„Z niczym nie mogę nadążyć i nic nie ogarniam. Nie wiem jak to jest, że inne matki mają czas dla siebie”
„Kulminacja przyszła w najmniej odpowiednim momencie, jak zawsze. W pracy dostałam maila o pilnym raporcie, którego termin był na wczoraj. W tym samym czasie zadzwoniło przedszkole. Syn miał gorączkę i trzeba go było natychmiast odebrać”.

Nie wiem, jak to się dzieje, że inne matki potrafią ogarniać dom, dzieci, pracę i jeszcze mają czas na kawę z koleżanką albo spacer samej ze sobą. Ja każdego dnia czuję, że ledwo łapię oddech. Zawsze coś jest nie tak – za późno, za mało, nie tak, jak trzeba. Wszędzie się spóźniam, zapominam o najważniejszych rzeczach, a moje dziecko regularnie przychodzi do przedszkola bez drugiego śniadania. Kiedy patrzę w lustro, nie widzę już tej dziewczyny, którą kiedyś byłam. Widzę zmęczoną kobietę, która nie ogarnia własnego życia.
Pobudka w biegu
Dzień jak co dzień. Budzik zadzwonił o szóstej trzydzieści, ale wyłączyłam go automatycznie, nawet nie otwierając oczu. Obudził mnie dopiero głos syna, który stał przy łóżku z mokrą piżamą i powiedział:
– Mamo, znowu mi się siku śniło...
Zerwałam się, jakby mnie ktoś poraził prądem. Szybkie ogarnięcie łóżka, przebranie go, moje przemywanie twarzy zimną wodą i już byłam spóźniona. Znów. Miałam piętnaście minut na to, żeby ubrać siebie, ubrać jego, zrobić śniadanie i wyjść z domu. Oczywiście w całym tym chaosie zapomniałam, że dziś trzeba zabrać do przedszkola strój sportowy. Przypomniała mi o tym wychowawczyni w szatni, patrząc na mnie z pobłażliwym uśmiechem.
– Pani znowu zapomniała. To już trzeci raz w tym miesiącu – powiedziała łagodnym tonem, ale ja poczułam, jak serce mi opada gdzieś w okolice żołądka.
Skinęłam głową, nie mając siły na tłumaczenia. Byłam już spocona, rozczochrana, z plamą od kawy na bluzce, której nawet nie zdążyłam wypić. Zamiast zaczynać dzień, miałam wrażenie, że już się kończył. Byłam wykończona.
Wstyd na zebraniu
Zebranie w przedszkolu było wpisane w kalendarz od tygodnia, ale przypomniałam sobie o nim dopiero wtedy, gdy dostałam SMS-a od jednej z mam: „Będziesz dziś?”. Spojrzałam na zegarek – miałam dwadzieścia minut. Zupa pyrkała na kuchence, dzieciak biegał po mieszkaniu w piżamie, a ja w dresie i z tłustymi włosami próbowałam zdecydować, czy w ogóle warto się pokazywać. Poszłam.
Wpadłam spóźniona, jak zwykle. Drzwi skrzypnęły, kiedy je otworzyłam, a wszystkie głowy obróciły się w moją stronę. Usiadłam na ostatnim wolnym krzesełku i udawałam, że jestem niewidzialna. Inne mamy wyglądały jak z reklamy: uśmiechnięte, pachnące, w eleganckich sweterkach. Ja miałam na sobie poplamioną bluzę i torebkę przewieszoną przez ramię, jakby zaraz miałam uciec.
Wychowawczyni omawiała plan wycieczki, kiedy padło pytanie o opiekunów. Jedna z mam od razu się zgłosiła, druga również. Pomyślałam, że mogłabym, gdybym tylko miała wolny dzień. Nie miałam. Nie mam nawet wolnej godziny dla siebie. Po spotkaniu próbowałam się wtopić w tłum i wymknąć, ale jedna z mam podeszła do mnie z uśmiechem:
– Ciężko czasem, co? Trójka dzieci, etat, a i tak trzeba się jakoś zorganizować.
Uśmiechnęłam się blado. Nawet nie miałam siły odpowiedzieć.
Wizyta, która przelała czarę
To miał być zwykły wieczór. Kąpiel, kolacja, bajka na dobranoc. Marzyłam o chwili ciszy, może o serialu albo po prostu o tym, żeby posiedzieć w milczeniu. Nagle zadzwoniła moja siostra. Powiedziała, że jest w pobliżu i wpadnie „tylko na chwilę”. Nie miałam serca odmówić.
Wpadła z energią, jak zawsze. Pachnąca perfumami, w nowych dżinsach i perfekcyjnie zrobionym makijażem. Ja otwierałam drzwi jedną ręką, w drugiej trzymałam gąbkę, a dziecko krzyczało z łazienki, że chce inne piżamki, bo te gryzą.
– O rany, ale tu masz sajgon – rzuciła z uśmiechem, rozglądając się po salonie, gdzie walają się klocki, skarpetki i jakieś stare rysunki.
Zaparzyłam jej herbatę, próbując ukryć, że mam łzy w oczach. Ona opowiadała o nowym projekcie w pracy, o wyjeździe w góry i o tym, jak wreszcie zaczęła chodzić na jogę. Ja tylko kiwałam głową.
– A co u ciebie? – zapytała w końcu.
Chciałam powiedzieć, że nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam sama w łazience, że nie mam już siły się uśmiechać, ale zamiast tego tylko wzruszyłam ramionami.
– U mnie jak zwykle – odpowiedziałam, zerkając na zegarek. Była dopiero dwudziesta.
Porównania, które bolą
W sobotę wybraliśmy się na plac zabaw. Syn biegał z innymi dziećmi, a ja usiadłam na ławce z kawą w papierowym kubku, która już dawno wystygła. Obok mnie siedziały dwie mamy, rozmawiające z lekkością, której im zazdrościłam.
– Moja Zosia w tym tygodniu sama nauczyła się czytać! – powiedziała jedna z nich z dumą.
– Serio? U nas tylko angielski i taniec. A i tak ledwo z tym nadążam – odpowiedziała druga, kręcąc głową, ale w jej głosie nie było zmęczenia. Raczej śmiech.
Siedziałam obok, cicho, udając, że przeglądam telefon. W głowie kłębiły mi się myśli: że mój syn nie zna literek, że nie chodzi na żadne zajęcia dodatkowe, że po pracy mam tylko siłę na obiad i bajkę. Czy to już oznacza, że coś zawalam?
– Pani synek chyba lubi się bawić w kuchnię? – zagadnęła jedna z kobiet, wskazując na mojego synka z plastikową patelnią.
– Tak, bardzo lubi gotować – odpowiedziałam, uśmiechając się mimo wszystko.
Nie rozwinęły rozmowy. Poczułam się niewidzialna, jakby moje życie było zbyt zwyczajne, zbyt zmęczone, zbyt daleko od ich rozmów. Znowu wracałam do domu z poczuciem, że jestem krok za wszystkimi.
Wszystko się sypie
Kulminacja przyszła w najmniej odpowiednim momencie, jak zawsze. W pracy dostałam maila o pilnym raporcie, którego termin był „na wczoraj”. W tym samym czasie zadzwoniło przedszkole. Syn miał gorączkę i trzeba go było natychmiast odebrać. Stałam w biurze z telefonem przy uchu, patrząc na monitor, który nagle przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.
– Przepraszam, muszę wyjść – powiedziałam do przełożonej, nawet nie próbując się tłumaczyć.
W domu wszystko mnie przerastało. Syn płakał, bo bolała go głowa, zupa wykipiała, a pralka odmówiła posłuszeństwa. Usiadłam na podłodze w kuchni, opierając się plecami o szafkę. Łzy same ciekły mi po twarzy.
– Mamo, nie płacz – powiedział cicho, podchodząc do mnie i kładąc mi rękę na ramieniu.
To on mnie pocieszał. Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo jestem zmęczona i jak bardzo się pogubiłam. Wieczorem zadzwoniłam do ojca moich dzieci, prosząc, żeby wziął syna na weekend. W słuchawce zapadła chwila ciszy.
– Dobrze, przyjadę jutro – odpowiedział w końcu.
Odłożyłam telefon i poczułam ulgę zmieszaną z poczuciem winy. Pierwszy raz od dawna pozwoliłam sobie pomyśleć, że sama nie daję rady.
Kiedy znajdę czas?
Kiedy w sobotę zamknęły się za nimi drzwi, przez chwilę stałam w ciszy. Nie wiedziałam, co mam robić. W mieszkaniu panował bałagan, ale pierwszy raz od miesięcy nikt niczego ode mnie nie chciał. Usiadłam na kanapie i zaczęłam płakać – cicho, bez histerii. Po prostu pozwoliłam sobie być.
Po godzinie wstałam, włożyłam słuchawki i poszłam na spacer. Słońce świeciło nisko nad dachami, a powietrze pachniało jak wczesna wiosna. Zatrzymałam się przy kawiarni i kupiłam sobie ciastko. Bez pośpiechu usiadłam przy stoliku. Z boku wyglądałam pewnie jak jedna z tych kobiet, którym zazdrościłam – spokojnych, wolnych, niezabieganych. Tylko ja wiedziałam, ile mnie kosztowało dojście do tej chwili.
Wiem, że jutro wszystko wróci do normy. Będą śniadania, pranie, zebrania i zmęczenie. Ale dziś pozwoliłam sobie być tylko sobą. Bez roli, bez obowiązków. I obiecałam sobie, że będę szukać takich chwil. Choćby krótkich. Choćby raz w miesiącu. Nie chcę być idealna. Chcę być wystarczająco dobra – dla niego i dla siebie. I to chyba pierwszy raz, kiedy naprawdę zaczynam to rozumieć.
Iga, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałam, że miłość po 50-tce nie istnieje i miałam rację. Samotni faceci w moim wieku mają już swoje za uszami”
- „Uciekłam do Zakopanego, żeby poszaleć na stoku. Zamiast na nartach skończyłam w objęciach przystojnego instruktora”
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”

