„Wzięłam ślub, by uciec od samotności. Miłość przyszła później, ale nie miała związku z moim małżeństwem”
„Nie było wielkich uniesień. Był uścisk dłoni, kilka zdjęć i obiad, podczas którego wszyscy mówili, że w naszym wieku najważniejsze to mieć kogoś. Kiwałam głową, bo dokładnie to chciałam usłyszeć. Kogoś. Nie miłość. Kogoś. Pierwsze miesiące były poprawne. Wspólne śniadania, rozmowy o pogodzie, planowanie zakupów”.

Kiedy dziś wypowiadam słowo „miłość”, czuję lekkie ukłucie w żołądku. Nie dlatego, że mnie zraniła, ale dlatego, że przyszła za późno i nie tam, gdzie powinna. Przez całe życie bałam się jednego — że zostanę sama, niezauważona, bez czyjejś dłoni na ramieniu. Że będę musiała się mierzyć z pustką czterech ścian. Dlatego podjęłam decyzję, która miała mnie uratować, a tylko skomplikowała wszystko jeszcze bardziej.
Było po prostu pusto
Ślub wzięliśmy w październiku, bo wtedy sala była tańsza, a goście mieli mniej powodów, żeby narzekać. Stałam przed lustrem w jasnej sukience i powtarzałam sobie w myślach, że to dobra decyzja. Rozsądna. Bezpieczna.
— Dobrze wyglądasz — powiedziała moja siostra, poprawiając mi włosy.
— Wystarczająco — odpowiedziałam i sama zdziwiłam się chłodem w swoim głosie.
Mój przyszły mąż siedział już w urzędzie, prosty jak zawsze, punktualny, przewidywalny. Lubił porządek, ciszę i stałe godziny posiłków. Mnie to wtedy uspokajało. Po pięćdziesiątce człowiek nie szuka burzy, tylko dachu nad głową.
— Na pewno tego chcesz? — zapytał mnie cicho, kiedy urzędniczka na chwilę wyszła.
— Tak — skłamałam gładko, nawet bez zająknięcia.
Nie było wielkich uniesień. Był uścisk dłoni, kilka zdjęć i obiad, podczas którego wszyscy mówili, że „w naszym wieku najważniejsze to mieć kogoś”. Kiwałam głową, bo dokładnie to chciałam usłyszeć. Kogoś. Nie miłość. Kogoś. Pierwsze miesiące były poprawne. Wspólne śniadania, rozmowy o pogodzie, planowanie zakupów. Wieczorami siedzieliśmy obok siebie, każde ze swoją książką. Czasem czułam ulgę, że nikt niczego ode mnie nie chce. Czasem coś we mnie krzyczało, ale uciszałam ten głos.
— Dobrze nam się żyje, prawda? — rzucił pewnego dnia, nalewając herbatę.
— Spokojnie — odpowiedziałam. — Bardzo spokojnie.
I właśnie wtedy dotarło do mnie, że spokój to nie to samo co szczęście. Zaczęłam łapać się na tym, że dłużej zostaję w pracy, że chętniej wychodzę do biblioteki, niż wracam do domu. Nie dlatego, że było źle. Było po prostu pusto. Nie wiedziałam jeszcze, że to dopiero początek. Że prawdziwe zamieszanie przyjdzie z zupełnie innej strony i przewróci ten mój poukładany świat do góry nogami. I że nie będę mogła już udawać, że nic się nie dzieje.
Nie mówiłam o mężu
Poznałam go w miejscu, w którym najmniej się tego spodziewałam. Zwykłe popołudnie, zwykłe spotkanie organizacyjne w domu kultury. Zgodziłam się pomóc przy warsztatach tylko dlatego, że potrzebowali kogoś do pilnowania zapisów. Siedziałam przy stole z kartką i długopisem, gdy podszedł i zapytał, czy może się dopisać. Marcel.
— Jeśli zostało jeszcze miejsce — dodał z lekkim uśmiechem.
— Zawsze się znajdzie — odpowiedziałam automatycznie i dopiero po chwili podniosłam wzrok.
Nie było żadnego olśnienia, żadnego nagłego przyspieszenia serca. Była zwykła rozmowa. O pogodzie, o tym, że ciężko dziś z parkowaniem, o tym, że kawa z automatu smakuje jak tektura. A jednak, kiedy odszedł, poczułam coś dziwnego. Jakby ktoś zostawił uchylone drzwi w pokoju, który od dawna był zamknięty. Zaczęliśmy widywać się częściej. Najpierw tylko przy okazji spotkań, potem zupełnie przypadkiem, a w końcu już nieprzypadkowo. Rozmowy się wydłużały. Tematy robiły się coraz bardziej osobiste.
— Też czasem masz wrażenie, że wszystko już było? — zapytał któregoś dnia Marcel.
— Codziennie — odpowiedziałam bez zastanowienia i od razu poczułam wstyd, jakbym zdradziła coś, czego nie powinnam.
Nie mówiłam o mężu. On nie pytał. Ale czułam, że widzi więcej, niż mówię. Słuchał uważnie, nie przerywał, nie dawał rad. Tylko patrzył, jakby naprawdę chciał zrozumieć. Wracałam do domu z uczuciem lekkości, które szybko zamieniało się w ciężar. Siadałam przy stole naprzeciwko mężczyzny, z którym dzieliłam mieszkanie, i nagle miałam wrażenie, że gram w cudzym przedstawieniu.
— Coś się stało? — zapytał pewnego wieczoru, widząc, że jestem myślami gdzie indziej.
— Nie, wszystko w porządku — odpowiedziałam odruchowo.
A jednak nic nie było w porządku. Po raz pierwszy od lat czułam, że żyję naprawdę. I po raz pierwszy tak wyraźnie dotarło do mnie, jak bardzo nieobecna byłam we własnym małżeństwie. Zaczęłam się bać. Nie jego. Siebie. Bo to uczucie rosło, choć robiłam wszystko, by je zatrzymać. A im bardziej je spychałam, tym mocniej dawało o sobie znać. I wiedziałam już, że ten spokój, który tak bardzo ceniłam, wkrótce pęknie.
Nie zaprzeczył
Najpierw były drobiazgi. Spóźnienia, które trudno było wytłumaczyć. Telefon odkładany ekranem w dół. Myśli uciekające w połowie zdania. Wiedziałam, że to widać, nawet jeśli nikt niczego głośno nie nazywał.
— Ostatnio jesteś jakaś nieobecna — powiedział któregoś ranka mój mąż, mieszając herbatę. — Jakbyś ciągle gdzieś biegła.
Zatrzymałam się z kubkiem przy ustach.
— Może po prostu jestem zmęczona — rzuciłam i od razu poczułam, że to brzmi pusto.
Tego samego dnia spotkałam się z nim. Mieliśmy tylko chwilę porozmawiać, a wyszło jak zawsze. Długo. Za długo. Siedzieliśmy na ławce, milcząc bardziej wymownie niż w trakcie rozmów.
— Nie chcę być kimś, kto coś psuje — odezwał się nagle Marcel.
— Już jest popsute — odpowiedziałam szybciej, niż zdążyłam się powstrzymać.
Spojrzał na mnie uważnie.
— On nic nie wie?
— Wie tyle, że mnie traci, choć nie potrafi tego nazwać — powiedziałam cicho.
Bałam się tej rozmowy z mężem bardziej niż czegokolwiek wcześniej. Nie dlatego, że spodziewałam się krzyku. Właśnie odwrotnie. On był człowiekiem, który wszystko przyjmował spokojnie, jakby życie było listą rzeczy do odhaczenia. Wiedziałam, że jeśli spojrzy na mnie z tym swoim cichym zdziwieniem, nie udźwignę tego.
— Musimy porozmawiać — powiedziałam wieczorem, kiedy siedzieliśmy przy stole.
— Coś się stało? — zapytał i odłożył gazetę.
Milczałam zbyt długo.
— Zrobiłam błąd — zaczęłam w końcu. — Wtedy, kiedy powiedziałam „tak”.
Nie zaprzeczył. Nawet się nie oburzył.
— Myślałem, że to wystarczy – odpowiedział po chwili. — Że z czasem będzie lepiej.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle.
— Mnie też się tak wydawało.
Nie mówiłam o nim. Nie musiałam. Prawda była prostsza i boleśniejsza: wyszłam za mąż z lęku, nie z miłości. A teraz przyszło uczucie, którego nie planowałam, które było niewygodne, ale prawdziwe. Tamtej nocy długo leżałam bez snu. Zrozumiałam, że nie da się już wrócić do poprzedniego układu. Że niezależnie od tego, co zrobię, ktoś zostanie zraniony. I że po raz pierwszy w życiu muszę wybrać nie to, co bezpieczne, ale to, co uczciwe.
Nie wyszłam za mąż z miłości
Decyzja nie przyszła nagle. To nie był jeden poranek, w którym wstałam odważniejsza niż zwykle. To był proces, powolny i męczący, pełen cofania się o krok i robienia dwóch do przodu. Najtrudniejsze było to, że nikt nie krzyczał, nikt mnie nie oskarżał. Cisza potrafi ranić bardziej niż słowa.
— Jeśli odejdziesz, poradzę sobie — powiedział mój mąż kilka dni później, spokojnie, jakby mówił o czymś nieuniknionym. — Ty też powinnaś.
Patrzyłam na niego i po raz pierwszy zobaczyłam nie męża, ale człowieka, który tak samo jak ja bał się samotności. Tylko że on potrafił w niej trwać, a ja przed nią uciekałam. Wyprowadziłam się bez dramatów. Kilka pudeł, kilka ubrań, książki, które zawsze były bardziej moje niż wspólne. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, poczułam strach tak intensywny, że aż zakręciło mi się w głowie. Ale pod tym strachem było coś jeszcze. Ulga.
Z Marcelem nie zaczęliśmy od obietnic. Nie było wielkich deklaracji ani planów na daleką przyszłość. Były rozmowy, długie spacery i świadomość, że niczego nie musimy udawać.
— Nie wiem, dokąd to nas zaprowadzi — powiedział któregoś dnia.
— Ja też nie — odpowiedziałam. — Ale pierwszy raz mnie to nie przeraża.
Nie wiem, czy to uczucie przetrwa lata. Nie wiem, czy znów nie popełnię błędu. Wiem tylko, że po pięćdziesiątce odkryłam coś, czego wcześniej nie rozumiałam: samotność bywa lżejsza niż życie obok kogoś, przy kim trzeba zniknąć. Nie wyszłam za mąż z miłości, ale zakochałam się naprawdę. I choć kosztowało mnie to więcej, niż chciałabym przyznać, nie żałuję, że w końcu odważyłam się być uczciwa wobec siebie.
Ewa, 56 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zamówiłam pizzę na obiad, a wtedy mąż się wściekł. Prawdziwy powód złości poznałam dopiero przy deserze”
- „Pojechałam do sanatorium w Ciechocinku, żeby poczuć się kobietą. Na balu mnie poniosło i narobiłam sobie wstydu”
- „Delegacja we włoskich Alpach była bardzo owocna. Mąż na pamiątkę z wyjazdu musi poczekać 9 miesięcy”

