Reklama

Odwiedziny u dziadków z okazji Dnia Babci zawsze były dla mnie ważne. To był nasz rytuał – herbata, sernik i rozmowy, które toczyły się godzinami. Tego roku też przyjechałam z kwiatami i czekoladkami, z nadzieją na spokojne popołudnie. Nie sądziłam jednak, że to spotkanie będzie inne niż wszystkie. Że zamiast wspomnień i śmiechu przy cieście, usiądziemy przy stole, a dziadkowie spojrzą na mnie z powagą. Byłam przekonana, że chcą porozmawiać o zdrowiu albo samotności. Tymczasem usłyszałam coś, co całkowicie wywróciło moje życie do góry nogami.

Byli dziwnie poważni

Dziadek pierwszy odezwał się, co już samo w sobie było nietypowe. Zazwyczaj to babcia zagadywała, a on przytakiwał, czasem coś dopowiedział. Teraz patrzył na mnie z niecodzienną powagą, dłonie miał splecione na stole, jakby za chwilę miał odczytać jakiś wyrok. Babcia siedziała obok niego, cicho, też poważna. Przez chwilę tylko patrzyli na mnie – z troską, jakby szukali potwierdzenia, że naprawdę chcą to zrobić.

– Chodź bliżej, dziecko – powiedziała babcia. – Musimy z tobą porozmawiać.

Przesunęłam się na fotelu i poczułam, że coś się ściska w żołądku. Nie lubię takich momentów, gdy w powietrzu wisi coś ważnego, a ja nie wiem jeszcze, czy mam się bać, czy cieszyć. Babcia mówiła dalej, cicho, ale stanowczo.

– Zastanawialiśmy się nad tym długo. I wiemy, że to będzie właściwe. Chcemy, żebyś miała zabezpieczenie. Na przyszłość. Życie różnie się toczy.

Dziadek bez słowa przesunął w moją stronę kopertę. Spojrzałam na nią zdezorientowana. Zdradził się jednym gestem – jego ręka lekko drżała.

– To akt notarialny. Przepisujemy na ciebie nasze mieszkanie.

Wpatrywałam się w nich bez słowa.

To nie był żart

– Co? – wyszeptałam. – Ale jak to? Dlaczego?

Dziadek milczał, dając babci przestrzeń. Ona, jak zawsze, mówiła spokojnie, chociaż widziałam, że emocje i jej nie są obce. Miała lekko zaczerwienione oczy, jakby długo o tym myślała albo się wzruszyła.

– Jesteś najbliższa sercu, kochanie. Zawsze byłaś. Twoi rodzice… no cóż, oni mają swoje życie. My nie jesteśmy im do niczego potrzebni. Zresztą, ty wiesz najlepiej, jak jest.

Wiedziałam. Moi rodzice wyjechali do Niemiec, odkąd tylko skończyłam liceum. Rzadko dzwonili, jeszcze rzadziej przyjeżdżali. Ja zostałam w Polsce na studia, a potem jakoś tak się potoczyło – praca, wynajem, życie na własną rękę. Gdyby nie dziadkowie, byłabym całkiem sama.

– Ale ja nie mogę przyjąć czegoś takiego… – zaczęłam, nerwowo bawiąc się palcami. – To wasz dom.

– Chcemy, żebyś to była ty. Nie chcemy żadnych sądów, przepychanek. Nie chcemy, żeby po naszej śmierci ktoś cię stąd wyrzucił – przerwał dziadek. – Masz dobre serce. Zawsze miałaś.

Popatrzyłam na kopertę. Nagle była cięższa niż tonowy kamień. Nagle wszystko nabrało innego sensu.

Pewnie ktoś się obrazi

Wieczorem w domu długo nie mogłam zasnąć. Patrzyłam na kopertę, jakby miała za chwilę zacząć do mnie mówić. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Przecież miałam tylko złożyć życzenia i zjeść sernik. Tymczasem wróciłam z najważniejszym dokumentem w moim życiu.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie ciotka – siostra mojej mamy. Byłam pewna, że dziadkowie nic jej nie powiedzieli. Pomyliłam się.

– Słyszałam, że dziadkowie coś ci przepisali – zaczęła bez zbędnych wstępów. – No, nieźle się ustawiłaś.

Zamurowało mnie. Zawsze miała do mnie pretensje, chociaż nigdy nie powiedziała ich wprost. Aż do teraz.

– Ja o to nie prosiłam – odpowiedziałam cicho.

– Jasne. Pewnie nie miałaś z tym nic wspólnego. Wiesz, że to niesprawiedliwe, prawda? My też jesteśmy rodziną. A ty im się podlizywałaś przez lata, żeby teraz zgarnąć mieszkanie.

Zrobiło mi się niedobrze. Wiedziałam, że będzie trudno, ale nie sądziłam, że aż tak. W tej chwili wszystko przestało być prezentem. Stało się ciężarem. Spojrzałam na telefon, który wciąż wibrował od kolejnych wiadomości. Wiedziałam już, że spokój się skończył.

Rozmowa, której się bałam

Po tygodniu zebrałam się na odwagę, żeby pojechać do dziadków i porozmawiać z nimi raz jeszcze. Weszłam do mieszkania z uczuciem ścisku w gardle. Babcia nakrywała właśnie do stołu, jakby czekała na mnie od rana. Dziadek siedział w fotelu, w telewizorze leciały jakieś wiadomości, których i tak nie słuchał.

Co się stało, dziecko? – zapytała babcia, zanim zdążyłam usiąść.

– Dzwoniła do mnie ciocia Halina – powiedziałam od razu, żeby nie owijać w bawełnę. – Jest wściekła. Mówiła, że się wam podlizywałam, żeby dostać mieszkanie.

Babcia westchnęła i usiadła naprzeciwko mnie.

– Wiedzieliśmy, że tak będzie. Dlatego zwlekaliśmy z decyzją tyle lat.

Dziadek odchrząknął.

– Twoja ciotka odezwała się po dwóch latach ciszy. A twoja mama? Nawet nie zadzwoniła na nasze urodziny. Ty byłaś jedyna, która przyjeżdżała bez okazji. Przynosiłaś zupę, sprzątałaś, słuchałaś.

– I nie robiliśmy tego, żeby ci coś odpłacić – dodała babcia. – Po prostu… jesteś naszym domem. Chcemy, żeby on był też twój.

Łzy spływały mi po policzkach. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam. Tylko skinęłam głową.

Podpis został złożony

Dzień podpisania aktu był dziwnie spokojny. Umówiliśmy się w kancelarii, a dziadek, mimo wieku, trzymał się zaskakująco prosto. Babcia miała na sobie sweter, który sama zrobiła na drutach jeszcze przed moim urodzeniem. Powiedziała, że to na szczęście.

Notariuszka była miła, rzeczowa. Sprawnie przeczytała dokument, zadała kilka pytań. Wszystko było przygotowane. Kiedy położyła przede mną długopis, ręce zaczęły mi się lekko trząść. Spojrzałam na dziadków – oboje patrzyli na mnie z ciepłym uśmiechem, ale i z jakimś smutkiem w oczach. Jakby to nie był tylko podpis, ale jakaś zmiana, której już nie da się cofnąć.

Podpisałam. Czarnym atramentem, pełnym imieniem i nazwiskiem. Czułam, jakby coś się we mnie przesunęło. Jakby ten papier zmienił wszystko, ale nie do końca wiedziałam jeszcze – na co. Po wszystkim poszliśmy na herbatę do ich ulubionej cukierni. Babcia zjadła szarlotkę z lodami, dziadek – sernik, ja tylko piłam. Nagle świat wokół mnie wydawał się jakiś inny. Cichszy. Głębszy.

– Teraz jesteś odpowiedzialna – powiedziała babcia, poprawiając mi włosy za ucho. – Nie tylko za mieszkanie. Za pamięć. Za nas.

Skinęłam głową. Wzięłam to w siebie.

To jest moje dziedzictwo

Minęły trzy miesiące. Dziadkowie wciąż żyją, choć babcia częściej narzeka na zmęczenie, a dziadek miewa dni, gdy tylko patrzy przez okno i milczy. Bywam u nich co kilka dni. Czasem tylko na kawę, czasem żeby wynieść śmieci, czasem, żeby po prostu posiedzieć razem w ciszy.

Mieszkanie, które mi przepisali, ciągle jest ich. Boję się, że odejdą. Jestem tylko powierniczką. Opiekunką. Kimś, kto ma przechować ciepło tych ścian, dopóki nie trzeba będzie przenieść go dalej. Ciotka już się nie odzywa. Mama zadzwoniła tylko raz – powiedziała, że się dowiedziała i nie chce o tym rozmawiać. Rozumiem. Trochę mnie to boli, ale zaskoczenia nie było.

Czasem, gdy siedzę wieczorem na kanapie w tym mieszkaniu, które będzie kiedyś moje naprawdę, myślę o tym, jak niewiele trzeba, żeby dostać coś najcenniejszego. I jak trudno to potem unieść.

Dzień Babci zmienił moje życie. Ale nie przez dokument. Tylko dlatego, że ktoś patrzył na mnie jak na dobrego człowieka. I powiedział: „To ty jesteś naszą rodziną”.

Justyna, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama