Reklama

Miałam teraz siedzieć w góralskiej chacie, popijać gorącą herbatę z miodem i patrzeć, jak śnieg otula szczyty Giewontu. Zamiast tego stałam na środku salonu w poplamionym dresie, z wałkiem malarskim w ręku, wdychając duszący zapach gruntu do ścian i słuchając tykania zegara, które odmierzało czas do kolejnej katastrofy.

Decyzja o rezygnacji z wyjazdu miała być racjonalna, dojrzała. Mieliśmy tylko odświeżyć ściany, szybko i bezboleśnie. Nie przewidziałam jednak czynnika, który zmienił mój urlop w koszmar. Gdy tylko teściowa weszła do pokoju w nienagannie wyprasowanej garsonce, dzierżąc w dłoni ścierkę, już wiedziałam, że wszystko się posypie.

Marzenia o Tatrach musiały poczekać

Wszystko zaczęło się od pękniętej rury w łazience trzy tygodnie przed planowanym urlopem. To był ten moment, kiedy rzeczywistość brutalnie weryfikuje marzenia. Patrzyłam na fakturę od hydraulika, potem na nasze oszczędności, a na końcu na łuszczącą się farbę w przedpokoju, którą ignorowaliśmy od dwóch lat.

Tomek, mój mąż, starał się robić dobrą minę do złej gry, ale widziałam w jego oczach ten sam smutek, który czułam ja. Nasza córka, siedmioletnia Zosia, przyjęła wiadomość o odwołaniu nart z zaskakującą dojrzałością, choć widziałam, jak ukradkiem chowa swoje gogle do szafy.

Zrobimy sobie super ferie w domu – próbowałam nadrobić entuzjazmem, choć w środku czułam, jak coś we mnie pęka. – Pomalujemy salon, zmienimy tapetę u Zosi, będziemy zamawiać pizzę i oglądać filmy do późna. Będzie fajnie, zobaczysz.

Tomek przytaknął, choć oboje wiedzieliśmy, że remont to test dla każdego związku. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że pojawi się dodatkowy problem. Moja teściowa, Jadwiga, dowiedziała się o naszych planach przez przypadek, podczas niedzielnego obiadu. Zamiast współczuć nam braku wyjazdu, jej oczy rozbłysły dziwnym blaskiem.

– W końcu weźmiecie się za to mieszkanie – stwierdziła, krojąc roladę z chirurgiczną precyzją. – Już najwyższy czas. Te ściany wołają o pomstę do nieba. Mam nadzieję, że tym razem wybierzecie jakiś porządny kolor, a nie te wasze szarości jak w prosektorium.

Zignorowałam tę uwagę, skupiając się na ziemniakach. Miałam plan. Tomek brał wolne tylko na trzy dni, ja miałam całe dwa tygodnie. Zosia miała chodzić na półkolonie w szkole, więc do piętnastej miałam mieć czas na pracę fizyczną, a wieczory miały być dla nas. Prosty, logiczny plan. Nie uwzględniłam w nim jednak wizyt teściowej.

Mój urlop zamienił się w koszmar

Pierwszy dzień urlopu zaczął się obiecująco. Wstałam, wypiłam kawę w ciszy, odprowadziłam Zosię i z zapałem zabrałam się za zabezpieczanie mebli folią. Czułam nawet pewien rodzaj satysfakcji. Fizyczna praca miała być odskocznią od mojego biurowego stresu, gdzie jako kierownik projektu ciągle gasiłam pożary. Tu miałam kontrolę, a efekt miał być widoczny natychmiast.

O godzinie dziesiątej rozległ się dzwonek do drzwi. Byłam pewna, że to kurier z farbami. Otworzyłam, nie patrząc przez wizjer, z uśmiechem na ustach i włosami spiętymi w niedbały kok. W progu stała teściowa, a obok niej wielka torba podróżna. W rękach trzymała słoik z czymś, co wyglądało na rosół.

– Niespodzianka! – zawołała, wchodząc do środka bez pytania, jakby to był jej własny przedpokój. – Pomyślałam, że przyda wam się pomoc. Tomek mówił, że sam nie da rady ze wszystkim, a ty przecież nie masz wprawy w takich pracach.

Zamarłam. Spojrzałam na telefon, szukając wiadomości od męża. Nic. Cisza. Czy on to zaplanował? Czy on ją nasłał, bo nie wierzył w moje umiejętności?

– Mamo, ale my sobie radzimy – wydukałam, czując, jak mój plan na spokojny remont w rytmie ulubionej muzyki właśnie legł w gruzach. – Naprawdę, nie trzeba...

Nie gadaj głupot, dziecko – przerwała mi, stawiając słoik na szafce, którą właśnie miałam wynieść. – Przecież widzę, jak ty wyglądasz. Blada, zmęczona. Zjesz porządny obiad, a ja dopilnuję, żebyście tego nie zepsuli. Pamiętasz, jak cztery lata temu malowaliście kuchnię? Te zacieki do dziś śnią mi się po nocach.

Poczułam ukłucie w żołądku. Tamte zacieki powstały, bo pękła rura od kaloryfera w trakcie schnięcia farby, ale dla niej była to oznaka mojego niechlujstwa.

Zostajesz... na noc? – zapytałam z nadzieją, że odpowiedź będzie przecząca.

– Tylko na kilka dni, póki nie skończycie najgorszego. Przecież nie będę jeździć przez całe miasto w tę i z powrotem. Śpię u Zosi, ona i tak lubi spać z wami, gdy jest zamieszanie.

I tak, w ciągu pięciu minut, mój urlop zamienił się w koszmar.

Byłam wykończona jej obecnością

Zaczęło się niewinnie. Jadwiga usiadła w fotelu, który cudem ocalał przed wyniesieniem, i zaczęła dyrygować.

– Kamila, ta taśma jest krzywo – rzuciła, gdy oklejałam listwy przypodłogowe. – Musisz dociskać mocniej. Jak farba podejdzie pod spód, to będzie wyglądać okropnie.

Zacisnęłam zęby. Wiedziałam, jak przyklejać taśmę. Robiliśmy to z Tomkiem wielokrotnie.

– Jest prosto, mamo – odpowiedziałam spokojnie.

– Z mojej perspektywy wygląda krzywo. Lepiej popraw teraz, niż potem płacz. I dlaczego nie umyłaś ścian mydłem malarskim? Przecież na ten kurz nic się nie chwyci.

– Ściany są gruntowane, mamo. To wystarczy.

– Za moich czasów robiło się porządnie, a nie szybko. Dlatego wszystko teraz jest takie nietrwałe. Małżeństwa też – dodała ciszej, ale na tyle głośno, bym usłyszała.

To uderzyło mnie mocniej, niż chciałam przyznać. Ostatnio między mną a Tomkiem nie było idealnie. Praca, kredyt, zmęczenie – to wszystko oddalało nas od siebie. Ten remont miał być też czasem na bycie razem, na wspólne działanie. Obecność Jadwigi sprawiała, że zamiast partnerami, stawaliśmy się znowu dziećmi pod ostrzałem krytyki.

Kiedy Tomek wrócił z pracy, liczyłam na wsparcie. Weszłam do kuchni, gdzie teściowa odgrzewała swój rosół, roztaczając zapach, który w normalnych okolicznościach byłby przyjemny, ale teraz tylko mnie irytował.

– Tomek, dlaczego nie powiedziałeś, że mama przyjeżdża? – zapytałam szeptem w sypialni, gdy przebierał się w robocze ciuchy.

– Sama zadzwoniła rano, jak już byłem w biurze – tłumaczył się, unikając mojego wzroku. – Powiedziała, że chce pomóc przy Zosi i gotowaniu, żebyśmy mogli się skupić na robocie. Nie mogłem jej zabronić, wiesz jaka ona jest.

– Wiem, jaka jest. I właśnie dlatego powinieneś powiedzieć "nie". Ona mnie wykończy, Tomek. Nie minęły trzy godziny, a już usłyszałam, że źle kleję taśmę, źle dobrałam grunt i że nasze małżeństwo jest nietrwałe jak nowoczesne farby.

Tomek westchnął ciężko.

– Wytrzymaj, proszę. Ona chce dobrze, tylko ma trudny charakter. Skupmy się na malowaniu. Im szybciej skończymy, tym szybciej pojedzie.

To była nasza strategia na przetrwanie. Szybkość. Ale podczas remontu pośpiech jest najgorszym doradcą.

Miarka w końcu się przebrała

Środa była krytyczna. Malowaliśmy sufit, a to najgorsza część każdej renowacji. Kark boli, farba chlapie na twarz, a ręce mdleją. Jadwiga stała w progu, trzymając kubek z herbatą i kręciła głową.

– Zostawiacie smugi – orzekła tonem rzeczoznawcy budowlanego. – Wałek jest za suchy. Kamila, nabierasz za mało farby.

– Mamo, proszę, idź do kuchni – powiedział Tomek, stojąc na drabinie. Głos mu drżał, co było rzadkością. – Przeszkadzasz nam.

Ja tylko doradzam! – obruszyła się. – Jak chcecie mieć sufit w pasy jak zebra, to proszę bardzo. Ale potem nie przychodźcie do mnie z płaczem. I w ogóle, Kamila, czemu ty nie założyłaś czepka? Zniszczysz sobie włosy. Chociaż i tak przydałby ci się fryzjer, te końcówki masz straszne.

Zacisnęłam dłoń na rączce wałka tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. To nie chodziło o włosy. To była ciągła, nieustanna ocena. Moje ściany, mój dom, moje włosy, moje życie. Wszystko było "nie tak". Wszystko wymagało poprawki według jej standardów. W pewnym momencie, schodząc z drabinki, zahaczyłam nogą o kuwetę z farbą. Byłam zmęczona, rozkojarzona jej gadaniem. Biała, gęsta ciecz rozlała się po niezabezpieczonym fragmencie parkietu, który odsłoniliśmy chwilę wcześniej, żeby przesunąć szafę.

A nie mówiłam?! – tryumfalny okrzyk teściowej przebił powietrze szybciej niż dźwięk spadającego wałka. – Niezdara! Boże, ten parkiet to dąb, to wsiąknie! Szybko, ścierkę! Tomek, ratuj podłogę, bo twoja żona zniszczy wszystko!

Stałam tam, patrząc na białą plamę, która powoli rosła. Czułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie z powodu parkietu. Z powodu bezsilności. Zamiast rzucić się do wycierania, stałam jak sparaliżowana. Tomek zeskoczył z drabiny i rzucił się ze szmatami.

– Kamila, podaj wodę! – krzyknął.

A ja nie mogłam się ruszyć. W głowie słyszałam tylko "Twoja żona zniszczy wszystko". To zdanie rezonowało we mnie, budząc wszystkie uśpione lęki. Czy naprawdę byłam beznadziejna? Czy dlatego nie pojechaliśmy w góry, bo nie potrafiłam zarządzać budżetem? Czy dlatego Zosia woli babcię, bo ja ciągle pracuję?

Stoisz jak słup soli! – Jadwiga wepchnęła się między mnie a plamę, potrącając mnie ramieniem. – Zejdź mi z oczu, jak nie potrafisz pomóc.

To był ten moment. Moment, w którym coś we mnie nie pękło, ale eksplodowało z całą mocą.

Oboje mieliśmy tego dość

Wyjdź stąd – powiedziałam cicho.

Jadwiga, klęcząc na podłodze i szorując parkiet, nawet na mnie nie spojrzała.

– Co ty mamroczesz? Podaj ocet, może puści.

Wyjdź z mojego domu! – wrzasnęłam tak głośno, że aż zdarłam sobie gardło.

W pokoju zapadła absolutna cisza. Nawet zegar zdawał się przestać tykać. Tomek zastygł ze ścierką w dłoni, patrząc na mnie z przerażeniem. Jadwiga powoli podniosła się z kolan. Jej twarz była czerwona z wysiłku, ale oczy zimne jak lód.

– Słucham? – zapytała, jakby nie dowierzała własnym uszom.

– Słyszałaś mnie – mój głos drżał, ale z każdą sekundą nabierałam pewności siebie. – Wzięłam urlop, żeby odpocząć, robiąc coś dla naszego domu. Zamiast tego czuję się jak intruz we własnym mieszkaniu. Krytykujesz każdy mój ruch. Krytykujesz to, jak maluję, jak gotuję, jak wyglądam. Mam tego dość. To nie jest kwestia farby, mamo. To kwestia szacunku.

– Ja chcę wam tylko pomóc... – zaczęła swoim standardowym tonem cierpiętnicy.

– Nie, ty nie pomagasz. Ty przejmujesz kontrolę. Pomoc polega na pytaniu: "Czego potrzebujecie?". Ty przychodzisz i mówisz: "Robicie to źle". Nie mam pięciu lat, a to nie jest twój dom. To moje ściany, moje błędy i moje plamy na podłodze. Jeśli mam coś zniszczyć, to zrobię to po swojemu!

Tomek wstał powoli. Spodziewałam się, że stanie w obronie matki. Że powie: "Uspokój się, przesadzasz". Zawsze był mediatorem, zawsze unikał konfliktów. Spojrzał na matkę, potem na mnie. Widziałam, jak walczy ze sobą.

– Mamo – powiedział w końcu, cicho, ale stanowczo. – Kamila ma rację.

Jadwiga otworzyła usta, jakby chciała zaprotestować, jakby chciała uderzyć w nas kolejną falą poczucia winy.

– Przesadziłaś – kontynuował Tomek. – Przyjechałaś bez zaproszenia i od trzech dni zatruwasz atmosferę. Jesteśmy zmęczeni. Chcemy skończyć ten remont sami. Proszę, spakuj się. Odwiozę cię.

Teściowa prychnęła, poprawiła garsonkę i z wysoko uniesioną głową ruszyła do przedpokoju.

– Skoro tak traktujecie matkę, która chce dla was jak najlepiej, to proszę bardzo. Radźcie sobie sami. Ale jak ten parkiet spuchnie, to nie dzwońcie do mnie.

Trzasnęły drzwi. Zostaliśmy sami w oparach farby i emocji.

To był szczyt mojej asertywności

Usiadłam na podłodze, tuż obok nieszczęsnej plamy, która na szczęście zaczęła schodzić pod wpływem szybkiej reakcji Tomka. Cała adrenalina opadła, zostawiając po sobie drżenie rąk i pustkę w głowie. Bałam się spojrzeć na męża. Wyrzuciłam jego matkę z domu. To nie są rzeczy, po których po prostu wraca się do malowania sufitu.

Tomek usiadł obok mnie. Jego ramię dotknęło mojego. Oboje byliśmy brudni, spoceni i śmierdzieliśmy chemią budowlaną.

– Przepraszam – powiedział po chwili.

Spojrzałam na niego zaskoczona.

– Ty przepraszasz? To ja na nią wrzeszczałam.

– Przepraszam, że dopuściłem do tego. Że nie postawiłem granicy wcześniej. Widziałem, jak cię męczy, ale... wiesz, to mama. Zawsze mi się wydawało, że jak będę cicho, to ona się wygada i będzie spokój. Nie widziałem, jak bardzo to cię niszczy.

Oparłam głowę o jego ramię.

– Chciałam, żeby te ferie były inne. Chciałam Tatr, śniegu i grzańca. A mamy awanturę i zalaną podłogę.

– Podłogę da się uratować – Tomek wziął szmatę i zaczął delikatnie trzeć resztki farby. – A awantura... może była potrzebna? Może musieliśmy w końcu zedrzeć nie tylko starą farbę ze ścian, ale też te wszystkie niedomówienia między nami a nią?

Przez resztę urlopu pracowaliśmy sami. Było ciężko. Plecy bolały mnie tak, że wieczorami z trudem wchodziłam pod prysznic. Jedliśmy pizzę z kartonów, siedząc na folii malarskiej. Zosia wracała z półkolonii zachwycona, że może "pomagać" – co w praktyce oznaczało malowanie małym pędzelkiem fragmentów za szafą, gdzie nikt nie będzie widział.

Był jednak spokój. Śmialiśmy się z naszych błędów. Gdy krzywo przykleiłam tapetę w pokoju Zosi, zamiast dramatu, zrobiliśmy z tego atut – dokleiliśmy naklejki chmur, które zamaskowały łączenie. Tomek włączył naszą starą playlistę ze studiów i śpiewaliśmy, fałszując niemiłosiernie.

Salon nie wyszedł idealnie. W jednym rogu widać smugę, a przy oknie listwa nie dochodzi idealnie do ściany. Jadwiga pewnie wściekłaby się na ten widok. Jednak dla mnie ten salon stał się symbolem czegoś ważniejszego niż estetyka. Ostatniego dnia urlopu, kiedy farba już wyschła, a meble wróciły na swoje miejsce, usiedliśmy na kanapie. Zaparzyłam herbatę z miodem i cytryną – taka mała namiastka górskiego klimatu.

– Wiesz co? – powiedział Tomek, obejmując mnie ramieniem. – W górach pewnie byłyby tłumy do wyciągów. A tu mamy ciszę.

Uśmiechnęłam się.

I mamy siebie. Bez filtrów, bez udawania i bez...

– ...nadzoru budowlanego – dokończył, całując mnie w czoło.

Jadwiga zadzwoniła tydzień później. Nie przeprosiła, ale zapytała, czy Zosia potrzebuje nowych rajstop na wiosnę. To był jej sposób powrotu do tego, co było. Przyjęłam to. Wiedziałam, że pewnie jeszcze nie raz skrytykuje moje zupy albo sposób wychowania dziecka, ale wiedziałam też coś innego – potrafię postawić granicę. A Tomek potrafi stanąć po mojej stronie.

Nie pojechałam w Tatry, ale zdobyłam inny szczyt. Szczyt własnej asertywności i wiary w to, że mój dom jest wystarczający taki, jaki jest. Nawet z lekką smugą na suficie.

Kamila, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama