Reklama

Żyliśmy spokojnie. Czasem czułam, że to wszystko się toczy, a ja tylko przesuwam się między punktami obowiązków: praca, dom, szkoła, lekarz, zakupy, opłaty. Bez przerwy. Nie było nas stać na spontaniczność.

Byłam skrupulatna

Robiłam listy zakupów, tabele z wydatkami, przemyślane obiady, które dało się odgrzać drugiego dnia. Gdy było lepiej, piekłam ciasto. Marek się śmiał, że przesadzam, ale to ja miałam w głowie terminy przelewów i pusty portfel trzy dni przed wypłatą.

Marek był optymistą. Wieczny chłopiec, który wierzył, że wszystko się jakoś ułoży. Mówił, że nie możemy pozwolić, by dzieci wspominały tylko szarą codzienność, że trzeba im dać coś więcej niż ciepłą zupę i porządek. Miał rację, ale ja byłam zmęczona. Dźwigałam to wszystko tak długo, że przestałam czuć, ile to waży.

Sąsiedzi patrzyli na nas z boku i mówili, że mamy fajną rodzinę. Ładne dzieci, sympatyczny mąż, skromni, ale zgrani. Uśmiechałam się, kiedy pytali, jak się trzymamy. Mówiłam, że dobrze, bo przecież nikt nie chciałby słyszeć, że znowu się martwię, co ugotuję, gdy rachunek za prąd przyjdzie wyższy niż zwykle.

Wszystko zorganizował

Zbliżały się ferie. Dzieci zaczęły mówić o śniegu, o saniach, o górach. Marek oczywiście miał już plan.

– Jedziemy w góry – powiedział któregoś dnia.

– Co? – odwróciłam się od zlewu. – W jakie góry?

– Do Zakopanego na ferie. Dzieci będą miały bajkę.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. W garnku pyrkała zupa, a dzieci kłóciły się w pokoju o klocki. W moim świecie nie było miejsca na bajki.

– Marek, my ledwo domykamy miesiąc. O czym ty mówisz?

– Wszystko ogarnąłem – uniósł ręce w obronnym geście. – Pensjonat załatwiony, jedzenie w cenie, kulig będzie, sanie, śnieg po pas… No, po prostu zrobimy im ferie, które zapamiętają.

– Za co to wszystko? – nie spuszczałam z niego wzroku.

– Wziąłem mały kredyt – rzucił to tonem, jakby mówił, że kupił bułki.

– Ty chyba sobie kpisz?

– Spokojnie. Nieduże raty, nie jakieś tam bajońskie sumy. Wiesz, ile to znaczy dla nich?

– Tak, tylko że ty nie będziesz tych rat spłacał z własnych zachwytów. Marek, przecież mówiłam, że teraz nie jest czas. Nie mamy nawet bufora, żadnych oszczędności.

– Klaudia… – westchnął. – Daj im zapamiętać coś, co nie będzie tylko kolejną zimą w mieście.

Myślałam o ratach

Zakopane wyglądało jak z pocztówki. Śnieg był wszędzie, dzieci piszczały z radości. Tymek pierwszy raz w życiu widział tyle białego naraz i próbował zjadać płatki prosto z rękawicy. Natalka biegała z telefonem, robiła zdjęcia wszystkiego: gór, światełek, koni z dzwoneczkami. Marek zgrywał przewodnika. Pokazywał palcem: o, tam są termy, a tam zrobimy kulig. Cały dzień planował, rozpisywał. Dla niego to było spełnienie marzenia, dla mnie – początek nowej listy wydatków.

Pierwszego dnia poszliśmy na pizzę. Zwykła margherita, sok, herbata, dwie minuty radości. Rachunek: siedemdziesiąt osiem złotych. Drugiego dnia bilety na Gubałówkę, potem gorąca czekolada, potem rękawiczki, bo Tymek zgubił. Trzeciego dnia kulig, który Marek „załatwił taniej” – trzysta złotych. Wieczorem siedziałam w pensjonacie z telefonem w ręku i kalkulatorem.

– Klaudia… – Marek położył mi rękę na ramieniu. – Nie rób tego teraz.

– Muszę wiedzieć, ile nam zostało – powiedziałam cicho.

– Przecież mówiłem, że damy radę.

– Tak? A na czym jutro oszczędzimy? Na obiedzie? Na pamiątkach, które Natalka chce kupić? Na twoim optymizmie?

– Ej, nie bądź taka.

– Nie jestem „taka”. Po prostu ktoś tu musi myśleć.

Szastał pieniędzmi

Po powrocie z Zakopanego życie wróciło do normy. Dzieci jeszcze przez kilka dni wspominały śnieg i kulig. Tymek bawił się plastikowym konikiem, który kupił na Krupówkach, a Natalka pokazywała koleżankom zdjęcia z wyjazdu. Marek chodził dumny, jakby wrócił z misji, która uratowała świat. Trzy dni później padła nam lodówka. Po prostu się wyłączyła. Rano zauważyłam, że masło się rozpływa, jogurty ciepłe, wszystko w środku miękkie i lepkie.

– I co? – rzuciłam przez ramię, patrząc na Marka.

– Może miała jakieś spięcie. Zerknę – odpowiedział, jakby miał magiczną moc.

Nie miał. Zamknęłam drzwi lodówki i usiadłam przy stole.

– Mówiłam, że to nie czas na kredyt.

– Daliśmy dzieciom coś pięknego. Nie żałuję – powtórzył, jakby to miało załatwić sprawę.

– Ja też nie żałuję, ale teraz będę kombinować, gdzie co postawić, żeby się nie zepsuło.

Nie odpowiedział. Wziął kurtkę i wyszedł do pracy. Natalka weszła do kuchni.

– Mamo, Kuba może dzisiaj przyjść po lekcjach?

– Niech przyjdzie – powiedziałam.

Było mi głupio

Kuba przyszedł zaraz po szkole. Wpadł w butach do pokoju Natalki, rzucił plecak i od razu zaczęli coś rysować. Po chwili przyszli do kuchni po picie.

– Ej, czemu nie macie lodówki? – zapytał Kuba. – Mieliście kiedyś, nie? – dodał po chwili.

Natalka odpowiedziała spokojnie, jakby to było zupełnie normalne.

– Mamy, ale teraz nie działa, bo byliśmy w górach.

Kuba się zaśmiał.

– To chyba lepiej było zostać w domu. Przynajmniej byście mieli zimne mleko.

Nie usłyszałam, co Natalka odpowiedziała. Wstałam, odłożyłam nóż, zamknęłam drzwi do kuchni i oparłam się o blat. Serce waliło mi jak głupie. Miałam ochotę wejść do tego pokoju i kazać mu wyjść, ale nie zrobiłam tego. Rano Natalka siedziała przy stole i czekała na śniadanie. Zrobiłam herbatę, postawiłam przed nią. Nawet nie spojrzała, tylko zapytała:

– Mamo… a bycie dorosłym jest trudne?

– Czasem jest – powiedziałam. – Ale nie zawsze.

Rozumieli sytuację

Spojrzała na mnie spod brwi z zamyślonym wyrazem twarzy.

– Ty jesteś smutna przez to, co powiedział Kuba?

– Nie – odpowiedziałam. – To nie przez to.

– Ale on był głupi – powiedziała nagle. – I wcale to nie było tak zabawnie, jak myślał.

Patrzyłam na nią i myślałam, że zbyt szybko rozumie zbyt wiele.

– Mamo… ale my naprawdę się cieszymy, że byliśmy w górach. To było super – dodała po chwili. – I ja nie żałuję.

Poczułam, jak coś ściska mnie w środku. Pokiwałam głową.

– Ja też nie żałuję.

Wieczorem siedzieliśmy przy stole. Marek jadł w ciszy, dzieci zmyły się szybko do pokoju.

– Wiesz… – zaczął Marek. – Może pożyczę na lodówkę. Andrzej mówił, że może pomóc.

– Nie chcę więcej długów.

– Myślałem, że ich szczęście da nam siłę. Ale teraz sam nie wiem.

Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Marek spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie miał już siły.

Klaudia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama