nie — odpowiedziała po chwili. — Pomyślałam, że liczy się pamięć.
To jedno zdanie było dla mnie ważniejsze niż wszystkie wcześniejsze uwagi razem wzięte. Nie przeprosiła wprost, nie cofnęła lat komentarzy, ale po raz pierwszy spróbowała mówić inaczej.
Kiedy spotkałyśmy się następnym razem, podała mi małe pudełko. W środku było czekoladowe serce. Zwykłe, trochę krzywe.
— Żebyś wiedziała, że też się staram — powiedziała, nie patrząc mi w oczy.
Nie odpowiedziałam od razu. Po prostu ją przytuliłam. Krótko, nieporadnie, ale szczerze. Zrozumiałam wtedy, że całe życie próbowałam zasłużyć na coś, co nie musiało być doskonałe. Wystarczyło, że było prawdziwe. Tak jak to serce. Tak jak my.
Karolina, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzieci pojechały do teściowej na ferie. Po tym, co zrobiła, nigdy więcej ich do niej nie puszczę”
- „Mąż szeptał mi do ucha czułe słówka, a ja naiwnie w nie wierzyłam. Chwilę później planował walentynki ze swoją metresą”
- „Zrobiłam remont w związku, ale między nami wciąż sypał się tynk. Weszłam w romans na zakładkę, tylko kochaś stchórzył”

