„Wzięłam kredyt na 30 lat, żeby mieszkać na swoim. Zamiast żyć jak pączek w maśle, musiałam przełknąć gorycz porażki”
„W mieszkaniu zdjęłam płaszcz i usiadłam na parapecie. Okno miałam na zachód, więc światło w tym czasie dnia wpadało do środka złote i miękkie. Kiedyś potrafiłam je docenić. Teraz patrzyłam na nie i czułam tylko ciężar – jakby przypominało mi o tym, jak wiele miałam oczekiwań wobec tej przestrzeni”.

- Redakcja
Zanim tu zamieszkałam, zmieniałam adres średnio co półtora roku. Współlokatorki – jedne fajne, inne dziwaczne, jeszcze inne takie, które smażyły ryby o trzeciej nad ranem. A ja? Zawsze na kartonach, z jednym wieszakiem i starą walizką po babci. Wynajmowane pokoje – każdy inny, ale każdy obcy. Pachniały cudzym życiem. Czasem nawet cudzym dramatem.
Najdłużej mieszkałam z Markiem. Przez chwilę myślałam, że to ten jedyny. Miał plan na wszystko – wspólny kredyt, remont, życie jak z katalogu. W dzień, w którym planowaliśmy pójść do banku, Marek spakował swoje rzeczy i wyszedł. Nie zostawił mi nawet szczoteczki do zębów. Tylko wiadomość: „Nie chcę już tak żyć. Przepraszam”.
Wtedy zaczęło mi się palić pod stopami. Miałam trzydzieści dwa lata i poczucie, że wszyscy gdzieś już są, tylko ja się spóźniam. Chciałam czegoś swojego. Nie willi z ogrodem, nawet nie dwóch pokoi z balkonem. Kawalerka – czterdzieści jeden metrów kwadratowych na piątym piętrze bez windy – miała wystarczyć. Raty kredytu? W teorii zbliżone do czynszu. W praktyce… Zobaczymy.
Pamiętam pierwszą noc. Bez firanek, bez łóżka – tylko materac na podłodze, herbata w plastikowym kubku i ja, w dresie, patrząca przez okno na puste ulice. Powtarzałam wtedy sobie w głowie: „Justyna, było warto. Masz coś swojego”. Tylko teraz nie jestem już tego taka pewna.
Robiłam dobrą minę do złej gry
Siedziałyśmy z Anką w naszej ulubionej kawiarni, tuż przy oknie. Ona zamówiła czarną bez cukru, ja latte, chociaż w sumie nie powinnam była wydawać nawet tych dwunastu złotych. Miałam nadzieję, że kawa zamaskuje zmęczenie na mojej twarzy. Anka nie piła jeszcze swojej, tylko przyglądała mi się tym swoim przenikliwim wzrokiem, jakby chciała coś rozgryźć. Zawsze tak robiła, zanim zadała niewygodne pytanie.
– I co, warto było? – zapytała w końcu, bez owijania w bawełnę.
Uśmiechnęłam się odruchowo, ale nie odpowiedziałam. W mojej głowie przewinęła się lista wszystkich rzeczy, które ostatnio nie dawały mi spać – opłaty, niespodziewane dopłaty do prądu, cieknący kran, kredyt, który miał być „prawie jak czynsz”. Słowo „prawie” stało się teraz moim największym przeciwnikiem.
– Pamiętasz, jak mówiłaś, że to będzie lepsze niż wynajem? – ciągnęła Anka, nie czekając na moją odpowiedź.
– Bo myślałam, że będzie – odpowiedziałam cicho.
– Nie wygląda, jakby było – stwierdziła spokojnie, odkładając filiżankę.
Nie miałam siły się kłócić. Mieszkanie faktycznie było moje, ale nic w nim nie było naprawdę moje, nawet spokój. Meble kupione na raty, bo musiałam coś mieć. Lodówka z outletu, bo na nową mnie nie było stać. Kiedy wchodziłam do środka, czułam się raczej jak gość niż właścicielka. Nawet światło było jakieś chłodne, obce.
Rozmowa z Anką urwała się. Przeszłyśmy do codziennych tematów – o pracy, o tym, że jej kot znowu uciekł z domu, o serialach. Udawałam, że mnie to interesuje, ale myślami byłam już gdzie indziej. Chciałam wrócić do domu i położyć się pod kocem, jakby to miało cokolwiek naprawić.
W drodze powrotnej szłam powoli. Blok wyglądał tak samo jak zawsze – szary, z obdrapanym domofonem. Weszłam po schodach, bo winda znowu nie działała. Otworzyłam drzwi, w środku pachniało wilgocią z łazienki. Zdjęłam buty, rzuciłam torebkę na stół i usiadłam na wersalce. Przez chwilę patrzyłam na ścianę, którą miałam pomalować, ale wciąż tego nie zrobiłam. Niby to moje mieszkanie, a wciąż wyglądało jak niedokończony projekt.
Zastanawiałam się wtedy, czy to właśnie jest dorosłość. Kredyt, zmęczenie i milczące ściany.
Czułam tylko ciężar
Telefon zadzwonił, kiedy wracałam z pracy. Niewinny numer, jeden z tych, których się nie zapisuje, ale zawsze wywołują niepokój. Odruchowo odebrałam.
– Dzień dobry, tu Marta z działu windykacji banku. Kontaktuję się w sprawie zaległej raty kredytu hipotecznego.
Głos był uprzejmy, ale wyprany z emocji, jakby mówiła tak do setek osób dziennie. Zmarszczyłam brwi i ścisnęłam telefon mocniej.
– Tak, wiem. Przepraszam, miałam nieoczekiwane wydatki, ale w przyszłym tygodniu powinna być wpłata. To chwilowe – zaczęłam się tłumaczyć, czując, że to i tak na nic.
– Zaległość wynosi obecnie tysiąc trzysta dwadzieścia złotych i pięćdziesiąt groszy. Prosimy o jak najszybsze uregulowanie płatności. Przypominam, że każda nieterminowa spłata wpływa na pani historię kredytową.
– Wiem – wyszeptałam, ale ona już chyba tego nie słyszała. Zakończyła rozmowę, a ja zostałam sama z ciszą i telefonem w ręku.
Schowałam go do kieszeni i szłam dalej, jakby nic się nie stało. Na klatce minęłam sąsiada, który skinął głową. Odwzajemniłam gest, ale nawet nie wiem, czy go dobrze kojarzyłam. Piętro wyżej znów poczułam ten sam zapach kurzu i resztek obiadu unoszący się w powietrzu.
W mieszkaniu zdjęłam płaszcz i usiadłam na parapecie. Okno miałam na zachód, więc światło w tym czasie dnia wpadało do środka złote i miękkie. Kiedyś potrafiłam je docenić. Teraz patrzyłam na nie i czułam tylko ciężar – jakby przypominało mi o tym, jak wiele miałam oczekiwań wobec tej przestrzeni.
W myślach powróciłam do tamtego dnia w banku. Białe biurko, stos dokumentów, i doradczyni z zimnym spojrzeniem, która recytowała warunki umowy tak, jakby czytała menu w barze mlecznym. Po wszystkim zrobiłam zdjęcie kluczy na tle drzwi i wrzuciłam je do sieci z podpisem: „Nowy rozdział”. Wszyscy lajkowali, gratulowali, pytali o metraż i okolicę. Uśmiechałam się wtedy do telefonu, w środku czując, że to trochę poza mną. Ale mówiłam sobie: warto było. Teraz już nie mówiłam tego na głos.
Doskwierała mi samotność
Pojechałam do ojca bez zapowiedzi. Siedział na balkonie, w swetrze, mimo że było chłodno. Zerknął na mnie znad gazety i skinął głową. W kuchni zagotowałam wodę, zaparzyłam herbatę, nalałam do dwóch szklanek. Usiedliśmy naprzeciwko siebie.
– Jak tam? – zapytał po chwili ciszy.
– W porządku – skłamałam, zerkając na swoje dłonie.
Długo milczeliśmy. W końcu nie wytrzymałam.
– Nie żałuję. Po prostu… nie wiem, czy to był dobry wybór.
Ojciec upił łyk herbaty i odchrząknął.
– Jak się człowiek wiąże z bankiem, to nie jest wybór. To obowiązek.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle. Nie powiedział, że zrobiłam głupio, ale powiedział wystarczająco dużo. Kiedy wychodziłam, nie próbował mnie zatrzymać. Po prostu spojrzał. Ten jego wzrok ważył więcej niż tysiąc słów.
Wróciłam do domu, zmęczona rozmową z ojcem. W głowie miałam jego słowa, choć brzmiały bardziej jak wyrok niż rada. Na klatce minęłam starszą sąsiadkę. Uśmiechnęła się do mnie, przytrzymując drzwi.
– Zupę mam, wpadnij, zanim wystygnie – powiedziała tak naturalnie, jakbyśmy znały się od lat.
Chciałam odmówić, ale głód i potrzeba ludzkiego głosu zwyciężyły. Usiadłyśmy przy małym stole, w kuchni pachniało warzywami i koperkiem.
– To nie mieszkanie czyni dom. Tylko ludzie – powiedziała, nalewając mi zupę.
Milczałam. Co mogłam powiedzieć?
– Zostawiłam dom po mężu. Też myślałam, że kawalerka to będzie wolność. A to była samotność – dodała spokojnie.
– Czyli nigdy nie ma dobrego wyjścia?
– Nie. Ale można wybrać, z czym da się żyć.
Wróciłam do siebie i długo siedziałam przy stole, wciąż czując zapach jej zupy. Może pierwszy raz pomyślałam, że nie chodzi tylko o kredyt, ale o coś głębszego – o to, że chciałam komuś coś udowodnić. A teraz nie bardzo wiedziałam, komu i po co.
Muszę to przetrwać
Telefon znowu zadzwonił. Ten sam numer co wcześniej. Tym razem już nie pytano, nie przypominano. Powiedziano wprost: wpis do BIK-u, jeśli nie zapłacę do końca tygodnia.
Oparłam się o framugę i poczułam, że nogi mam jak z waty. Odłożyłam słuchawkę i usiadłam na parapecie. Wciąż nie miałam firanek. Od miesięcy nie było mnie na nie stać. Patrzyłam na puste ściany, na odpryskującą farbę przy drzwiach. Na krzesło, które się chybotało.
– Nie wiem, czy było warto – powiedziałam cicho do siebie.
Nie miałam walizek, ale miałam zobowiązanie. Nie byłam już tą dziewczyną, która co rok zmieniała adres. Teraz byłam kobietą z kredytem, z rachunkami, z wiecznym zmęczeniem. To miał być mój dom. A stał się czymś, co mnie trzymało w miejscu. Ale to też było to jedyne, co miałam. Nikt mi go nie zabierze. Chyba.
Któregoś dnia szłam przez osiedle z torbą na ramieniu, zmęczona, z głową schowaną w szaliku. Mijałam bloki podobne do mojego. Każdy miał swoje historie, ukryte za zamkniętymi drzwiami. Weszłam do sklepu po mleko. Przy kasie spotkałam znajomą z pracy, tę z działu graficznego.
– To ty kupiłaś mieszkanie, nie? Jak tam? Warto było? – zapytała, jakby mówiła o nowej torebce.
Uśmiechnęłam się krótko i pokręciłam głową.
– Ciii... nie pytaj – odpowiedziałam i wyszłam, nie czekając na resztę rozmowy.
Na zewnątrz wciągnęłam głęboko powietrze. Nie chciałam już nikomu tłumaczyć, że nie jestem pewna. Nie miałam już siły opowiadać, jak to miało wyglądać, a jak wygląda naprawdę. To już nie był etap planów. To był etap przetrwania.
To nie był happy end, ale to był początek. Początek życia z odpowiedzialnością, z realiami, z ciszą w czterech ścianach, które miały dawać schronienie, a czasem tylko przypominały o samotności. I może kiedyś powiem, że było warto. Ale na razie – chcę po prostu przetrwać.
Justyna, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wstydzę się wnuków, bo są rozpuszczone i niewychowane. Czasy mamy inne, ale szacunek do babci ma być niezmienny”
- „Myślałem, że wyjazd do sanatorium będzie nudny jak oglądanie schnącej farby. Piękna kuracjuszka dała mi zajęcie”
- „Pojechałam do sanatorium w Ciechocinku, żeby poczuć się kobietą. Na balu mnie poniosło i narobiłam sobie wstydu”

