Reklama

Wszystko zaczęło się w dusznej sali gimnastycznej naszej szkoły. Powietrze było ciężkie od stresu i tanich perfum, których używaliśmy, by dodać sobie powagi. Siedziałam w trzecim rzędzie, wpatrując się w arkusz maturalny z języka polskiego. Temat rozprawki wydawał się dość prosty, ale moje myśli błądziły zupełnie gdzie indziej.

Wyobrażałam sobie turkusowe fale Morza Jońskiego, białe domki z niebieskimi dachami i wielki basen, nad którym kelnerzy roznoszą mrożoną herbatę w wysokich szklankach. To było moje marzenie od kilku lat. Chciałam pojechać na prawdziwe, luksusowe wakacje all inclusive na wyspę Zakynthos.

Problem polegał na tym, że moi rodzice nie mogli sfinansować takiego wyjazdu. Mama pracowała w bibliotece, tata w niewielkim warsztacie samochodowym. Zawsze mieliśmy to, co niezbędne, ale luksusy pozostawały poza naszym zasięgiem. Dlatego postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.

Miałam konkretny cel

Gdy tylko oddałam arkusz i wyszłam ze szkoły, nie poszłam z resztą klasy do kawiarni na świętowanie. Wbiegłam do domu, zrzuciłam z siebie białą bluzkę oraz granatową spódnicę i wciągnęłam na nogi stare dresy. Zamiast eleganckich butów, założyłam znoszone trampki.

Moja mama stała w kuchni, przygotowując obiad. Spojrzała na mnie z mieszanką podziwu i troski.

– Naprawdę musisz tam jechać już dzisiaj? – zapytała, wycierając ręce w ścierkę. – Przecież dopiero napisałaś najważniejszy egzamin w życiu. Odpocznij chociaż jeden dzień.

– Mamo, sezon już się zaczął. Każdy dzień to konkretne pieniądze – odpowiedziałam, pakując do plecaka butelkę wody i kanapki. – Im szybciej zacznę, tym szybciej uzbieram na ten wyjazd. Karolina już zarezerwowała nam miejsca w biurze podróży. Muszę wpłacić swoją część za miesiąc.

Karolina była moją najlepszą przyjaciółką, ale pochodziła z zupełnie innego świata. Jej rodzice prowadzili dużą firmę i dla niej zapłacenie za zagraniczne wakacje nie stanowiło żadnego problemu. Zaproponowała, żebyśmy pojechały razem, a ja, unosząc się honorem, obiecałam, że sama na to zarobię.

Pół godziny później siedziałam w trzęsącym się, podmiejskim autobusie, który wiózł mnie na obrzeża miasta, do wielkiego gospodarstwa rolnego. Z każdym kilometrem zostawiałam za sobą wielkomiejski szum, a w zamian pojawiały się zielone pola, szklarnie i unoszący się w powietrzu zapach rozgrzanej ziemi.

To była ciężka praca

Gospodarstwo pana Tomasza było ogromne. Rzędy truskawek ciągnęły się aż po horyzont, ginąc gdzieś w pobliżu ściany ciemnego lasu. Słońce prażyło niemiłosiernie, chociaż było dopiero wczesne popołudnie. Dostaliśmy przydział do konkretnych rzędów i łubianki.

Mój rząd miał numer cztery. Wydawał się nie mieć końca. Pochyliłam się i zaczęłam zrywać pierwsze owoce. Były piękne, duże, pachnące latem. Przez pierwsze piętnaście minut czułam nawet pewien rodzaj ekscytacji. Myślałam o tym, jak każda zapełniona łubianka przybliża mnie do leżaka nad basenem.

Godzinę później mój entuzjazm całkowicie wyparował.

Plecy zaczęły mnie boleć tak bardzo, że musiałam co kilka minut prostować się z grymasem na twarzy. Kolana piekące od twardej ziemi domagały się litości. Pot spływał mi po czole, zalewając oczy, a palce kleiły się od słodkiego soku połączonego z pyłem.

– Zrywaj z ogonkiem, dziecko – usłyszałam nagle tuż obok siebie.

Poznałam starszą kobietę

Spojrzałam w bok. W rzędzie numer pięć, równo ze mną, przesuwała się starsza kobieta. Miała twarz pooraną głębokimi zmarszczkami, ale jej ruchy były niezwykle zwinne i pewne. Na głowie nosiła słomkowy kapelusz z szerokim rondem, a jej ręce, choć zniszczone pracą, z delikatnością traktowały każdy owoc.

– Słucham? – zapytałam, przecierając brudną dłonią czoło.

Mówię, żebyś zrywała z zielonym ogonkiem – powtórzyła spokojnie kobieta, uśmiechając się lekko. – Jak zerwiesz sam czerwony owoc, szybko puści sok i zgnije, zanim dojedzie do skupu. Gospodarz ci tego nie policzy. Szkoda twojej pracy.

– Dziękuję – westchnęłam ciężko. – Nie wiedziałam. To mój pierwszy dzień.

– Widzę – zaśmiała się cicho. – Mam na imię Zofia. Pracuję tu od dziesięciu sezonów. Ty pewnie zbierasz na jakieś nowe buty albo telefon, co?

Poczułam dziwne ukłucie ambicji. Chciałam zabrzmieć doroślej.

– Zbieram na wyjazd do Grecji. All inclusive – powiedziałam z nutą dumy w głosie. – Chcę odpocząć po maturze.

Pani Zofia zatrzymała się na moment, spojrzała na mnie uważnie swoimi wyblakłymi, niebieskimi oczami, a potem pokiwała głową.

– Grecja. Daleko. Piękne miejsce, podobno. No to zbieraj, dziecko, zbieraj. Pamiętaj tylko, że najwięcej kosztuje to, za co płacimy własnym potem.

Wtedy jeszcze nie zrozumiałam głębi jej słów. Po prostu wróciłam do zrywania, odliczając minuty do końca dniówki. Kiedy wieczorem wróciłam do domu, byłam tak wyczerpana, że zasnęłam w ubraniu, ledwie dotknąwszy głową poduszki.

Znajomi odpoczywali, ja pracowałam

Mijały dni. Mój plan dnia wyglądał niezmiennie, jeśli nie miałam egzaminu: pobudka o czwartej trzydzieści rano, szybkie śniadanie, autobus, i pole. Popołudniami wracałam do domu, by przygotowywać się do kolejnych egzaminów ustnych. To było było trudniejsze, niż zakładałam.

Najgorsze były jednak wieczory, kiedy otwierałam media społecznościowe. Mój ekran zalewała fala radosnych relacji. Znajomi z klasy wrzucali zdjęcia z wyjazdów w góry, ze spacerów po promenadach, z beztroskich popołudni w kawiarniach. Karolina też nie próżnowała. Jej rodzice zafundowali jej weekend w SPA w nagrodę za dobre oceny.

Pewnego wieczoru zadzwonił mój telefon. To była Karolina.

– Cześć pracusiu! – w jej głosie słychać było energię i beztroskę. – Jak tam na plantacji? Słuchaj, znalazłam fantastyczną wycieczkę fakultatywną na miejscu w Grecji. Rejs statkiem po zatokach. Kosztuje dodatkowo tylko kilkaset złotych. Dopisujemy do pakietu?

Spojrzałam na swoje dłonie. Skóra była wysuszona i popękana. Pod paznokciami wciąż miałam resztki ziemi, których nie mogłam domyć szczoteczką. Przeliczyłam w głowie, ile łubianek musiałabym zebrać, żeby sfinansować jeden taki rejs. Wyszła mi liczba, od której zakręciło mi się w głowie.

– Nie wiem, Karolina – odpowiedziałam cicho. – Chyba zrezygnuję z wycieczek. Chcę po prostu leżeć nad basenem lub plaży i nic nie robić.

– Oj, przestań marudzić! – rzuciła ze śmiechem. – Raz się żyje. Rodzice na pewno mogą ci coś dołożyć.

– Nie, nie mogą – ucięłam ostrzej, niż zamierzałam. – Sama płacę za ten wyjazd. Dam ci znać później, muszę kończyć.

Rozłączyłam się, czując narastającą frustrację. Zaczęłam zadawać sobie pytanie, czy to wszystko ma w ogóle sens. Po co się tak męczę? Może powinnam była po prostu zostać w mieście, pójść do zwykłej, lżejszej dorywczej pracy i wyjechać na kilka dni nad polskie morze, tak jak większość znajomych? Wizja luksusowej Grecji nagle zaczęła blaknąć pod ciężarem codziennego zmęczenia.

To była ważna rozmowa

Przełom nastąpił na początku czerwca. Tego dnia pogoda od rana była duszna, a powietrze stało w miejscu. Chmury na niebie układały się w ciężkie, granatowe wały. Przeczuwaliśmy, że będzie padać, ale nikt nie spodziewał się oberwania chmury.

Burza uderzyła nagle. Najpierw zerwał się porywisty wiatr, który zaczął porywać puste łubianki, a potem z nieba lunęła ściana wody. Pan Tomasz zaczął krzyczeć, żebyśmy zostawili krzaczki i ratowali pełne kosze, zanosząc je pod wiatę.

Razem z panią Zofią chwyciłyśmy po cztery pełne łubianki i pobiegłyśmy w stronę zadaszenia. Błoto ślizgało się pod naszymi butami. Byłyśmy przemoczone do suchej nitki. Woda lała się nam za kołnierze. Gdy bezpiecznie odłożyłyśmy owoce, usiadłyśmy na drewnianych skrzyniach, dysząc ciężko.

Spojrzałam na panią Zofię. Jej ubranie było całkowicie mokre, a włosy przylegały do twarzy. Mimo to uśmiechała się szeroko, z niesamowitą iskrą w oku.

– Ale nas zmoczyło! – zaśmiała się, wycierając twarz rękawem. – Pamiętam taką ulewę pięć lat temu. Wtedy woda zabrała nam połowę zbiorów.

– Jak pani może się z tego śmiać? – zapytałam, szczękając zębami z zimna. – Siedzimy w błocie, jesteśmy przemarznięte, a połowa dnia pracy przepadła.

Zofia spojrzała na mnie, a jej uśmiech stał się bardziej refleksyjny.

Widzisz, dziecko, praca na polu uczy pokory. Możesz mieć najlepszy plan, najszczersze chęci, ale przyjdzie natura i wszystko zmieni. I co zrobisz? Usiądziesz i będziesz płakać w błocie? Nie. Czekasz, aż przestanie padać, i wracasz do pracy.

Zamilkła na chwilę, poprawiając mokry kołnierzyk koszuli.

– Mój wnuk ma teraz tyle lat co ty – kontynuowała cicho. – Wyjechał uczyć się do dużego miasta. Pracuję tu, żeby co miesiąc móc mu wysłać trochę pieniędzy na książki. Nie potrzebuję wiele dla siebie. Ale kiedy widzę, jak on się rozwija, wiem, że każda moja kropla potu ma sens. Ty pracujesz na swoje marzenie o dalekich krajach. To też ma sens. Ale pamiętaj, że to nie cel jest najważniejszy. Najważniejsze jest to, jakim człowiekiem się stajesz, idąc do tego celu.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż krople deszczu. Nagle dotarło do mnie, że moje zrzędzenie i zazdrość wobec Karoliny były dziecinne. Wyjazd all inclusive miał być tylko nagrodą, ale to ta praca, te ciężkie poranki i bolące plecy budowały moją siłę i charakter. Od tamtego dnia przestałam narzekać. Zamiast liczyć, ile jeszcze kobiałek muszę zebrać, zaczęłam skupiać się na rytmie pracy. Zaczęłam zauważać piękno wschodów słońca, śpiew ptaków w pobliskim lesie i satysfakcję, gdy wieczorem zmywałam z siebie kurz minionego dnia.

Byłam z siebie dumna

Koniec sezonu nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Ostatni dzień na polu był dziwnie melancholijny. Krzaczki truskawek były już prawie puste. Zbieraliśmy ostatnie, najdrobniejsze owoce.

Po skończonej pracy stanęliśmy w kolejce do biura pana Tomasza po wypłatę. Kiedy nadeszła moja kolej, gospodarz spojrzał do zeszytu i uśmiechnął się z uznaniem.

Byłaś jedną z najbardziej wytrwałych w tym roku. Żadnych nieobecności. Dobra robota – powiedział, podając mi grubą, papierową kopertę.

Kiedy wyszłam przed budynek, otworzyłam ją z drżącymi rękami. Przeliczyłam banknoty. Wystarczyło. Nie tylko na podstawowy wyjazd, ale też na drobne wydatki na miejscu, a nawet na ten rejs, o którym mówiła Karolina. Pieniądze w moich dłoniach miały zupełnie inny ciężar niż te, które dostawałam od rodziców na urodziny. Pachniały słońcem, ziemią i moim własnym wysiłkiem.

Podeszłam do pani Zofii, która pakowała swój plecak. Przytuliłam ją mocno, nie zważając na to, że obie jesteśmy zakurzone.

– Dziękuję pani za wszystko – powiedziałam cicho. – Za cierpliwość i za mądre słowa.

Jedź do tej swojej Grecji, dziecko. I ciesz się każdym dniem. Zasłużyłaś – odpowiedziała, poklepując mnie po plecach.

Tego samego popołudnia wpłaciłam całą wymaganą kwotę w biurze podróży. Kiedy trzymałam w dłoniach potwierdzenie rezerwacji, czułam dumę, jakiej nie dał mi żaden dobrze napisany egzamin maturalny.

W Grecji było cudownie

Miesiąc później siedziałam na wymarzonym leżaku. Słońce na Zakynthos było o wiele mocniejsze niż to w Polsce, a woda w basenie miała idealną temperaturę. Obok mnie leżała Karolina, narzekając na to, że ręczniki hotelowe nie są wystarczająco puszyste, a do napojów dają za mało lodu.

Słuchałam jej z lekkim uśmiechem, popijając mrożoną herbatę. Kiedyś pewnie przyznałabym jej rację, dołączając do festiwalu narzekań. Teraz jednak wszystko wokół wydawało mi się wspaniałe. Pokój był czysty, jedzenie wyborne, a widoki zapierały dech w piersiach.

– Nie przeszkadza ci to, że ten hotelowy basen jest taki mały w porównaniu do tego ze zdjęć w katalogu? – zapytała Karolina, poprawiając okulary przeciwsłoneczne.

– Nie, zupełnie mi to nie przeszkadza – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, spoglądając na swoje dłonie.

Zniknęły już z nich ślady po soku z truskawek, zniknęły zadrapania i szorstkość, ale ja wciąż pamiętałam, ile wysiłku kosztowało mnie to, by się tutaj znaleźć. Każdy posiłek z hotelowego bufetu jadłam z szacunkiem, pamiętając, jak wiele osób musiało pracować na to, by jedzenie trafiło na stół. Każdy dzień traktowałam jak wyjątkowy dar, bo sama za niego zapłaciłam. Wyjazd był fantastyczny. Zobaczyłam Zatokę Wraku, pływałam w krystalicznie czystej wodzie i spróbowałam prawdziwej fety. Spełniłam swoje marzenie.

Ewa, 19 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama
Loading...