„Wzięłam kredyt na remont poddasza dla córki i zięcia. Rachunki rosły, a moja emerytura topniała jak śnieg w marcu”
„Nad naszymi głowami wisiała rata kredytu, o której nikt nie chciał mówić zbyt często. Po trzech miesiącach zaczęłam zauważać drobne zmiany. Najpierw Marta przestała wspominać o dokładaniu się do rachunków. Potem Paweł coraz częściej znikał w pracy na dodatkowe godziny, ale pieniędzy jakoś nie przybywało”.

- Redakcja
Od zawsze powtarzałam, że dla dziecka zrobiłabym wszystko. Kiedy moja córka powiedziała, że marzy o własnym kącie na naszym poddaszu, serce podpowiedziało mi jedno, a rozsądek drugie. Posłuchałam serca. Dziś, kiedy co miesiąc przelewam kolejną ratę, zastanawiam się, czy pomogłam jej stanąć na nogi, czy tylko nauczyłam ją, że zawsze będę poduszką bezpieczeństwa.
Cieszyłam się na wspólny dom
Pomysł wyszedł od Marty. Przyszła któregoś popołudnia z kubkiem herbaty w dłoni i usiadła naprzeciwko mnie przy kuchennym stole.
– Mamo, a gdyby tak zrobić z poddasza mieszkanie? – zapytała niby mimochodem, ale widziałam, jak bardzo jej na tym zależy.
– Przecież tam jest tylko kurz i stare pudła – odpowiedziałam, udając lekki ton.
– Właśnie dlatego. To idealna przestrzeń. My z Pawłem moglibyśmy tam zamieszkać. Byłoby taniej niż wynajem, a ty nie byłabyś sama.
Słowo „sama” zabolało mnie najbardziej. Od śmierci męża dom rzeczywiście wydawał się zbyt cichy. Myśl, że córka znów będzie pod tym samym dachem, dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Paweł dołączył do rozmowy wieczorem.
– Wszystko policzyłem – oznajmił, rozkładając kartki z wyliczeniami. – Remont nie jest tani, ale to inwestycja. Wartość domu wzrośnie.
– A wy ile możecie dołożyć? – zapytałam ostrożnie.
Zapadła chwila ciszy.
– Na razie niewiele – przyznała Marta. – Spłacamy samochód, w pracy nie mamy jeszcze stałych umów. Ale przecież będziemy dokładać się do rachunków.
Patrzyłam na ich przejęte twarze i widziałam w nich siebie sprzed lat – pełną planów, przekonaną, że świat stoi otworem. Nie chciałam być tą, która podcina im skrzydła. Kredyt wzięłam szybko. Doradca w banku mówił o „korzystnych warunkach”, a ja podpisywałam dokumenty z myślą, że robię coś dobrego. Kiedy zaczęły się prace, dom ożył. Na schodach unosił się zapach świeżego drewna, robotnicy wnosili płyty, Marta wybierała farby.
– Mamo, zobacz, ten odcień będzie idealny do sypialni! – wołała z entuzjazmem.
Czułam dumę. Opowiadałam sąsiadce, że młodzi zostają ze mną, że tworzymy rodzinny dom na lata. Remont przeciągnął się o dwa miesiące i kosztował więcej, niż zakładaliśmy. Paweł coraz częściej marszczył brwi nad fakturami.
– Ceny materiałów poszły w górę. Nie przewidzieliśmy tego – tłumaczył.
Pierwsza rata kredytu przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Siedziałam przy stole z wyciągiem z banku, kiedy Marta zeszła na dół.
– Już przyszło? – zapytała.
Skinęłam głową.
– Damy radę, mamo. Przecież jesteśmy razem.
Uśmiechnęłam się, choć w środku poczułam niepokój. Wtedy jeszcze wierzyłam, że „razem” znaczy dokładnie to samo dla nas wszystkich.
Wszystko było na mojej głowie
Pierwsze tygodnie po wprowadzeniu się Marty i Pawła były niemal sielankowe. Na schodach słychać było ich kroki, wieczorami dochodził śmiech z poddasza, a ja czułam, że dom znowu żyje. Często przynosili mi na dół talerz z kolacją.
– Mamo, zrobiłam zapiekankę, musisz spróbować – wołała Marta.
Siadaliśmy przy stole jak dawniej. Tyle że teraz nad naszymi głowami wisiała rata kredytu, o której nikt nie chciał mówić zbyt często. Po trzech miesiącach zaczęłam zauważać drobne zmiany. Najpierw Marta przestała wspominać o dokładaniu się do rachunków. Potem Paweł coraz częściej znikał w pracy na dodatkowe godziny, ale pieniędzy jakoś nie przybywało.
Któregoś wieczoru usiadłam z zeszytem, w którym zapisywałam wydatki. Liczby przestały się zgadzać. Rata, prąd, woda, podatek od nieruchomości… Moja emerytura topniała szybciej, niż się spodziewałam.
– Marta, możemy porozmawiać? – zawołałam, kiedy schodziła na dół po paczkę.
– Jasne, mamo. Co się stało?
– Umawialiśmy się, że będziecie dokładać się do rachunków. Ostatnio wszystko opłacam sama.
Marta westchnęła i oparła się o blat.
– Teraz mamy trudniejszy miesiąc. Paweł czeka na premię. To tylko przejściowe.
– Ale kredyt nie jest przejściowy – odpowiedziałam ciszej, niż zamierzałam. – To zobowiązanie na lata.
W jej oczach pojawiło się coś między irytacją a zmęczeniem.
– Przecież to twój dom, mamo. I tak zostanie kiedyś mój. To inwestycja dla nas wszystkich.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakiekolwiek pretensje. „Twój dom”. Jakby poddasze było osobnym światem, a ja tylko administratorem rachunków. Kilka dni później usłyszałam rozmowę z góry. Nie chciałam podsłuchiwać, ale drzwi były uchylone.
– Twoja mama znowu liczy każdy grosz – mówił Paweł. – Czuję się jak lokator.
– Przesadzasz – odpowiedziała Marta. – Musi zrozumieć, że chcemy żyć po swojemu.
Usiadłam na schodach i patrzyłam w półmrok. Czy naprawdę stałam się kimś, kto „liczy każdy grosz”? Przecież to nie była kwestia kontroli, tylko odpowiedzialności. Kiedy przyszła kolejna rata, zabrakło mi na zaplanowany wyjazd do sanatorium. Zadzwoniłam i odwołałam termin.
– Może pojedziesz za rok – powiedziała Marta, kiedy wspomniałam o tym mimochodem. – Teraz mamy tyle wydatków.
„Mamy” – pomyślałam. A jednak przelew wychodził z mojego konta. Coraz częściej czułam się gościem we własnym domu. Na poddaszu pojawiły się nowe meble, kupione na raty, o których dowiadywałam się przypadkiem.
– To tylko mały kredyt, mamo. Spokojnie, ogarniemy – zapewniała mnie córka.
Słowo „kredyt” zaczęło mnie paraliżować. Każde kolejne zobowiązanie młodych sprawiało, że bałam się, iż w razie problemów znów zwrócą się do mnie. Pewnego wieczoru usłyszałam, jak Paweł mówi:
– Gdybyśmy mieli swoje mieszkanie, nikt by nam nie zaglądał w finanse.
Stałam wtedy przy zlewie i poczułam, że coś we mnie pęka. Przecież to ja stworzyłam im „swoje” miejsce. A jednak przestało być wspólne.
Dłużej nie dam rady sama
Przełom przyszedł nie z hukiem, lecz z cichym brzęczeniem telefonu. Dostałam wiadomość z banku o zmianie oprocentowania. Rata rosła o kilkaset złotych. Siedziałam przy stole i wpatrywałam się w ekran, jakby cyfry miały się cofnąć, jeśli dam im chwilę. Wieczorem zapukałam do drzwi na poddaszu. Marta otworzyła w dresie, z telefonem przy uchu.
– Oddzwonię – powiedziała do kogoś i spojrzała na mnie pytająco. – Coś się stało?
– Rata wzrosła – odpowiedziałam. – Musimy ustalić, jak to teraz podzielimy.
Paweł wyszedł z sypialni.
– O ile? – zapytał krótko.
Podałam kwotę. Wymienili spojrzenia.
– To chwilowe – stwierdził. – Takie są czasy.
– Chwilowe czy nie, ja nie dam rady sama – powiedziałam pierwszy raz tak wprost. – Od przyszłego miesiąca potrzebuję stałej kwoty od was. Nie „jak się uda”, tylko konkretnie.
Marta zmarszczyła brwi.
– Mamo, my też mamy zobowiązania. Raty za meble, opłaty, życie…
– Ja też mam życie – przerwałam jej łagodnie, ale stanowczo. – I ono nie polega tylko na opłacaniu waszych planów.
Zapadła cisza, ciężka i niezręczna.
– Czy ty nam to wypominasz? – zapytała cicho.
– Nie. Ja wreszcie mówię, że potrzebuję wsparcia.
Paweł odchrząknął.
– Może powinniśmy się zastanowić nad czymś innym. Wynająć coś mniejszego. Mieć pełną niezależność.
Te słowa zabolały, choć przecież to było logiczne. Przez moment chciałam się wycofać, powiedzieć, że jakoś dam radę, że nie muszą się martwić. Zrozumiałam jednak, że właśnie tak przesuwałam własne granice – w milczeniu.
– Jeśli tak będzie lepiej dla was, zróbcie to – odpowiedziałam. – Ale dom zostaje mój.
Marta spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Czyli wyrzucasz nas?
– Nie wyrzucam. Ustalam zasady. To różnica.
Następne tygodnie były pełne napięcia. Rozmawiali szeptem, przeglądali ogłoszenia. Ja chodziłam po domu, który nagle znów wydawał się za duży. Zaczęłam liczyć, ile mogłabym zarobić, wynajmując poddasze obcej osobie. To było dziwne uczucie – planować oddanie przestrzeni, którą tworzyliśmy „dla rodziny”. Pewnego dnia Marta zeszła na dół z kartką w ręku.
– Znaleźliśmy mieszkanie – powiedziała. – Niewielkie, ale nasze.
W jej głosie było coś nowego. Nie bunt, nie pretensja, lecz odpowiedzialność.
– Kiedy się przeprowadzacie? – zapytałam.
– Za miesiąc.
Kiwnęłam głową. Czułam smutek, ale też ulgę. Po raz pierwszy od dawna wiedziałam, na czym stoję.
Sama podejmuję decyzje
Dzień wyprowadzki był chłodny, choć świeciło słońce. Kartony znów stały na schodach, tylko tym razem znosiłam je ja razem z Pawłem. Marta chodziła między pokojami i sprawdzała, czy niczego nie zostawili.
– Mamo, nie gniewasz się? – zapytała nagle, gdy zostałyśmy same w kuchni.
– Na co? – odpowiedziałam spokojnie.
– Że to tak wyszło. Myślałam, że będzie inaczej.
Spojrzałam na nią uważnie. Była dorosłą kobietą, ale w tej chwili zobaczyłam w niej dziewczynkę, która kiedyś bała się pierwszego dnia w szkole.
– Ja też myślałam, że będzie inaczej – przyznałam. – Ale może właśnie tak miało być. Każdy musi mieć swoje miejsce. I swoje rachunki.
Uśmiechnęła się blado.
– Będziemy sobie radzić. Obiecuję.
Kiedy samochód z ich rzeczami odjechał, weszłam na poddasze. Pokoje były puste, ściany wciąż pachniały farbą, którą wybierałyśmy razem. Usiadłam na podłodze i pozwoliłam sobie na kilka łez. Nie z żalu do nich, tylko z żalu do siebie, że tak długo bałam się powiedzieć „dość”. Jeszcze tego samego tygodnia wystawiłam ogłoszenie o wynajmie. Zgłosiła się młoda nauczycielka, spokojna, konkretna. Kiedy podpisywałyśmy umowę, poczułam, że odzyskuję kontrolę nad własnym życiem.
– Dziękuję za zaufanie – powiedziała, ściskając moją dłoń.
To ja byłam wdzięczna. Dzięki niej rata przestała być ciężarem nie do uniesienia. Zaczęłam znów odkładać drobne kwoty, a po kilku miesiącach zapisałam się na wyjazd, z którego kiedyś zrezygnowałam. Relacja z Martą też się zmieniła. Spotykałyśmy się na kawie w jej nowym mieszkaniu. Było niewielkie, ale urządzone z dumą.
– Wiesz, mamo – powiedziała kiedyś, stawiając przede mną filiżankę – dopiero teraz rozumiem, ile to wszystko kosztuje. Nie tylko pieniędzy.
Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam, jak krząta się po swojej kuchni, pewniejsza siebie.
– Czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby ktoś inny mógł zrobić krok w przód – powiedziałam w końcu.
Kredyt wciąż spłacałam, ale przestałam myśleć o nim jak o ciężarze. To była decyzja, którą podjęłam sama. Najważniejsze, że kolejne decyzje też zaczęłam podejmować sama – bez lęku, że kogoś zawiodę. Dom znów był cichy, lecz nie pusty. Był mój. A ja po raz pierwszy od dawna czułam, że nie spłacam cudzych ambicji, tylko buduję własny spokój.
Elżbieta, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gdy w walentynki dostałam róże, myślałam, że mąż wciąż mnie kocha. Taki z niego romantyk, że aż pomylił adresatki”
- „Czekałam na kolejny Dzień Singla. Bałam się, że zostanę starą panną, ale serce pragnęło rozkwitnąć na wiosnę”
- „W tłusty czwartek mąż zajadał się pączkami z cukierni, a mi zafundował oponki z dyskontu. Egoizm słono go kosztował”

