„Wzięliśmy kredyt na remont domu po dziadkach. Nasze małżeństwo zaczęło się sypać szybciej niż stare ściany”
„Któregoś dnia, stojąc na środku rozebranego salonu, wyobraziłam sobie gotowe wnętrze – jasne ściany, regał z książkami, naszą kanapę. I nagle przyszła myśl, która mnie przeraziła: czy kiedy ten dom będzie gotowy, my nadal będziemy tak samo pewni siebie jak w dniu podpisywania kredytu?”.

Jeszcze niedawno wierzyłam, że dom po moich dziadkach będzie początkiem wszystkiego, co stabilne. Drewniane schody skrzypiały tak samo jak w dzieciństwie, a ogród pachniał jabłkami nawet w chłodne poranki. Kiedy z Tymonem podpisywaliśmy umowę kredytową, czułam dumę. Nie wiedziałam, że wraz z długiem wprowadzimy do naszego małżeństwa coś, czego nie przewidział żaden kosztorys.
Koszty remontu stale rosły
Pierwszy telefon od fachowca Ryszarda odebrałam w szkole, między jedną a drugą lekcją.
– Pani Kalino, mamy problem z instalacją. To wszystko jest starsze, niż wyglądało. Trzeba wymienić całość.
Oparłam się o parapet na korytarzu.
– Całość? Przecież miała być tylko częściowa wymiana.
– Gdybyśmy zostawili resztę, ryzyko awarii byłoby spore. Lepiej zrobić raz, a porządnie.
„Lepiej zrobić raz” – powtarzałam w myślach, wracając do pokoju nauczycielskiego. Po zajęciach pojechałam prosto na budowę. Kurz unosił się w powietrzu, a ściany były skute do cegły. Dom wyglądał jak po demolce.
Wieczorem rozłożyliśmy z Tymonem kosztorys na stole.
– To podnosi budżet o kolejne kilkanaście tysięcy – powiedział spokojnie, przesuwając palcem po kolumnie cyfr.
– Może nie musimy robić wszystkiego naraz – zaproponowałam. – Może da się coś zostawić na później?
Spojrzał na mnie uważnie.
– Kalina, jeśli zaczniemy oszczędzać na podstawach, to za kilka lat wrócimy do punktu wyjścia. Chcemy tu mieszkać długo.
Skinęłam głową, ale w środku poczułam ucisk. To był dopiero początek, a ja już miałam wrażenie, że grunt usuwa mi się spod nóg. Kilka dni później Ryszard znów zadzwonił.
– Dach jest w złym stanie. Krokwie wymagają wzmocnienia.
Tym razem słuchałam w milczeniu, notując kwoty w zeszycie. Wieczorem, gdy przekazałam wiadomość Tymonowi, nie podniósł głosu. Nie okazał złości. Włączył komputer i zaczął liczyć.
– Damy radę – powiedział po chwili. – Wezmę dodatkowe projekty.
– A może… – zaczęłam ostrożnie – może to znak, żeby zwolnić?
Zatrzymał się.
– Zwolnić? Teraz?
– Może nie potrzebujemy aż takiego standardu. To wciąż ten sam dom.
– Właśnie dlatego chcę go zrobić dobrze – odpowiedział twardo. – To nie jest przypadkowe miejsce. To twoje wspomnienia.
Te słowa mnie uciszyły. Czułam wdzięczność, ale też coś jeszcze – jakby ciężar odpowiedzialności spoczął na moich barkach. Skoro to „moje wspomnienia”, to czy mam prawo mówić, że się boję?
Byłam zestresowana
W kolejnych tygodniach zaczęłam reagować napięciem na każdy dźwięk telefonu. Kiedy ekran rozświetlał się nazwą „Ryszard”, serce przyspieszało. Pewnego wieczoru, gdy siedzieliśmy w ciszy, powiedziałam:
– Mam wrażenie, że dom po kawałku nas zjada.
Tymon spojrzał na mnie znad kubka herbaty.
– Przesadzasz. To tylko etap.
– A jeśli ten etap zostawi w nas ślad?
Uśmiechnął się lekko.
– Każdy duży krok zostawia ślad. Ale przecież robimy go razem.
Słowo „razem” zabrzmiało wtedy jeszcze prawdziwie. Mimo to czułam, że między kolejnymi fakturami pojawiają się drobne rysy. Nie kłóciliśmy się gwałtownie. Raczej wymienialiśmy krótkie, napięte uwagi, które wisiały w powietrzu dłużej, niż powinny.
Któregoś dnia, stojąc na środku rozebranego salonu, wyobraziłam sobie gotowe wnętrze – jasne ściany, regał z książkami, naszą kanapę. I nagle przyszła myśl, która mnie przeraziła: czy kiedy ten dom będzie gotowy, my nadal będziemy tak samo pewni siebie jak w dniu podpisywania kredytu? Patrzyłam na odsłonięte cegły i czułam, że pierwsze pęknięcia nie powstają w murach, tylko w nas.
Mąż był nieobecny
Tymon długo nie mówił wprost, że bierze na siebie więcej pracy. Po prostu zaczął później wracać. Najpierw tłumaczył się krótkimi wiadomościami.
– Dziś zostanę dłużej, zamykamy projekt.
Potem przestał się tłumaczyć. Wchodził do mieszkania zmęczony, odkładał torbę, całował mnie w czoło i siadał z laptopem przy stole.
– To tylko na chwilę – mówił. – Muszę spiąć budżet.
Ta „chwila” przeciągała się do północy.
Zostałam sama z Ryszardem i jego telefonami.
– Pani Kalino, wybór płytek do łazienki musi być dziś. Inaczej wstrzymamy prace.
Stałam w markecie budowlanym między rzędami próbek. Dzwoniłam do Tymona trzy razy. Bez odpowiedzi. W końcu napisał: „Wybierz to, co uważasz za najlepsze. Ufam ci”. Ufam ci. Niby komplement, a ja poczułam się, jakby zrzucił na mnie ciężar decyzji. Wieczorem pokazałam mu zdjęcia.
– Te wybrałam. Jaśniejsze, optycznie powiększą przestrzeń.
– Dobrze – odpowiedział, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Tylko dobrze? – zapytałam.
Spojrzał na mnie zdezorientowany.
– A co mam powiedzieć? Przecież mówiłem, że ci ufam.
– Chciałam, żebyśmy to przeżyli razem. Nawet wybór płytek.
Westchnął.
– Kalina, ja naprawdę próbuję ogarnąć finanse. Ktoś musi.
To „ktoś” zabolało mnie bardziej, niż powinno. Jakbym nie była częścią tego wysiłku.
Rozmawialiśmy tylko o kasie
Z czasem zaczęliśmy rozmawiać głównie o liczbach.
– Ile jeszcze zostało do zapłaty ekipie?
– Kiedy bank wypłaci kolejną transzę?
– Czy zmieścimy się w harmonogramie?
Brakowało zwyczajnych pytań.
Któregoś wieczoru usiadłam naprzeciwko niego i zamknęłam jego laptop.
– Możemy przez chwilę nie rozmawiać o pieniądzach?
Popatrzył na mnie zaskoczony.
– Co się stało?
– Nic konkretnego. Po prostu tęsknię za tobą.
W jego oczach pojawiło się zmęczenie.
– Jestem tu przecież.
– Fizycznie tak. Ale myślami jesteś ciągle gdzie indziej.
Przez chwilę milczał.
– Jeśli teraz odpuszczę, to wszystko się posypie – powiedział w końcu. – Rata nie poczeka, rachunki też nie.
– A my? – zapytałam cicho. – My poczekamy?
Nie odpowiedział od razu. Otworzył laptopa, jakby odruchowo chciał wrócić do bezpiecznego świata cyfr. Potem jednak go zamknął.
– To przejściowe – powtórzył. – Kiedy skończymy remont, będzie lżej.
Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę wierzy w to, co mówi, czy tylko potrzebuje w to wierzyć.
Czułam się samotna
W sobotę pojechałam sama na budowę. Ryszard oprowadzał mnie po kolejnych pomieszczeniach.
– Mąż nie przyjechał? – zapytał.
– Ma dużo pracy – odpowiedziałam, starając się, by zabrzmiało to naturalnie.
Stałam potem w przyszłej sypialni, patrząc na świeżo położoną wylewkę. To miało być nasze miejsce. Nasza przestrzeń. A ja czułam się tam jak jedyna właścicielka i jedyna osoba, która naprawdę widzi, jak zmienia się ten dom.
Wieczorem, gdy Tymon znów pracował, usiadłam obok niego.
– Powiedz mi szczerze – zaczęłam. – Czy ty jeszcze cieszysz się tym domem?
Zawahał się.
– Cieszę się, że będzie nasz. Ale teraz muszę myśleć o tym, żeby nas nie przytłoczył.
Zrozumiałam wtedy coś niepokojącego. On walczył z kredytem. Ja walczyłam o nas. I każde z nas było przekonane, że to jego bitwa jest ważniejsza.
Zaczęliśmy się kłócić
Moment, w którym poczułam, że zaczynamy się ze sobą ścigać, przyszedł zupełnie zwyczajnie. Wróciłam z budowy zmęczona, z notatnikiem pełnym ustaleń. Tymon siedział przy stole, otoczony wydrukami.
– Ryszard chce przyspieszyć prace przy łazience – zaczęłam. – Musimy dopłacić za dodatkową ekipę, ale skończą tydzień wcześniej.
– Ile? – zapytał bez wstępu.
Podałam kwotę. Zmarszczył brwi.
– Tego nie było w planie.
– Wiele rzeczy nie było – odpowiedziałam ostrzej, niż zamierzałam. – Instalacja, dach, fundamenty…
– Dlatego właśnie muszę brać więcej zleceń – uciął.
Usiadłam naprzeciwko niego.
– A ja muszę być codziennie na budowie. Myślisz, że to nic nie kosztuje?
Spojrzał na mnie uważnie.
– Nie powiedziałem, że nic nie kosztuje.
– Ale zachowujesz się tak, jakby tylko twoja praca miała znaczenie.
Przez chwilę milczał.
– Bo od niej zależy, czy spłacimy kredyt – odpowiedział spokojnie. – Nie mogę tego zignorować.
– A ja nie mogę ignorować tego, że prawie się nie widujemy.
To była rozmowa, która powtarzała się w różnych wersjach. On mówił o odpowiedzialności finansowej. Ja o emocjonalnej. Oboje czuliśmy się niedocenieni.
Powinniśmy się wspierać
Następnego dnia spotkałam się z Żanetą.
– On mówi, że dźwiga wszystko sam – opowiadałam. – A ja mam wrażenie, że jestem z tym sama.
Żaneta spojrzała na mnie przenikliwie.
– Może każde z was niesie inny ciężar i nie widzi tego drugiego?
To zdanie wracało do mnie wieczorem, gdy patrzyłam, jak Tymon zasypia przy zamkniętym laptopie. Zmęczony, z cieniem pod oczami. Nagle przestał być moim przeciwnikiem. Zobaczyłam w nim człowieka, który boi się, że zawiedzie. Usiadłam obok niego i delikatnie dotknęłam jego dłoni. Obudził się.
– Przepraszam – wymamrotał. – Miałem tylko na chwilę odpocząć.
– Nie musisz być bohaterem – powiedziałam.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– A ty nie musisz być silna za nas dwoje – dodał po chwili.
Po raz pierwszy od dawna poczułam, że zamiast się licytować, zaczynamy się słuchać. Ale wiedziałam też, że prawdziwa próba dopiero przed nami. Kredyt wciąż wisiał nad nami, a napięcie nie zniknęło tylko dlatego, że nazwaliśmy je po imieniu. Zrozumiałam, że wspólna przyszłość nie zaczyna się w banku ani w akcie notarialnym. Zaczyna się w chwili, gdy zamiast udowadniać swoją rację, wybieramy rozmowę.
Dom po dziadkach stoi. My też przetrwaliśmy – może mniej pewni siebie niż rok temu, ale bardziej świadomi. I jeśli coś naprawdę nas łączy, to nie kredyt, lecz decyzja, że nawet w najtrudniejszym momencie nie będziemy grać przeciwko sobie.
Kalina, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zainwestowałem moje oszczędności w remont domu rodziców. Szybko wyciągnęli ręce po więcej kasy”
- „Wysłałam dzieci na ferie zimowe do teściowej. Zasiała w nich ziarenko buntu, a ze mnie zrobiła złą matkę”
- „Oddałem synowi dostęp do mojego konta, bo mu ufałem. Teraz dostaję od niego kieszonkowe z własnej emerytury”

