„Z ferii w Beskidach wróciłam z trumną męża. Teściowie nawet w obliczu tragedii nie potrafili mi odpuścić złośliwości”
„Czułam, że niepokój, który towarzyszył mi przez cały dzień, wciąż mnie nie opuszczał. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Serce waliło mi jak młotem. Zamarłam. Nie miałam pojęcia, co teraz będzie. Co się stanie, gdy wrócę z trumną mojego męża do domu”.

- Redakcja
Nie planowaliśmy nic wielkiego, tylko krótki wyjazd na ferie. Dwa dni w górach – z miasta do małego pensjonatu w Beskidach. Narty, trochę sprzętu, mnóstwo ciepłych ubrań.
W tamten dzień zaczynały się ferie zimowe. Śnieg prószył od rana, a wiatr hulał po stoku. Paweł od samego rana był w euforii – jak dziecko, które dostało zestaw klocków do składania. Co chwilę coś mruczał pod nosem, pogwizdywał, śmiał się z niczego. Ja byłam spięta. Od miesięcy nie spałam porządnie – stres, kredyt, zmiana pracy, jego nocne pomysły na „mały biznesik”, propozycje pożyczek. Nie umiałam z nim o tym rozmawiać, a on wszystko zbywał żartem.
– Zaczniemy od tego czerwonego szlaku. Żeby poczuć, że ferie są naprawdę nasze – powiedział, nakładając narty.
– Czerwony? To trochę ambitnie… – mruknęłam.
– Ambitnie to dopiero będzie, jak zobaczymy widoki z góry. Ej, uśmiechnij się chociaż raz. To nasz wyjazd!
Wzruszyłam ramionami. Chciałam się cieszyć, ale nie umiałam. Miałam wrażenie, że coś się między nami zmieniło. Mieliśmy się kochać, wspierać – a ja czułam się coraz bardziej sama.
Przygotowaliśmy sprzęt i plecaki. Paweł sprawdzał torbę z mapą i telefonem, mówił, że chce dobrze zaplanować trasę. I wtedy coś zaburzyło moją równowagę wewnętrzną. Pojawiło się niepokojące uczucie. Serce zaczęło walić szybciej. Cisza między nami wydawała się gęstsza.
I wtedy wydarzyło się coś nagle, co zburzyło cały mój świat.
Czułam rosnący niepokój
– Czekaj, czekaj… chyba zostawiłem coś w plecaku – mruknął Paweł, sprawdzając swoje rzeczy.
– To może poczekasz na mnie i zjedziemy razem? – rzuciłam, poprawiając rękawice.
– Spokojnie, tylko zerknę, serio.
Patrzyłam, jak odchodzi kawałek w dół stoku. A ja stałam, próbując oswoić w sobie dziwne napięcie. Niby nic się nie stało, a jednak czułam, że coś jest nie tak. I wtedy to się wydarzyło. Zachwiał się i zjechał trochę w dół stoku, trzymając plecak z boku. I wtedy – jakby w zwolnionym tempie – stracił równowagę. Zsunął się po śniegu, przewrócił.
– Paweł? – chciałam krzyknąć coś więcej, ale słowa ugrzęzły w gardle.
– Spokojnie. Wszystko okej – jęknął, podnosząc się na nogi. – Tylko się przewróciłem, nic więcej.
– To nie był lekki upadek. Widziałam, jak się zsunąłeś – uklękłam obok. – Może wrócimy na dół?
– Kobieto, przestań. Nic mi nie jest.
Wstał, otrzepał śnieg z kurtki z grymasem.
– No, dobra, pójdziemy dalej. Zrobisz mi termos z herbatą? – zapytał z półuśmiechem.
Zrobiłam. Rozsiadł się chwilę na ławce przy wyciągu.
– Tylko daj mi rękawice z plecaka, dobra?
– To może jednak przerwa i zejście na dół? – spytałam, ale machnął ręką.
– No przestań, serio. Nie rób scen.
Chciałam śmiać się razem z nim, poczuć radość ferii, a zamiast tego w środku czułam niepokój. Próbowałam złapać oddech, ale cisza wokół mnie była ciężka, a moje myśli zaczynały biec w zawrotnym tempie.
Wiedziałam, że coś jest nie tak
Wieczorem, w pensjonacie, zasnęłam obok niego, ale sen nie przynosił ulgi. Czułam ciężar, który nie znikał nawet przy kominku. Każdy oddech był przypomnieniem, że coś jest nie tak, choć nie potrafiłam tego nazwać. Odwróciłam się w jego stronę i patrzyłam, jak śpi. Chciałam poczuć bezpieczeństwo, które zawsze dawała mi jego obecność. Ale teraz wszystko wydawało się kruche.
Niepokój, który towarzyszył mi przez cały dzień, nie opuszczał mnie. To nie był strach o siebie, nawet nie o niego – to była dziwna, głęboka świadomość, że życie może się zmienić w jednej chwili. Leżałam obok niego i myślałam o tym, jak cienka jest granica między zwykłym dniem a czymś, co nieodwracalnie zmienia wszystko.
Nad ranem coś mnie obudziło. Cisza. Zbyt cicha. Odwróciłam się w jego stronę i wiedziałam. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Zerwałam się z łóżka. Serce waliło mi jak młotem. Włączyłam światło i zadzwoniłam po pomoc. Karetka była po dziesięciu minutach, chociaż dla mnie to były godziny. Ratownicy weszli, sprawdzili sytuację, zadawali pytania, a ja nie mogłam nic zrozumieć.
W końcu jeden z ratowników spojrzał na mnie. Ten wzrok znałam. To był ten sam, który widziałam w szpitalu, gdy moja mama odchodziła. Zamarłam. Nie miałam pojęcia, co teraz będzie. Co się stanie, gdy wrócę z trumną do domu.
Teściom zależało na pieniądzach
Pogrzeb był szybki, skromny. Biała trumna, kilka wieńców, zimny wiatr, który przeszywał do kości. Halina – matka Pawła – stała obok mnie, zaciśnięte usta, ręce splecione jak do modlitwy, ale oczy zimne. Tomasz, jego brat, nie odezwał się ani słowem.
Nie płakałam. Jeszcze nie. Jakby ciało nie nadążało za tym, co się wydarzyło. Przez kilka dni po pogrzebie kręciłam się po domu jak duch. Nie umiałam ani posprzątać, ani się położyć. Wszystko należało do niego. Nawet kubek z napisem „Szef kuchni” stał jak wyrzut na stoliku.
Po tygodniu zadzwoniła Halina.
– Dzień dobry, Diana. Mam nadzieję, że jakoś się trzymasz. Chciałam tylko porozmawiać... na spokojnie.
– Tak, słucham? – odruchowo ściszyłam głos.
– Paweł mówił, że się dogadaliście. 30 tysięcy. Pożyczka na wesele, pamiętasz?
Zamarłam.
– Nie… nie przypominam sobie żadnej pożyczki. Nie było umowy. Nigdy o tym nie rozmawialiśmy.
– Może nie rozmawiałaś, ale on rozmawiał. A to wystarczy. Ustaliliśmy, że oddacie, gdy będziecie na swoim. Jesteście. A raczej – jesteś.
– Halina… to było sześć lat temu. Ja nigdy nic nie podpisywałam. Nie wiedziałam…
– No widzisz, kochana. A teraz już wiesz – wtrącił się Tomasz, który nagle pojawił się na linii. – To była wspólna decyzja. Masz obowiązek to oddać.
– Nie mam tych pieniędzy. Ledwo opłacam rachunki. Zresztą… to był jego dług, nie mój.
– Jesteście małżeństwem. Byliście. Wspólnota majątkowa. To twój problem.
Rozłączyli się, a ja zostałam sama, patrząc w pusty telefon. Serce waliło jak szalone, ale to nie był koniec. Za chwilę znów rozgległ się dzwonek, tym razem było to połączenie z banku.
– Dzień dobry. Chciałbym przypomnieć o zaległej racie za październik...
Zaczynałam rozumieć, że to dopiero początek.
Zostawił mnie ze wszystkim
Nie jadłam przez trzy dni. Piłam tylko herbatę i patrzyłam w sufit. Czasami włączałam pralkę, żeby coś buczało, żeby nie słyszeć własnych myśli. Bo myśli były jak echo: Zostawił cię z tym wszystkim. Sam odszedł, a ty tu siedzisz. Sama, z długami. Z jego rodziną, która chce cię zniszczyć.
Marta przyszła w czwartym dniu. Przyniosła zupę. Usiadła naprzeciwko mnie i bez słowa podała mi łyżkę.
– Jedz – powiedziała tylko. – Bo nie masz siły walczyć, a musisz.
Zjadłam. Płakałam przy każdej łyżce.
– On cię kochał, ale... czasem był nieodpowiedzialny. Wiesz o tym, prawda? – spojrzała na mnie z troską, ale bez czułostkowości.
– Zostawił mnie z tym wszystkim. Nawet nie wiem, co teraz mam robić – wyszeptałam.
– Teraz? Teraz bierzesz się w garść. I sprawdzasz, co jest prawdą, a co nie.
Wieczorem zadzwoniłam do Haliny.
– Nie oddam wam pieniędzy, których nie mam. I których nie powinnam wam oddawać. Nie było żadnej umowy, nie wiedziałam, że Paweł coś z wami ustalał.
– Sugerujesz, że mój syn był kłamcą? – syknęła Halina. – Że sobie to wymyślił?
– Sugeruję, że może rozmawialiście, ale ja w tym nie uczestniczyłam. A to robi różnicę. I jeśli spróbujecie mnie nękać, pójdę z tym dalej.
Rozłączyłam się. Ręce mi się trzęsły, ale po raz pierwszy od śmierci Pawła poczułam coś innego niż rozpacz. Poczułam złość. I ulgę, że w końcu pozwalam jej dojść do głosu.
Musiałam zacząć od nowa
Sprzedałam ekspres do kawy, który Paweł sobie wymarzył. I ten cholerny fotel „gamingowy”, na którym nigdy nie grał. Wystawiłam też zegarek, który dostał na trzydziestkę – od Tomasza, jak na ironię. Nie płakałam, gdy znikały te rzeczy. To były tylko przedmioty.
Marta przyszła następnego dnia. Usiadłyśmy przy kuchennym stole z kubkami gorącej herbaty.
– Chcesz pogadać? – zapytała.
– Tak… nie wiem nawet, od czego zacząć – odpowiedziałam cicho.
– Zacznij od tego, co czujesz. Wszystko. Nie ukrywaj nic.
Opowiedziałam jej o feriach, o tym dziwnym niepokoju, który towarzyszył mi przez cały wyjazd, o ciszy, która pojawiła się między nami, nawet gdy wszystko wydawało się normalne. O strachu, który nie miał nazwy. I o rodzinie Pawła, która czekała na pieniądze. O tym, że nie mam już siły.
– To normalne, że tak się czujesz – powiedziała Marta. – Straciłaś kogoś bliskiego i nagle wszystko się zmienia. Nie chodzi o rzeczy, tylko o to, że świat nagle przestaje być przewidywalny.
– Wiem… – wyszeptałam. – Ale muszę coś zrobić. Nie mogę czekać, aż inni mnie zniszczą. Oni chcą mnie obwinić za jego śmierć. Za to, że nie dopilnowałam. Że nie byłam „lepszą żoną”.
– Nie jesteś odpowiedzialna za to, że umarł – odpowiedziała Marta. – Ale musisz być przygotowana na wszystko. Będą grać na poczuciu winy, na emocjach. Może nawet spróbują czegoś gorszego. Ale nie jesteś im nic winna.
– Czyli… mam ich ignorować?
– Dokładnie. Zacznij od siebie. Od rzeczy, które możesz kontrolować. Od decyzji, które są tylko twoje.
Rozmawiałyśmy długo. Czułam, że pierwszy raz od tygodni coś zaczyna się układać w mojej głowie. Poczułam siłę, której dawno nie znałam. To był moment, kiedy wiedziałam, że zaczynam od nowa.
Mam plan na życie
Minęły trzy miesiące. Czasami budzę się w środku nocy i nadal wyciągam rękę w jego stronę, zanim przypomnę sobie, że już go nie ma. Czasami odruchowo stawiam na blacie kubek dla niego. Czasami łapię się na tym, że czekam, aż wróci z pracy. Ale wraca tylko cisza.
Halina i Tomasz przestali dzwonić. Może odpuścili, a może szykują coś innego. Ale ja już się ich nie boję. Mam plan. Przede wszystkim – mam siebie.
Spłaciłam najpilniejsze zaległości. Zmieniłam pracę – teraz nie parzę już kawy, tylko ogarniam dokumenty w firmie transportowej. Monotonne? Może, ale daje mi poczucie kontroli. A kontrola to coś, czego długo mi brakowało.
Czasami nachodzi mnie fala tęsknoty. Takiej, co wbija się w żebra i nie pozwala oddychać. Ale potem patrzę na siebie w lustrze – z podkrążonymi oczami, z bałaganem w kuchni, ale stojącą. Nadal stojącą.
Nie wiem, czy jeszcze kiedyś komuś zaufam. Może nie. Może to wszystko mnie zmieniło na zawsze. Ale wiem jedno – już nigdy nie pozwolę, by ktoś za mnie decydował. Nawet z miłości.
Bo miłość to nie jest zostawianie drugiej osoby z chaosem. Miłość to nie jest ukrywanie długów i wiary w to, że „jakoś to będzie”. „Jakoś to będzie” umarło razem z Pawłem. A ja? Ja zaczynam od nowa.
Diana, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałem, że wyjazd do sanatorium będzie nudny jak oglądanie schnącej farby. Piękna kuracjuszka dała mi zajęcie”
- „Wstydzę się wnuków, bo są rozpuszczone i niewychowane. Czasy mamy inne, ale szacunek do babci ma być niezmienny”
- „Pojechałam do sanatorium w Ciechocinku, żeby poczuć się kobietą. Na balu mnie poniosło i narobiłam sobie wstydu”

