„Wziąłem zaległy urlop wypoczynkowy i pojechałem na ferie z kochanką. Moja żona miała nic nie wiedzieć aż do wiosny”
„Przed wyjściem objęła mnie na krótko. Czułem, jak coś we mnie się skręca, choć jeszcze nie wiedziałem, czy to wyrzuty sumienia, czy strach przed tym, że kłamstwo jest zbyt wyraźne, by go nie dostrzec. Samotny wyjazd brzmiał nagle jak kiepski żart”.

Zmęczenie przyszło po cichu, jak coś, co odkłada się latami i nagle nie daje się już zignorować. Patrzyłem na swoje życie i miałem wrażenie, że utknąłem między obowiązkiem a ucieczką, nie będąc w pełni w żadnym z tych miejsc. Kiedy powiedziałem Gosi o zaległym urlopie, zobaczyłem w jej oczach nadzieję, której nie potrafiłem unieść. Już wtedy wiedziałem, że to nie będzie odpoczynek, tylko pożegnanie, na które nie miałem odwagi spojrzeć wprost.
Mówiłem, że jadę tam sam
Pakowałem się powoli, zbyt dokładnie, jakbym chciał rozciągnąć tę chwilę do granic możliwości. Każda koszulka składana była równo, każda para skarpet miała swoje miejsce. Gosia krzątała się po mieszkaniu ciszej niż zwykle. Czułem jej obecność bardziej w pauzach niż w ruchu. Co jakiś czas zerkała w moją stronę, jakby chciała zapamiętać ten obraz albo upewnić się, że naprawdę wyjeżdżam sam.
Nie padły żadne pytania, ale napięcie wisiało między nami gęste jak powietrze przed śnieżycą. Widziałem, że coś ją uwiera, że brakuje jej jednego zdania, jednego gestu z mojej strony. Odpowiadałem półuśmiechem, skinieniem głowy, skrótem myślowym. Uciekałem w banał, bo był bezpieczny. Im mniej mówiłem, tym bardziej miałem wrażenie, że zdradzam ją każdym milczeniem.
Kiedy zamykałem walizkę, dotarło do mnie, jak łatwo przyszło mi wykorzystać jej zaufanie. Nie musiałem budować skomplikowanych historii ani bronić się przed oskarżeniami. Wystarczyły słowa „zmęczenie” i „potrzeba pobycia samemu”. Przyjęła to ze smutkiem, ale i z troską, jakby wierzyła, że ten wyjazd ma mnie naprawić, a może nawet nas.
Przed wyjściem objęła mnie na krótko. Ten uścisk był ciepły i zupełnie nie pasował do tego, co planowałem. Poczułem, jak coś we mnie się skręca, choć jeszcze nie wiedziałem, czy to wyrzuty sumienia, czy strach przed tym, że kłamstwo jest zbyt wyraźne, by go nie dostrzec. Samotny wyjazd brzmiał nagle jak kiepski żart, w który uwierzyła tylko jedna osoba.
Kiedy zamknąłem za sobą drzwi, uświadomiłem sobie, że to kłamstwo nie zostanie w mieszkaniu. Zabierałem je ze sobą, cięższe niż walizka, bardziej niewygodne niż niewypowiedziane pytania Gosi. Pomyślałem, że ten urlop może mnie kosztować znacznie więcej, niż byłem gotów zapłacić.
Żyłem jak poza czasem
Lena czekała na mnie w miejscu, które omówiliśmy wcześniej. Żadne z nas jeszcze tam nie było. Pomyślałem wtedy, że to symboliczne, bo wszystko między nami było jakby poza czasem, wyjęte z normalnego życia. Kiedy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się tak, jakby ten tydzień miał trwać dłużej niż siedem dni. A ja już na samym początku czułem, że każdy z nich jest policzony.
Nie rzuciła mi się w ramiona. Stanęła naprzeciwko i przyjrzała mi się uważnie, jakby sprawdzała, czy jestem tym samym człowiekiem co ostatnio.
– Wyglądasz, jakbyś przyjechał się żegnać, a nie odpoczywać – powiedziała cicho. Udałem, że to żart. Tak było łatwiej.
Pierwsze dni były intensywne, nasycone rozmowami do późna, milczeniem, które nie było niezręczne, i tą szczególną bliskością, która rodzi się tylko wtedy, gdy oboje wiecie, że nie musicie niczego planować. Rozmawialiśmy o rzeczach, których nigdy nie poruszałem z Gosią: o straconych szansach, o decyzjach podjętych z rozpędu, o tym, kim moglibyśmy być, gdyby życie potoczyło się inaczej.
– I co dalej? – zapytała któregoś wieczoru, patrząc w okno.
– Dalej… wrócimy do siebie – odpowiedziałem zbyt szybko.
– Do siebie czy do swoich ról? – dopytała.
To pytanie wracało do mnie jak echo. Wiedziałem, że nie mam prawa oczekiwać od niej cierpliwości ani zrozumienia, a mimo to chciałem, żeby ten czas trwał jak najdłużej. Byłem zachłanny. Chciałem mieć jej uwagę, jej obecność, i jednocześnie zachować życie, które czekało na mnie w domu. Im bardziej próbowałem pogodzić te dwa światy, tym wyraźniej czułem, że oszukuję wszystkich, łącznie ze samym sobą.
Pod koniec tygodnia atmosfera zaczęła się zmieniać. Lena była bardziej drażliwa, ja coraz częściej sprawdzałem telefon. Każde powiadomienie przypominało mi, że to, co przeżywam, jest tylko czasem pożyczonym. Nie należał do mnie i wiedziałem, że wkrótce ktoś upomni się o zwrot.
Miałem wyrzuty sumienia
Telefon zadzwonił w najmniej odpowiednim momencie, choć tak naprawdę nie było już odpowiednich chwil. Leżałem na łóżku, wpatrzony w sufit, próbując uporządkować myśli, kiedy zobaczyłem jej imię na ekranie. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się, czy nie pozwolić, by połączenie samo się zakończyło. Ostatecznie odebrałem, czując, jak napięcie ściska mi gardło.
– Jak tam? – zapytała zwyczajnie, jakby to było najnormalniejsze pytanie na świecie.
– Spokojnie… cisza dobrze mi robi – odpowiedziałem, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie.
Opowiadała o drobiazgach: o pracy, o sąsiadce, którą spotkała na klatce, o planach na weekend, kiedy już wrócę. Słuchałem jej, ale jednocześnie analizowałem każde swoje słowo, każdy oddech. Bałem się, że usłyszy coś, czego nie powinien usłyszeć, że w tonie głosu zdradzę się bardziej niż treścią.
– Brakuje mi ciebie – powiedziała nagle, ciszej.
Zawahałem się. Ta pauza była dłuższa, niż powinna.
– Też tęsknię – odpowiedziałem w końcu, choć nie byłem pewien, co dokładnie mam na myśli.
Kiedy mówiła o tym, że ten urlop może nam pomóc, poczułem wstyd, który był już trudny do zignorowania. Zrozumiałem, jak bardzo oddaliłem się od niej, nawet teraz, gdy rozmawialiśmy. Byłem obecny tylko połowicznie, rozdarty między tym, co słyszę, a tym, co próbuję ukryć. Każde jej zdanie było jak delikatne przypomnienie, że wciąż we mnie wierzy.
Po zakończeniu rozmowy długo trzymałem telefon w dłoni. Lena spojrzała na mnie pytająco, ale nic nie powiedziała. W tej ciszy dotarło do mnie, że kłamstwo zaczyna żyć własnym życiem. Już nie było zamknięte w jednym miejscu ani w jednym tygodniu. Przenikało wszystko, nawet te chwile, które miały być oderwaniem od rzeczywistości.
Ostatniej nocy coś zrozumiałem
Ostatnia noc przyszła bez zapowiedzi, choć oboje wiedzieliśmy, że nadejdzie. W powietrzu było coś ciężkiego, jakby każde zdanie wymagało więcej wysiłku niż wcześniej. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, udając, że to zwykły wieczór. Lena bawiła się filiżanką, ja wciąż zmieniałem pozycję, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca.
– Jutro wyjeżdżasz – powiedziała w końcu, nie patrząc na mnie.
– Tak – odpowiedziałem, jakby to była informacja techniczna, pozbawiona znaczenia.
Nie zapytała, o której ani czy będę się odzywał. Ja też nie zaproponowałem żadnego „potem”. Wszystko, co wisiało między nami, było zbyt wyraźne, by trzeba je było nazywać. Czułem w jej milczeniu żal, ale też coś w rodzaju rezygnacji, jakby już dawno pogodziła się z tym, że ta historia nie ma dalszego ciągu.
– My zawsze byliśmy na chwilę – powiedziała nagle. – Tylko ty udawałeś, że to coś więcej.
Te słowa zabolały bardziej, niż chciałem przyznać, bo były prawdziwe. Chciałem tej iluzji, tej przestrzeni, w której nie musiałem być ani mężem, ani kimś odpowiedzialnym. Teraz widziałem wyraźnie, że była to ucieczka, a nie wolność.
Noc minęła niespokojnie. Mało mówiliśmy, a jeśli już, to o sprawach nieistotnych. Każde z nas trzymało się swoich myśli, swoich granic. Kiedy rano zacząłem się pakować, Lena stała w drzwiach i obserwowała mnie w ciszy. Nie było pożegnań, które zapamiętuje się na lata. Było tylko krótkie spojrzenie i świadomość, że każde z nas wraca do życia, które wybrało.
W drodze powrotnej dotarło do mnie, że ten urlop nie przyniósł mi ulgi. Odsłonił tylko pustkę, którą tak długo próbowałem zagłuszyć. Zrozumiałem, że nie zamknąłem żadnego rozdziału. Jedynie zostawiłem po sobie ślady, które prędzej czy później ktoś zauważy.
Przez urlop straciłem je obie
Po powrocie mieszkanie wydało mi się inne, choć nic się w nim nie zmieniło. Gosia była spokojniejsza niż się spodziewałem, uważna w sposób, który nie dawał ukojenia. Zadawała zwykłe pytania, ale słuchała odpowiedzi tak, jakby sprawdzała nie treść, tylko to, co między słowami. Podejrzewałem, że coś wyczuwa, choć nie potrafi jeszcze tego nazwać.
Któregoś wieczoru usiedliśmy naprzeciwko siebie bez włączonego telewizora.
– Byłeś daleko, nawet kiedy rozmawialiśmy przez telefon – powiedziała w końcu. – Nie chodzi o urlop. Chodzi o to, że cię tu już nie ma.
Nie zaprzeczyłem. Nie miałem już siły bronić wersji, w którą sam przestawałem wierzyć. Nie zapytała wprost o zdradę. Mówiła o dystansie, o chłodzie, o tym, że od dawna rozmawiamy obok siebie. Każde jej zdanie było trafniejsze niż oskarżenie. Zrozumiałem wtedy, że prawda nie potrzebuje wielkich słów. Ona już była między nami, obecna w spojrzeniach i pauzach.
Nie przyznałem się. Zabrakło mi odwagi, a może uznałem, że to i tak niczego nie naprawi. Ale wiedziałem, że coś bezpowrotnie zniknęło. Straciłem Lenę bez prawa do żalu, i Gosię, choć wciąż siedziała naprzeciwko mnie. Urlop, który miał być odpoczynkiem, okazał się początkiem rozpadu iluzji, że można żyć w dwóch światach i nie zapłacić ceny.
Sebastian, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój mąż biegał na kolacyjki do matki, a ja marzłam sama w domu. Okazało się, że to jednak nie mamusia go dokarmia”
- „Pojechałam na ferie sama, by wypocząć. Przypadkowe spotkanie zimą rozgrzało mnie bardziej niż niejeden letni romans”
- „Sama namawiałam męża na sanatorium, a on wykręcił taki numer. Na stare lata mam do wyboru rozwód albo upokorzenie”

