Reklama

Zawsze uważałam, że samotność to coś, z czym można się zaprzyjaźnić. Po rozwodzie urządziłam się tak, jak lubię. Mieszkam na trzecim piętrze starej kamienicy – z wysokimi sufitami i skrzypiącym parkietem. Tu nikt nie puka bez zapowiedzi, a sąsiedzi znają się raczej z widzenia niż z życia. Tak mi było dobrze – spokojnie i cicho.

Od kilku miesięcy coś się zmieniło w mieszkaniu naprzeciwko. Marcin – mój sąsiad, ten od rzucanego mimochodem „dzień dobry” i „ładna dziś pogoda” – coraz częściej wychodził sam. Wcześniej słyszałam ich razem, czasem śmiali się za ścianą. Potem przestali. Aż w końcu nastała cisza. Słychać było tylko jego kroki i radio wieczorami.

W styczniu, kiedy zima wreszcie się rozpanoszyła, usłyszałam przez ścianę kłótnię. Prawdziwą, surową. Kobiecy głos krzyczał, że ma dość. Trzask drzwi, potem cisza. Rano spotkałam go pod skrzynką na listy. Wyglądał, jakby nie spał całą noc.

– Wszystko w porządku? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Chyba się wyprowadziła – rzucił cicho, jakby to nie miało już znaczenia.

Przez resztę dnia chodziłam po mieszkaniu niespokojnie. Popołudniu ugotowałam rosół i postawiłam dwa talerze. Zapukałam do jego drzwi.

Chciałam tylko go pocieszyć

Drzwi otworzyły się po kilku sekundach. Marcin wyglądał, jakby dopiero co wstał – nieogolony, w spranym swetrze i dresowych spodniach. Spojrzał na mnie z lekkim zaskoczeniem, ale nie zapytał po co przyszłam. Po prostu się odsunął.

– Ja przyszłam tylko na chwilę – powiedziałam niepewnie i przeszłam przez próg. – Może chciałbyś wpaść na rosół? Zrobiłam wystarczająco dla dwojga.

Uśmiechnął się niepewnie. Na stole stała szklanka z niedopitą herbatą i paczka chusteczek. Jego mieszkanie pachniało kurzem i samotnością. Zawsze wydawało mi się przytulne – z książkami na regałach, ciemnymi meblami, jakby wyjęte z innego czasu. Ale tego wieczoru coś w nim było smutne.

Nie musiałaś... – powiedział cicho. – Zaraz przyjdę, tylko trochę się ogarnę…

Wyszłam i poczekałam na niego u siebie. Przyszedł po kwadransie. Usiadł niepewnie przy stole. Nalałam rosół, zanim zdążył się rozmyślić.

Jedliśmy w ciszy. Łyżki stukały o porcelanę. W końcu on odezwał się pierwszy.

Przepraszam, jeśli było słychać… Wiem, że ściany są cienkie.

– Nie przepraszaj. Po prostu… przykro mi – odpowiedziałam.

Pokręcił głową i skrzywił się.

– Wiesz, co jest najdziwniejsze? Że kiedy się wyprowadziła, poczułem ulgę. I jednocześnie... żal. Jakby ktoś wyrwał mi coś z ręki, zanim sam to odłożyłem.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Siedzieliśmy jeszcze chwilę. Kiedy wstał, by iść, odprowadziłam go do drzwi. Na chwilę nasze dłonie się zetknęły.

Nie chcę być dzisiaj sam – wyszeptał.

Nie odpowiedziałam. Po prostu wróciliśmy. Za nami została tylko para stygnących talerzy.

Dla mnie to było coś więcej

Obudziłam się przed budzikiem. Mieszkanie było ciche. Bok łóżka pusty, poduszka lekko wygnieciona. Na stole w kuchni leżała kartka: „Dziękuję za wczoraj. Musiałem iść do pracy. Marcin”. Wpatrywałam się w te dwa zdania jak w coś obcego. Serce waliło mi trochę za szybko, choć przecież nie stało się nic, czego bym nie chciała. Tylko... to wszystko wydarzyło się tak bez zapowiedzi. Jakbyśmy oboje zapomnieli, że tacy jak my już raczej nie zaczynają od początku. Wmawiałam sobie, że to tylko moment. Potrzeba bliskości. Ludzki odruch. Nic więcej. Choć prawda była taka, że jeszcze długo czułam jego dłoń na mojej skórze.

Po południu dostałam wiadomość: „Wpadniesz wieczorem? Mam pizzę i wino. Możemy pomilczeć razem”. Nie umiałam się nie uśmiechnąć. Napisałam tylko: „O której?”. Tym razem nie było czułości. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. O pracy – jego firmie, moich zleceniach. O tym, jak ciężko spać samemu. O zimie, której nie lubimy. Śmialiśmy się. Uśmiechy były nieporadne, czasem zbyt długie.

– Może to wszystko nie ma znaczenia – powiedział w pewnym momencie. – Może to tylko coś fizycznego. Takie… zderzenie samotności?

– Może – odpowiedziałam. – Ale nie czuję się już taka sama jak przedwczoraj.

Nie pocałował mnie tego wieczoru. Po prostu zasnęliśmy obok siebie. Tak, jakby nic nie było pewne, ale wszystko możliwe.

Stał przed wyborem

Nadszedł niedzielny poranek – zimny, ołowiany. Woda w czajniku jeszcze nie zdążyła się zagotować, gdy usłyszałam głosy na klatce. Dwa – kobiecy i męski. Zamarłam. Zajrzałam powoli przez wizjer. To była ona. Wysoka, w czarnej puchowej kurtce, z walizką na kółkach. Stała przed drzwiami Marcina. Mówiła coś szybko, gestykulując. On otworzył. Był w bluzie, rozczochrany. Na jego twarzy – absolutne zaskoczenie. Przez chwilę tylko patrzył. A potem wpuścił ją do środka.

Zostałam przy drzwiach jeszcze kilka minut. Potem wycofałam się, jakbym właśnie zobaczyła coś, co miało pozostać niewidzialne. Woda już dawno wrzała.

Nie odezwał się przez trzy dni. W środę zapukał bez zapowiedzi. Stał z dłońmi w kieszeniach, jakby nie miał co z nimi zrobić.

– Mógłbym z tobą porozmawiać?

Wpuściłam go. Usiadł w fotelu przy oknie, jakby chciał uciec wzrokiem gdzieś daleko.

Moja żona wróciła. Mówi, że się pogubiła. Że kochanek ją zostawił. Że popełniła błąd.

– A co ty na to? – zapytałam, głos miałam spokojny, jakby to chodziło o kogoś innego.

Nie wiem, czego chcę. Wiem tylko, że to przy tobie znowu czułem się… żywy.

Pokiwałam głową. Serce miałam ściśnięte, ale twarz spokojną.

– Masz prawo do niej wrócić. Ale ja nie potrafię znów zniknąć jak cień.

Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby pierwszy raz usłyszał, że ja też mam jakieś granice.

Nie mógł się zdecydować

Nie przychodził przez kilka dni. Za to jego żona bywała w kamienicy regularnie. Przynosiła zakupy, wychodziła z psem, raz nawet wynosiła śmieci. Z okna widziałam, jak otwierała drzwi własnym kluczem. Jak zostawała na noc.

Byliśmy zawieszeni w czymś niedopowiedzianym. Udawaliśmy, że nic się nie wydarzyło. Słyszałam stłumione rozmowy, odgłos talerzy. Czasem śmiech. Jakby wszystko wróciło na swoje miejsce.

Marcin pisał. Przestałam odpowiadać na jego wiadomości. Trzy zignorowałam. Po czwartej – „Chciałbym tylko pogadać” – otworzyłam drzwi, gdy zapukał. Wszedł. Miał podkrążone oczy.

– Jak się miewasz? – zapytał.

– Od dwóch tygodni średnio mi się śpi.

Zapadło milczenie.

– Nie wiem, co robić – powiedział. – Tam jest moje życie. Tutaj… czuję się, jakbym mógł zacząć jeszcze raz. Jakbym był kimś innym.

– Ona cię zna na wylot – powiedziałam cicho.

– Ale ty… ty mnie widzisz – odpowiedział. – Widziałaś mnie wtedy, kiedy sam siebie nie poznawałem.

Łzy napłynęły mi do oczu.

Nie jestem furtką, przez którą się przechodzi, gdy inne drzwi są zamknięte.

Pokręcił głową, przysiadł na skraju fotela.

– Potrzebuję czasu.

– Ja nie – przerwałam. – Ja potrzebuję jasności.

– Nie potrafię ci jej dać.

– Wiem – wyszeptałam. – I dlatego musisz już iść.

Odszedł. A ja zostałam z ulgą i z pustką.

Wreszcie to powiedział

Cisza między nami trwała prawie dwa tygodnie. Nie pisał. Nie dzwonił. Nie mijałam go na schodach, jakby klatka schodowa nagle wydłużyła się o kilometry. Ja w tym czasie wróciłam do codzienności – pracy, zakupów, zleceń. Robiłam wszystko jak trzeba, jak zwykle. Tylko wieczorami zdarzało mi się stać dłużej przy oknie.

W końcu zapukał. Bez zapowiedzi, w szarym płaszczu, z tym samym niepewnym spojrzeniem, jak wtedy, kiedy zaprosiłam go pierwszy raz na rosół.

Przejdziesz się ze mną? – zapytał.

Milczałam, ale wzięłam płaszcz. Szliśmy wolno, przez park, w którym gałęzie jeszcze trzymały resztki śniegu.

– Chciałem to sobie ułożyć – zaczął. – To małżeństwo... nie było już od dawna tym, czym miało być. Ale jej powrót przypomniał mi, jak długo się oszukiwałem. Myślałem, że da się to odbudować. Że trzeba. Dla formy. Dla wspomnień.

Zatrzymał się.

– Ale kiedy w nocy nie mogłem obok niej zasnąć, zrozumiałem, że już mnie tam nie ma.

Spojrzał na mnie. Twarz miał spokojną.

– Wiem, że ciebie wybrałem z potrzeby. Z bólu. Ale teraz... wybieram cię naprawdę.

Nie odpowiedziałam od razu. Zatrzymałam się.

To nie bajka – powiedziałam cicho. – Możesz zostać, ale nie wiem, co będzie jutro.

Uśmiechnął się. Pierwszy raz od dawna nie było w tym uśmiechu żadnego zawahania.

Cieszę się tym, co mam

Od tamtego spaceru minęły trzy miesiące. Wciąż nie wiemy, czym to jest. Nie nazywamy tego. Nie używamy słów typu „związek” czy „miłość”, bo może to jeszcze nie ten etap. Może nigdy nie będzie. Marcin mieszka nadal naprzeciwko, ale częściej niż kiedyś jego sweter zostaje u mnie na oparciu krzesła. Czasem zostawia szczoteczkę do zębów w mojej łazience. Ja mam jego kubek – ten zielony, który ponoć nigdy nie trzyma dobrze ciepła, ale u mnie „herbata smakuje inaczej”. Uśmiecham się wtedy. Nie pytam dlaczego.

Jego żona zniknęła tak, jak przyszła – bez słowa do mnie, bez dramatów. Widziałam, jak wynosiła walizki, tym razem samotnie. Marcin nie komentował. Powiedział tylko: „To już naprawdę koniec”.

Nie jesteśmy zakochani jak nastolatki. Nie wyznajemy sobie uczuć pod balkonem. Raczej dzielimy codzienność – pranie, ciszę, herbatę. Trochę śmiechu. Czasem łzy. Trochę więcej milczenia niż planowałam, ale też więcej czułości, niż się spodziewałam. Nie wiem, dokąd nas to zaprowadzi. Czas pokaże.

Dziś rano siedzieliśmy przy kuchennym stole. Dwoje dorosłych ludzi, każde ze swoim kubkiem, każde z własnym zmęczeniem i lękiem. Nie dotykaliśmy się. Nie trzeba było. Po raz pierwszy nie czułam się jak samotna kobieta w mieszkaniu z widokiem na drzewa. Czułam się... obecna.

Magda, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama