„Wzięliśmy duży kredyt na 30 lat na wymarzony dom na wsi. Dzisiaj zamiast śpiewu ptaków budzi mnie hałas z autostrady”
„Zamiast cieszyć się wspólnymi wieczorami, siedzieliśmy w słuchawkach, oglądając seriale, byle tylko zagłuszyć rzeczywistość. Nasz wymarzony dom stał się pułapką. Nie mogliśmy go sprzedać – kto kupiłby dom przy autostradzie”.

To miał być nasz azyl. Ucieczka od betonu, spalin i wiecznego pośpiechu, który zjadał nas w wielkim mieście kawałek po kawałku. Kiedy podpisywaliśmy umowę w banku, ręce drżały mi ze wzruszenia, a przed oczami miałam wizję poranków z kawą na tarasie, gdzie jedynym dźwiękiem będzie szum wiatru w koronach sosen.
Męczyliśmy się
Siedzieliśmy z moim mężem Rafałem w naszej ciasnej kuchni w bloku na czwartym piętrze. Był duszny, lipcowy wieczór. Przez otwarte okno wpadał zapach rozgrzanego asfaltu i odgłosy kłótni sąsiadów z dołu. Rafał mieszał herbatę łyżeczką, uderzając nią o brzeg kubka, co doprowadzało mnie do szału. Oboje byliśmy na skraju wyczerpania.
– Mam tego dość – powiedział wtedy. – Nie chcę, żeby nasze dzieci wychowywały się w tej klatce. Chcę, żeby miały trawę, drzewa i czyste powietrze.
Przytaknęłam bez słowa. Od dawna przeglądałam ogłoszenia o sprzedaży domów pod miastem, ale ceny zawsze nas przerażały. Jednak tamtego wieczoru decyzja zapadła impulsywnie, pod wpływem zmęczenia i pragnienia zmiany. Zaczęliśmy szukać intensywniej, godząc się na to, że będziemy musieli dojeżdżać do pracy prawie godzinę.
Trafiliśmy na ofertę, która wydawała się spełnieniem marzeń. Pojechaliśmy tam w niedzielne popołudnie. Dom stał na uboczu, był w stanie deweloperskim, ale miał ogromne okna wychodzące na ścianę lasu.
Marzyliśmy o ciszy
Agent nieruchomości oprowadzał nas po działce.
– Tutaj państwo postawią altanę, tu jest miejsce na ogródek warzywny – wskazywał ręką, kreśląc przed nami wizję sielanki. – A tam jest rezerwat przyrody. Nikt się tam nie wybuduje. Cisza i spokój gwarantowane.
Rafał ścisnął moją dłoń. Nie słyszeliśmy wtedy niczego poza własnym biciem serca i śpiewem ptaków. Nie zadawaliśmy trudnych pytań. Nie sprawdzaliśmy map geodezyjnych. Zaufaliśmy chwili i zapachowi lasu. Procedura kredytowa była stresująca, ale kiedy bank w końcu dał nam zielone światło, czuliśmy się, jakbyśmy wygrali na loterii. Trzydzieści lat. To brzmiało abstrakcyjnie, jak jakaś odległa epoka. Podpisaliśmy stertę dokumentów, nie czytając drobnego druku. Liczyło się tylko to, że klucze są nasze.
Pierwsze miesiące były jak miesiąc miodowy. Wykańczanie wnętrz, wybieranie kafelków, malowanie ścian. Każdy weekend spędzaliśmy na budowie. Było cicho. Czasem słyszeliśmy szczekanie psa w oddali albo warkot traktora, ale to były dźwięki wsi, których pragnęliśmy.
Usłyszałam szum
Wprowadziliśmy się w listopadzie. Wieczorami siadaliśmy w salonie, patrząc na ciemny las za oknem i gratulowaliśmy sobie odwagi.
– Zobaczysz, wiosną to miejsce eksploduje życiem – mówił Rafał. – Zrobimy grilla, zaprosimy znajomych z miasta. Zzielenieją z zazdrości.
Problemy zaczęły się zimą, kiedy drzewa zrzuciły liście. Zaczęłam słyszeć dziwny szum. Niskie, jednostajne buczenie, dochodzące zza linii horyzontu.
– Słyszysz to? – zapytałam pewnego wieczoru Rafała.
– Co? Lodówka chodzi – mruknął znad książki.
– Nie, to na zewnątrz. Taki szum.
Rafał podszedł do okna, uchylił je i nasłuchiwał.
– To chyba z drogi krajowej. Jest pięć kilometrów stąd, ale wiatr niesie. Nie przesadzaj. Ledwo co słychać.
Wiosną ruszyły prace w okolicy. Okazało się, że ten rezerwat, o którym mówił agent, owszem, istniał, ale pas ziemi tuż za nim był przeznaczony pod rozbudowę węzła autostradowego. Prawdziwy koszmar się zaczął, gdy przyjechały ciężkie maszyny i zaczęły wycinkę. Pas lasu, który oddzielał nas od istniejącej już, ale mało uczęszczanej trasy szybkiego ruchu, zaczął znikać w oczach. Okazało się, że trasa ta była w trakcie modernizacji, by stać się główną arterią łączącą północ z południem kraju.
Zrozumiałam nasz błąd
Któregoś dnia wróciłam z pracy wcześniej. Wyszłam na taras z kubkiem herbaty, licząc na relaks. Zamiast tego uderzyła mnie fala dźwięku. To nie był szum, to był ryk. Ciężarówki, tiry, samochody osobowe pędzące sto czterdzieści na godzinę. Bez drzew, które wcześniej tłumiły dźwięk, hałas niósł się po polach prosto w nasze okna. Zaczęliśmy działać nerwowo. Rafał spędzał noce na forach internetowych, szukając sposobów na wyciszenie domu.
– Wymienimy okna na takie z potrójnym pakietem szybowym, o podwyższonej izolacji akustycznej – zarządził.
Wydaliśmy nasze oszczędności na nowe okna, mimo że te, które mieliśmy, były nowe. Pomogło, ale tylko trochę. Kiedy okna były zamknięte, w domu panował względny spokój, choć niskie tony i tak przenikały przez mury. Ale przecież nie przeprowadziliśmy się na wieś, żeby siedzieć w hermetycznie zamkniętym pudełku z klimatyzacją! Chcieliśmy żyć na zewnątrz.
Wstydziłam się
Tymczasem ogród stał się miejscem tortur. Nie dało się tam rozmawiać bez podnoszenia głosu.
– Podasz mi sól?! – krzyczałam do Rafała podczas pierwszego wiosennego grilla.
– Co?! – odkrzykiwał, marszcząc brwi.
Nasi goście, którzy mieli zzielenieć z zazdrości, siedzieli spięci, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Po godzinie wszyscy przenieśliśmy się do środka. Wstydziłam się swojego domu, swojego wyboru i tego, że daliśmy się tak podejść. Wtedy poznałam panią Teresę. Mieszkała dwa domy dalej. Była starszą kobietą o smutnych oczach.
– Głośno dzisiaj, co? – zagadnęła, widząc moją minę.
– Tragicznie – westchnęłam. – Nie wiedzieliśmy, że tak będzie. Agent mówił…
– Agenci dużo mówią, moje dziecko. Walczymy o ekrany akustyczne od pięciu lat. Petycje, zebrania w gminie. I nic. Mówią, że normy hałasu nie są przekroczone, bo średnia dobowa wychodzi im w porządku. Mierzą w nocy, jak ruch jest mniejszy, albo ustawiają mikrofony w dołkach. To walka z wiatrakami.
Kłóciliśmy się
Poczułam zimny dreszcz. Dołączyłam do lokalnej grupy walczącej o ekrany. Zaczęłam chodzić na zebrania. Poznałam sąsiadów – ludzi równie sfrustrowanych jak ja. Wszyscy byliśmy ofiarami systemu i własnej nieuwagi. Hałas zaczął wpływać na nasze małżeństwo. Kiedy człowiek nie może odpocząć we własnym domu, staje się drażliwy. Każda drobnostka urastała do rangi problemu.
– Znowu nie zamknąłeś drzwi na taras! – warczałam na Rafała, gdy tylko usłyszałam szum wdzierający się do salonu.
– Chciałem przewietrzyć! – bronił się, też podnosząc głos. – Czy my musimy żyć jak w bunkrze?!
– Trzeba było sprawdzić plany dróg, zanim wzięliśmy ten kredyt! – wypomniałam mu w złości, choć wiedziałam, że to cios poniżej pasa. Przecież ja też ich nie sprawdziłam.
Oddalaliśmy się od siebie. Zamiast cieszyć się wspólnymi wieczorami, siedzieliśmy w słuchawkach, oglądając seriale, byle tylko zagłuszyć rzeczywistość. Nasz wymarzony dom stał się pułapką. Nie mogliśmy go sprzedać – kto kupiłby dom przy autostradzie za cenę, która pozwoliłaby nam spłacić kredyt i kupić coś innego? Wartość nieruchomości spadła drastycznie w momencie otwarcia wszystkich pasów ruchu. Byliśmy uwięzieni.
Nie mogliśmy spać
Najgorsze były noce letnie. Marzyłam o spaniu przy otwartym oknie. Zamiast tego musieliśmy spać przy zamkniętych oknach, a i tak, gdy o trzeciej nad ranem przejeżdżał konwój ciężarówek, budziłam się z kołataniem serca. Ten dźwięk był jak fizyczny ból. Wibrował w podłodze, w łóżku, w moich kościach.
Zaczęłam mieć problemy w pracy. Pracuję zdalnie, ale jak się skupić, gdy co trzydzieści sekund słychać świst opon na asfalcie? Zaczęłam zawalać terminy. Mój szef, człowiek wyrozumiały, zaczął tracić cierpliwość. Nie mogłam mu powiedzieć, że autostrada wypala mi neurony. Powiedziałam, że mam trudny okres w życiu prywatnym. Pewnego dnia Rafał wrócił do domu z dziwnym błyskiem w oku.
– Zasadzimy dużo tui i postawimy płot akustyczny. Taki profesjonalny, jak przy drogach – oświadczył.
– To kosztuje majątek. Nie mamy takich pieniędzy – ostudziłam jego zapał.
– Wezmę pożyczkę w pracy. Musimy coś zrobić, bo zwariujemy. Widzę, co się z tobą dzieje. Widzę, co się dzieje z nami.
Zgodziłam się
Postawiliśmy wysoki na trzy metry płot z paneli pochłaniających dźwięk. Wyglądało to koszmarnie, jakbyśmy mieszkali w obozie warownym, a nie w domu na wsi. Zasłoniliśmy widok na las, ten sam, który nas tu przyciągnął. Ale musiałam przyznać – było nieco ciszej. W ogrodzie dało się rozmawiać bez krzyku. To była proteza normalności, ale chwyciliśmy się jej kurczowo.
Jednak płot nie rozwiązał wszystkiego. Nie zatrzymał zapachu spalin, który przy niekorzystnym wietrze dusił nas w gardle. Nie zatrzymał pyłu, który osiadał na moich wymarzonych pomidorach. Każdego ranka przecierałam parapety czarną szmatką i widziałam na niej szary osad. Punkt kulminacyjny nastąpił miesiąc później. Zorganizowaliśmy spotkanie sąsiedzkie. Rafał przygotował pismo do Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Mieliśmy prawnika, który zgodził się nam pomóc.
Wysłaliśmy pismo. Dostaliśmy odpowiedź po dwóch tygodniach. Standardową, urzędniczą nowomowę. „Inwestycja została zrealizowana zgodnie z projektem”, „Pomiary nie wykazują przekroczeń”. Ale na dole, drobnym drukiem, była adnotacja: „W planach na lata 2028–2030 przewidziana jest weryfikacja zabezpieczeń akustycznych”. Cztery lata. Dla urzędnika to mrugnięcie okiem. Dla nas to tysiąc czterysta sześćdziesiąt nieprzespanych nocy.
Sandra, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na pierwszej randce utknęłam w toalecie. Gdy wyszłam, czekał na mnie pusty stolik i rachunek do zapłacenia”
- „Śmiałam się z uwag teściowej, by nie dać jej satysfakcji. Nie przewidziałam, że 1 plotka zrujnuje mój biznes”
- „Teść oświadczył się mojej mamie i teraz mam ojczyma. Rodzinne obiadki od razu wyglądają całkiem inaczej”

