Reklama

Wiem, jak to brzmi – jakbym był jakimś degeneratem, nieudacznikiem albo facetem bez serca. Może i bywam dla innych tym złym, ale nie każdy zna moje życie od podszewki. Mam czworo dzieci, z trzema różnymi kobietami. Dziś każda z nich prowadzi własną, osobną krucjatę przeciwko mnie – wszystkie spotykamy się w sądzie, a ja, trochę z rezygnacji, a trochę z nieufności, coraz częściej łapię się na tym, że podejrzewam, iż żadne z tych dzieci nie jest naprawdę moje. Płacę alimenty, walczę o swoje, ale w głębi czuję, że w tej układance to ja zawsze przegrywam.

To nie były moje rodziny

Pierwsza żona, Sabina, pojawiła się w moim życiu szybko, właściwie przypadkiem – trochę przez miłość, a trochę przez młodzieńczą ucieczkę od domu, w którym nikt na siebie nie patrzył przy stole. Poznałem ją na imprezie studenckiej. Miała głos jak papier ścierny i śmiała się tak głośno, że wszyscy zwracali na nią uwagę. Myślałem, że z taką kobietą nuda mi nie grozi.

– Adam, tylko się nie zakochaj – rzuciła pierwszego wieczoru, ale przecież właśnie o to chodziło.

Rok później byliśmy już małżeństwem. Urodził się Filip. Kiedy pierwszy raz wziąłem go na ręce, czułem głównie strach. Sabina od początku patrzyła na mnie z niechęcią, jakby każdy mój ruch ją drażnił.

– Zobacz, nawet nie potrafisz go przewinąć – kpiła, odbierając mi syna z rąk.

Z miesiąca na miesiąc robiłem się w tym domu coraz mniejszy, a jej spojrzenia coraz bardziej chłodne. Zacząłem podejrzewać, że to nie tylko stres, nie tylko różnice charakterów. Zbyt często łapałem ją na półsłówkach, spojrzeniach rzucanych do telefonu, cichych rozmowach. Nie miałem odwagi spytać, czy Filip jest naprawdę mój. Może nie chciałem znać odpowiedzi? W końcu Sabina spakowała walizki i wyszła, zostawiając mi na stole pozew i zdjęcie chłopca, który rósł, nie przypominając mnie wcale.

Druga miłość i rozczarowanie

Po rozstaniu z Sabiną długo nie potrafiłem się pozbierać. Wynajmowałem kawalerkę, żyłem z dnia na dzień, nie miałem nawet siły zadzwonić do Filipa na urodziny. Pewnego dnia wpadłem na Alicję, dawną znajomą z pracy, którą los rzucił akurat na tę samą stację benzynową co mnie.

– Sam jak palec? – zagadnęła, podając mi kawę.

W jej głosie była jakaś ulga, jakby czekała, aż wreszcie nie będę z nikim związany. Dałem się porwać tej znajomości. Z Alicją było spokojniej. Umiała słuchać, nie oceniała. Czułem się przy niej kimś potrzebnym, może nawet dobrym. Wkrótce pojawiła się Karina – nasza córka, blondwłosa i krzykliwa jak jej matka.

Przez chwilę żyliśmy jak w bajce, ciesząc się każdym wspólnym porankiem. Jednak dość szybko wszystko się rozjechało. Alicja zaczęła mieć pretensje – najpierw o to, że za rzadko zajmuję się dzieckiem, potem o pieniądze. Znowu pojawiły się ciche telefony w nocy, długie wypady do koleżanki, niejasne tłumaczenia.

– Gdybyś był lepszym ojcem, Karina bardziej by cię lubiła – mówiła, gdy próbowałem rozmawiać z córką.

Czułem się jak widmo w ich mieszkaniu. W końcu Alicja wyprowadziła się do swoich rodziców. Nie zapomniała za to o pozwie o alimenty – dostałem go tydzień po jej wyprowadzce. Znowu zostałem sam, bez prawa głosu.

Najbardziej zgubna decyzja

Myślałem, że po dwóch takich porażkach życie już niczym mnie nie zaskoczy. Przez jakiś czas unikałem kobiet, skupiając się na pracy i łapaniu każdej nadgodziny, byle tylko mieć czym spłacać alimenty. Pewnego wieczoru spotkałem Monikę – była po rozwodzie, z dwójką dzieci na głowie i zmęczonym spojrzeniem. Poznaliśmy się przez wspólnego znajomego na parapetówce. Wypiliśmy razem trochę za dużo wina i od razu znaleźliśmy wspólny język. Przy niej czułem się potrzebny, nawet ważny, bo miała tyle problemów, że moje własne wydawały się śmieszne.

Dość szybko zamieszkaliśmy razem. Monika była bardzo zaradna, zawsze wiedziała, jak ogarnąć rzeczywistość – i mnie, i dzieci. Kiedy zaszła w ciążę, poczułem lekki niepokój, ale ona powtarzała:

Z tobą dam radę wszystko ułożyć.

Skończyło się tak, jak można się było spodziewać. Zaczęły się kłótnie o byle co, jej były mąż nagle zainteresował się dziećmi, a ja poczułem się jak piąte koło u wozu. W domu panowała atmosfera podejrzliwości. Najgorszy był moment, gdy Monika w złości rzuciła mi prosto w twarz:

– I tak nie masz pewności, czy to twoje dziecko, prawda?

Nie odpowiedziałem. Te słowa wracały do mnie potem każdej nocy, gdy patrzyłem na syna, szukając w jego twarzy jakiegokolwiek podobieństwa do siebie.

Nie mam siły się szarpać

W moim życiu zaczął się okres, który nazywam karuzelą rozpraw. Telefony od adwokatów, wezwania do sądu, komornik pukający do drzwi – to wszystko stało się codziennością. Każda z moich byłych miała swój sposób na walkę o pieniądze.

Z ciebie żaden ojciec, tylko bankomat – wykrzyczała Alicja podczas jednej z rozpraw. Sędzia nie patrzył mi w oczy, tylko odczytywał kolejne paragrafy i zasądzał wyższe kwoty alimentów.

Najgorsze były te chwile, kiedy moje dzieci były obecne na sali. Karina unikała mojego wzroku, Filip patrzył na mnie z niechęcią, a mały Szymek nawet nie do końca rozumiał, kim dla niego jestem. Próbowałem wytłumaczyć się z nieobecności, z pracy po nocach, z kłopotów finansowych – ale nikogo to nie obchodziło. Byłem tylko kolejnym facetem na ławie oskarżonych.

Po jednej z rozpraw podszedł do mnie znajomy prawnik i zapytał cicho:

– Adam, czemu nie zrobisz testów? Przynajmniej będziesz miał pewność.

Zamrugałem zaskoczony. Nigdy wcześniej nie brałem tego pod uwagę na poważnie, choć podejrzenia kiełkowały od lat. Może faktycznie powinienem przestać się bać prawdy? Może to jedyny sposób, by wyrwać się z tej matni oskarżeń i ciągłych wątpliwości?

Naprawdę zaczynałem wątpić

Wieczorami, kiedy w domu zapadała cisza, a telefon przestawał dzwonić, dopadało mnie to poczucie pustki. Siedziałem z głową w dłoniach, analizując, jakim cudem aż trzy kobiety mogły tak łatwo odsunąć mnie od dzieci, a ja sam wciąż miałem wyrzuty sumienia, jakby wszystko zależało tylko ode mnie. Czasem przeglądałem stare zdjęcia – próbowałem dopatrzyć się u Filipa czy Szymka jakiejś swojej cechy: nosa, spojrzenia, gestu. Nic z tego. Im bardziej się starałem, tym bardziej czułem się jak statysta w ich życiu.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie matka Filipa.

– Chcesz widywać syna? To przestań gadać głupoty o testach i płać, jak należy – usłyszałem w słuchawce.

Poczułem narastający bunt. Czy naprawdę jestem winny temu, jak to wszystko się ułożyło? Czy tylko naiwnie uwierzyłem w miłość? Miałem w ręku skierowanie na testy DNA, które przez kilka tygodni leżało nietknięte na stole. W końcu odłożyłem je na dno szuflady. Może i bałem się prawdy, ale jeszcze bardziej bałem się tego, że jeśli się potwierdzi, to już nigdy nie będę mógł powiedzieć sobie, że próbowałem być ojcem.

Żyję obok nich

Dziś, kiedy patrzę w lustro, widzę faceta z wyraźnymi zmarszczkami i coraz większą siwizną we włosach. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mógł powiedzieć o sobie, że byłem prawdziwym ojcem. Może moje dzieci mają innego biologicznego ojca – może to tylko moja wyobraźnia, a może prawda, której nigdy nie poznam. Z każdym rokiem coraz mniej mam siły na walkę o te relacje.

Przestałem dzwonić, przestałem się łudzić, że ktoś zadzwoni do mnie. Moje życie toczy się na marginesie – nie ich świata, nie ich codzienności. Płacę alimenty, odhaczam kolejne rozprawy i czasem próbuję wmówić sobie, że gdyby los ułożył się inaczej, wszystko byłoby proste.

Prawda jest jednak taka, że od dawna nie potrafię już nawet marzyć o zwykłym szczęściu. Każda z moich byłych kobiet poukładała sobie życie na nowo. Dzieci dorastają bez mojej obecności, być może nawet bez mojej pamięci. Największym żalem jest dla mnie to, że nigdy nie dowiem się, czy byłbym w stanie być kimś ważnym dla choć jednego z nich. Dziś zostałem już tylko Adamem – 46 lat, człowiek od przelewów, niewidoczny, niepotrzebny, niekochany.

Adam, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama